Clearlake – Cedars

Jeśli słuchasz indie rocka a przynajmniej sądzisz, że słuchasz indie to powinieneś wiedzieć, że istnieje zajebista płyta, która warto przesłuchać z kilku powodów:

Po pierwsze. Jeżeli lubisz klimaty w stylu The Cooper Temple Clause, Grandaddy, Coldplay itd to nawet nie powinieneś się zastanwiać przed sięgnięciem po tą płytę. Nie mówię, że brzmi to tak samo, jednak pewne podobieństwo w dźwięku jest. Nie ma przecież dwóch zespołów co by grały tak samo, nie jest to zbytnio możliwe. Płyta potrafi nas wprowadzić w taki sam nastrój tak jakbyś słuchał na przykład płyty TCTC: Kick Up the Fire, And Let the Flames Break Loose.

Po drugie. Genialny materiał na płycie. Piosenek słabych się nie dopatrzysz. Każda piosenka stoi na równym, dobrym poziomie. Ponadto jest tutaj tak genialny kawałek jak: Treat Yourself With Kindness. Opiszę go tylko jednym słowem: sieeet (to znaczy, że bardzo dobrze). Płyta jest dość zróżnicowana, są utwory i spokojniejsze (I’d Like to Hurt You, Keep Smiling)) i są też dynamiczniejsze (Can’t Feel a Thing). Czyli nie ciągnie się płyta cały czas w jednym, żmudnym tempie.

Po trzecie. I właściwie ostatnie, warto rozszerzyć swoje horyzonty muzyczne o tę płytę, która jest z pewnością najbardziej wartościową w całej dyskografii Clearlake. Cedars na pewno nie wymiata tak jak choćby The Bends (czytaj poniżej) bo nie znajdziemy tutaj tylu chwytliwych hiciorów. Nie oznacza to, że nie ma czego tutaj słuchać. Bo jest co, wszystkie 11 piosenek warto przesłuchać chociaż raz (a Treat Yourself With Kindness co najmniej dwa).

Podsumowując. Płyta na dobrym poziomie. U mnie broni się 8. Po przeczytaniu tej recenzji powinieneś się zastanowić gdzie można te płytę zdobyć. A i na koniec powiem tylko tyle, że okładka płyty lepsza niż The Bends. Znalazł się jeden detal pod którym przewyższają Radiohead.

Radiohead – The Bends

The Bends, The Bends, The Bends. Tak, teraz będzie recenzja jednej z najlepszych jak i nie najlepszej płyty Radiohead.

Większość was pewnie kojarzy Radiohead z Creep, lepsi mogą coś tam słyszeć jeszcze o OK Computer a znawcy na pewno kojarzą The Bends. Jeżeli natomiast uważasz, że słuchasz dobrej rockowej muzyki a nie znasz Radiohead to znaczy, że nie słuchasz dobrej rockowej muzyki.

O co chodzi z tą całą The Bends? A to, że angielskiej legendzie rocka (można ich nazwać już legendą) udało się nagrać wybitnie wybitną płytę z mnogą liczbą hitów. Była to druga płyta zespołu wydana w 1995 roku. Wcześniej znani tylko z jednej dobrej piosenki to tym razem znani już z całej jednej dobrej płyty. Płyta oczywiście odniosła sukces, zespół między innymi dzięki tej płycie wpisał się do kanonu gwiazd itd, ale co dokładnie mamy na tym albumie?

The Bends zawiera 12 wspaniałych utworów. Zaczynamy od kosmicznego Planet Telex, utwór od razu zapowiada, że płyta będzie nie ziemska. Co dalej? tytułowe „The Bends”, później High and Dry, utwór wspaniały. Następnie kolejny wielki hit: Fake Plastic Trees utwór tak genialny, że trudno mi to opisać. Łatwo jest opisać słabą piosenkę, można wtedy wypomnieć wszystkie błędy, niedogrania z genialna piosenką jest trudniej gdyż wszystko w niej jest niesamowite. I tak właśnie jest z tym utworem, który na dodatek ma piękny teledysk. Później dwa kontrastujące utwory: Hałaśliwy „Bones” oraz spokojny „Nice Dream”. No i następuje punkt kulminacyjny na płycie. Jedno słowo: Just. To trzeba usłyszeć, nie w sposób to opisać. Można też zobaczyć bo teledysk poruszający. Emocje zaczynają opadać wraz z nadejściem My Iron Lung, chodź nie do końca po pod koniec utworu zaczynamy wariować wraz z gitarą elektryczną. W końcu wszystko się uspokaja wraz z przyjściem patetycznego Street Spirit, który zarazem jest jednym z najlepszych utworów na płycie i na dodatek to ten singiel najbardziej wstrząsnął Ameryką.

To naprawdę trudna sztuka zebrać na jednej płycie tyle przebojów i dodać do nich jeszcze kawałki dobrych piosenek. Radiohead to się udało za co im chwała na wieki. No i końcowa ocena, która wynosi 10/10. Nasunęło mi się na koniec jedno spostrzeżenie na nie korzyść płyty. Można było dobrać lepszą okładkę…

Bloc Party – Silent Alarm

Bloc Party do tej pory wydał dwie świetne płyty, jednak to ta pierwsza Silent Alarm wydana w 2005 roku pozwoliła zespołowi zaistnieć w szerokiej gamie angielskich zespołów.

Silent Alarm to wręcz genialna płyta – wołali krytycy. Zespół został obwołany debiutem 2005 roku i w zaledwie kilka dni zostali idolami angielskiej młodzieży. Na Silent Alarm złożyło się trzynaście, wcale nie pechowych kawałków. Największa zaleta tej płyty to teksty, które sam napisał wokalista i gitarzysta grupy – Kele Okereke, który także w dużym stopni przyczynił się do muzycznego awansu Bloc Party. Chodzi tu o jego teksty, umiejętności, ale i przede wszystkim kolor skóry. Rzadko można spotkać angielską kapelę z czarnoskórym wokalistą.

Płyta zaczyna się od utworu Like Eating Glass, który zespół uwielbia grac na swoich koncertach. Trudno im się dziwić bo ten kawałek idealnie pasuje do wykonywania live. Druga piosenka na płycie to Helicopter, chyba najbardziej znany przebój grupy z chwytliwym riffem gitarowym. Numer cztery to najlepsza piosenka zespołu jaką udało im się do tej pory skomponować. Mowa tu o Banquet. Mocne punkty płyty to także utwory: „She Hearings Voices” oraz „So Here We Are”.Całość kończy melancholijny Compliments.

Warto zaznaczyć, że płyta ta doczekała się reedycji zremiksowanych wszystkich utworów. Jednak większość fanów uważa, że to jednak pierwsza wersja płyty jest najlepsza.

Podsumowując płyta bardzo dynamiczna (genialna perkusja w każdym utworze), wpadająca w ucho, melodyjna z wielkimi hitami. Oczywiście mówiąc tu o melodyjności nie mam na myśli, że jest to płyta popowa. Jest to prawdziwy Indie Rock. Indie Rock wart w moich oczach na 9\10.