Muzyka końca lata – Przegląd płyt z trzeciego kwartału roku. Część I

Nie wiem jak Wam, ale mi to lat strasznie szybko przeleciało. I przyznaje, że było bardzo intensywnie. Sam jestem sobie dziwień, że od początku roku napierdalam na takich obrotach i mam jeszcze trochę czasu, by coś tutaj napisać. Zbliża się jesień, dlatego wróćmy na chwilę do muzyki, której słuchałem w ostatnich ciepłych miesiącach. Nazbierało się tych płyt, dlatego postanowiłem przegląd podzielić na dwie części.

Lex Walton – ULTIMATE LOVE FOREVER. Na początek nowość ze stajni dobrze znanej i kultowej wytwórni Sub Pop. Mowa o piosenkarce, autorce tekstów, aktorce i reżyserce w jednej postaci – Pani Lex Walton. Jej debiutancki krążek „ULTIMATE LOVE FOREVER” to bezkompromisowy, energiczny i odważny materiał, na który składa się 7 utworów. Łączny czas to 19 minut czystego połączenia lo-fi i power popu. To zabrzmi może dziwnie, ale głoś Pani Walton jest tak specyficzny, że na początku myślałem, że słucham faceta! Wierzcie mi lub nie, ale o niej będzie jeszcze głośno. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Dinosaur Jr – There Near. Mamy 2026, czy 1987 rok? Bo po przesłuchaniu „There Near” nie jestem pewien. 13 w dorobku album tych indie rockowych legend brzmi dokładnie tak samo jak chłopaki brzmieli 40 lat temu. Wydany 28 sierpnia album to jedenaście energicznych utworów, które od pierwszych brzmień otwierającego całość „Several Got Away” dają kopa. J Macis, Lou Barlow oraz Murph nie pierdzielą się w tańcu, nie biorą jeńców, nie bawią się w ą i ę. Po prostu robią to co robią najlepiej od młodzieńczych lat. A, że wiek to tylko liczba nie udowadnia nikt lepiej niż Dinosaur Jr. Czasami dobrze jest słyszeć, że u kogoś jest po staremu. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Lambchop – Punching the Clown. 17 album legendy alternatywnego country to dobry moment by wspomnieć o grupie Lambchop na blogu. Przyznam szczerze, że temat country nie jest mi wybitnie bliski. Wiem, że amerykanie uwielbiają ten typ muzyki. Zwłaszcza Pitchfork lubi doceniać na swoich listach podsumowujących dość przeciętne albumy z tego gatunku. „Punching the Clown” jednak przypadł mi do gustu. To zwarty i mocno melancholijny materiał. Nie potrafię odnieść tej płyty do pozostałej twórczości Pana Kurta Wagnera, gdyż przyznaje, że nie słuchałem pozostałych szesnastu albumów Lambchop. Mogę Wam jednak powiedzieć, że jeżeli podobał Wam się Bon Iver z okresu „For Emma, Forever Ago” to ten krążek przypadnie Wam do gustu. Gość przy akompaniamencie gitary potrafi wzruszyć. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Charli XCX – Music, Fashion, Film. No proszę, Brytyjska wokalistka Charlotte Emma Aitchison po wydaniu kapitalnie przyjętego albumu „Brat” nie traci mocy i po raz kolejny zadziwia. Jej najnowszy krążek to koncept-album, który ma być hołdem dla sztuki, która składa się z muzyki, mody i filmu (Tak jak w tytule). Na okładce płyty widzimy, Johna Cale’a z The Velvet Underground, projektanta mody Marca Jacobsa oraz reżysera filmowego Martina Scorsese. Na samej płycie jest oczywiście więcej tych odniesień, wspomnę tylko, że w ostatnim utworze pojawia się nazwisko innego legendarnego reżysera Davida Cronenberga a w teledysku do utworu „Camera” występuje Vincent Cassel. Muzycznie „MFF” odbiega znacznie od ostatniego „Brat”. Jest bardziej rockowo, chropowato i gitarowo. A to już duże odejście od tanecznego, elektronicznego popu jakim był poprzedni krążek z jasnozieloną okładką. Pomimo tego 90’s-owego vibe’u artystka nie zatraciła swoich charakterystycznych cech i słyszymy, że mamy do czynienia z Charli XCX. Osobiście wolę Brytyjkę w tym wydaniu, i jest to dla mnie jej najlepsza płyta od… nie wiem debiutu? Wszystkie były dobre i każda była inna, dlatego ciężko wskazać. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Muse – The Wow! Signal. Wyżej przy okazji pisania recenzji albumu Dinosaur Jr wspomniałem, że czasami dobrze jest słyszeć, że u kogoś jest po staremu. Niestety, nie w przypadku Muse. Osobiście mam skomplikowaną relację z tym zespołem. Kiedyś, w czasach licealnych ich wielbiłem. Jednak z wiekiem i kolejnymi ich „dziełami” mój entuzjazm do angielskiego bandu gasł. Ostatnie ich albumy były tragicznie słabe, jedynie „Simulation Theory” umiarkowanie mi się podobał, ze względu, na zajawkę latami 80 i tym, że płynął na fali sukcesu takich rzeczy jak np. Stranger Things. A nowa płyta? Przekombinowana, drażniąca, nudna, kopia kopii, kopii, kopii itd. Po raz kolejny teorie spiskowe, kosmos, patos, epickość na siłę oraz szczypta popowości. Jedyną nowością jest występ gościnny Ellie Goulding. Więcej emocji dostarcza oglądanie talent show. Przesłuchałem dwa razy, nie wrócę już nigdy. Ocena: 4/10. Ciut lepiej niż ostatnio, ale i tak nie ma z czego się cieszyć.

Ocena: 2 na 5.

Death Cab for Cutie – I Built You a Tower. Nie jestem pewien, czy wspominałem kiedykolwiek na blogu o tym zespole. A właściwym byłoby wspomnieć, bo jest to już niemal żyjąca legenda indie rocka jak Modest Mouse. Początkowo był to solowy projekt Ben Gibbarda, który z czasem przerodził się w pełnoprawny band. Początki datuje się na 1997 rok, a debiutancki krążek pojawił się rok później. Do tej pory wydali ich jedenaście, a najnowszy ukazał się 5 czerwca 2026 roku. Przyznam szczerze, że przed odsłuchem „I Built You a Tower” nie miałem wielkich oczekiwań. Przeważnie zespoły na tym etapie kariery odcinają już kupony od kariery. Jeszcze nikt na etapie jedenastej płyty prochu nie wymyślił. I trochę się do tego przyzwyczaiłem, gdyż głównie z nowości wydawniczych słucham kolejną płytę zespołu, który znam od młodości. Oczywiście nowości też wpadają, ale przyznaje, że największe doświadczenie mam w indie rockowych bandach z lat 2000. Wracając jednak do najnowszej pozycji Death Cab For Cutie. Okazało się, że Ben Gibbard i chłopaki wciąż potrafią zaskoczyć. Ich najnowszy krążek to przede wszystkim świetne, emocjonalne, życiowe teksty oraz kapitalne, gitarowe melodie. W ogóle nie słychać na tej płycie, że goście są w okolicach pięćdziesiątki. Grają i śpiewają jak młodzieńcy, którzy dopiero co skończyli szkołę. Te jedenaście utworów (38 minut) bardzo dobrze wchodzi i pokazuje, że indie rock wciąż ma wiele do przekazania. Zwłaszcza, gdy o jego sile stanowią świetne teksty. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Coals – Magia. Czwarty album studyjny w dorobku Coals, to materiał najmniej singlowy i jednocześnie najbardziej spójny. Duet: Katarzyna Kowalczyk i Łukasz Rozmysłowski postawili na oniryczne, senne melodie doprawione charakterystycznym wokalem Kachy. Tym razem znajdziemy tutaj więcej akustycznej gitary aniżeli syntezatorów i około hip-hopowych rytmów. W zasadzie zespół podąża tą drogą już od jakiegoś czasu. Tak samo jak poprzedni album „Sanatorium„, tak i ten jest śpiewany w języku polskim. I uważam, że to to bardzo dobra koncepcja. Podoba mi się droga, jaką podążają. No i mam nadzieję, że przyjadą jeszcze do mnie na dzielnie nakręcić jakiś teledysk. Tak tylko wspomnę, że w teledysku do utworu „pierrot” jest sporo śląskich scenerii (zwłaszcza rodzinny Mikołów i sąsiedzki Chudów). Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Modest Mouse – An Eraser and a Maze. Jak dobrze słyszeć, że legendarni Modest Mouse są w dobrej formie. A trzeba przyznać, że nie była to rzecz oczywista. Oczywiście dla mnie zapisali się jako jeden z najlepszych indie rockowych bandów za sprawą albumów z przełomu lat 90 i 2000. Późniejsze ich krążki stały już na rożnym poziomie, ale zawsze dobrym poziomie. Nie mniej najnowszy materiał to rzecz najlepsza jaka im się przytrafiła od 2004 roku, kiedy to wydali „Good News for People Who Love Bad News„. Już otwierający całość „Picking Dragons’ Pockets” zdradza dość energiczne i przebojowe oblicze zespołu. Podobne mam odczucia co do singla „Life’s a Dream„, gdzie bardzo ładnie brzmią gitary. Trochę szkoda, że wspominam o tej płycie w takiej zbiorówce, ale tak pokrótce jeszcze wspomnę, że świetny jest utwór „Third Side of the Moon„. Z kolei „Speaks’N Spell (Or Not)” brzmi jak ich utwory z lat 90 a „Absolutely Necessary Never” tak mi wszedł do głowy, że go już po dwóch odsłuchach nuciłem w aucie. Szkoda, że nie wszystkie legendarne indie rockowe kapele trzymają taki poziom. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Boards of Canada – Inferno. 13 lat. Dokładnie tyle minęło od wydania ostatniej płyty szkockiego duetu Boards of Canada. W ogóle, jak na grupę istniejącą już 40 lat to nie wydali za wiele muzyki. Mają w dorobku 5 albumów, z czego debiutowali dopiero w 1998 roku za sprawą „Music Has The Right to Children„. Dla porównania wspomniany wcześniej Lambchop istnieje cztery lata krócej, a albumów nagrał 17. No, ale nie liczy się ilość, a jakość. A ta jest wyborna, najnowszy album „Inferno” już zdążył wkupić się w łaski recenzentów i słuchaczy. Na metacritic osiągnął 85%, a wszystkie najpoważniejsze portale muzyczne nie szczędzą mu pochwał. I racja bo „Inferno” to kawał dobrego mięsiwa. Jest mrocznie, ponuro, wciągająco, filmowo. Co prawda piszę o tym albumie w kontekście minionego lata, ale to idealna muzyka na jesienny okres. Powrót z nowym materiałem to dobry moment na koncerty, w tej materii mocno liczę na TNMK lub Carbona. Bo to w końcu ich dziedzina. A tym czasem oceniam wysoko, bo jest to jednak z lepszych płyt jakich słuchałem w ostatnich miesiącach. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Hubert. – Się porobiło… Drugi album studyjny szczecińskiego rapera zbiera same pozytywne oceny. I nic dziwnego, bo w obecnej zalewie tandetnego hip-hopol Hubert pozostaje prawdziwy. Nie ma tutaj dyskotekowych podkładów, autotune’a i wielkiej listy gościnnych występów. Obserwuje Huberta od Taurona Nowa Muzyka 2024, kiedy to wystąpił w amfiteatrze. Mocno przypadła mi jego współpraca z Coals, którzy de facto jako jedyni pojawiają się na płycie jako występ gościnny. Gość ma ciekawą barwę głosu, dobre flow i opowiada sensowne, osobiste historie. Podkłady tak jak wspomniałem wcześniej nie urządzają nam dyskoteki, a bardziej uderzają w alternatywne tony. Brzmi to trochę jak stary, dobry Fisz Emade Tworzywo. Zaprawdę powiadam Wam, że właśnie takich raperów pamięta się po latach. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Wiosenny vibe – Przegląd płyt z marca i kwietnia.

Muzycznie rok 2025 rozkręcił się na dobre. Na rodzimym jak i zachodnim rynku pojawiło się wiele ciekawych pozycji wydawniczych. Co więcej, wiele interesujących mnie wykonawców zapowiedziało nowe płyty. Wróćmy jednak na chwilę do tego co już się pojawiło i co zdążyłem przesłuchać.

The Horrors – Night Life. O tym, że chłopaki z brytyjskiego zespołu The Horrors mają dobry gust muzyczny wspominałem wielokrotnie przy recenzowaniu ich płyt. A skąd to wiem? Przede wszystkim zespół często w social mediach dzieli się swoimi muzycznym inspiracjami, wykopując przy tym prawdziwe muzyczne złoto. Na a po drugie i najważniejsze, to słychać na każdym ich krążku. Klasyczny indie rock już dawno został porzucony, a na omawianym albumie zespół wędruje do lat 80 i przybiera szaty dawnego Depeche Mode i raczy nas dźwiękami synth-popowymi. Tytuł dobrze odzwierciedla klimat tej płyty. Jest nieco mrocznie, często melodyjnie, czasem tanecznie, czasem sentymentalnie. Prawdziwe nocne życie, zwłaszcza w mieście pełnym różnych możliwości. Fajnie, że są wciąż takie zespoły jak The Horrors, na które można zawsze liczyć. Tym razem znowu się nie zawiodłem, a wręcz jestem tą płytą zachwycony. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Trupa Trupa – Mourners EP. Tym razem gdański zespół z Grzegorzem Kwiatkowskim na czele nie pokusił się na wydanie pełnego longplaya a jedynie EP-ki. Przypomnijmy, że ich ostatni album „B Flat A” ukazał się trzy lata temu. Niby nie jest to odległy okres czasu (wyżej wspomniani The Horrors wydali płytę po 8 latach), jednak wystarczający by o sobie przypomnieć z nową muzyką. Dlatego dobrze, że Trupa Trupiarze wracają z nowym materiałem, w odświeżonym składzie. „Mourners” to pięć nowych utworów, trwających łącznie niespełna 14 minut. Jednak w tak niewielkim czasie potrafią pokazać, że ten cały zachodni szum wokół ich muzyki jest całkowicie usprawiedliwiony. Wciąż poruszają się w post-punkowych klimatach, tym razem jest mnie psychodelicznie, a bardziej melodyjnie. Grzegorz Kwiatkowski ponownie dodaje poetycznego wymiaru do liryki, a ważnym odniesieniem staje się nazwisko Holgera Czukaya. Zmarły już gitarzysta legendarnej grupy Can, jest główną inspiracją do powstania tego materiału. I ja to kupuje, no i czekam na więcej. Bo taka EP-ka tylko zaostrza apetyt na długograja. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Jan-Rapowanie – GROTESKA. Od wydania ostatniej płyty Janka minęły trzy lata. Sam raper zapowiadał przerwę od muzyki, jednak w końcu powrócił z nowym materiałem jakim jest album „GROTESKA„. I jest Panowie i Panie bardzo dobrze. Słychać na tej płycie dojrzałość. To już nie jest gówniarskie rapowanie o melanżowaniu jak na pamiętnym krążku „Plansze„. Tutaj Janek wprost mówi: „Przez ostatnie lata życia chciałem głównie się najebać / Teraz częściej myślę o tym, co się dzieje, jak umierasz„. Poza tym słychać, że 27-latka dopadła proza życia: „3 razy byłem na ślubie, 4 na pogrzebie / 4,8 mam na bolcie, 4,9 na uberze„. Spoko Janek, też to przerabiałem. I być może też ten album bardziej trafia do bardziej starszego grona słuchaczy, którzy pamiętają starego Pezeta czy też Eldo. Na ciepłe słowo zasługuje produkcja, bity brzmią dobrze i często zahaczają o klasyk. No i przede wszystkim auto-tune nie jest używany przez 100 procent czasu tej płyty. Niektórzy pewnie zwrócą uwagę na gościnne występy Maty, Taco czy też Kubana dla mnie jednak pierwsze skrzypce gra Janek, którego dobrze mi się słuchało. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Perfume Genius – Glory. Po mocno mrocznym i nieco dziwacznym „Ugly Season” Pan Michael Alden Hadreas powraca z nowym materiałem. Tym razem jest dużo jaśniej, przejrzyście i przytulniej. Autor kapitalnego „Set My Heart On Fire Immediately” lawiruje pomiędzy indie-popem a folkiem, przypominając mi czasy, gdy zasłuchiwałem się w Fleet Foxes czy też Bat For Lashes. A były to piękne czasy. Jest progres, i słychać, że muzyk z Des Moines w Stanie Iowa ma dobry zmysł do kompozycji. Takimi utworami jak „In a Row” czy też „Me & Angel” potrafi chwycić za serducho. Przy reszcie dobrze się bawiłem i wspominałem stare dzieje, przeglądając stare wpisy na blogu. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

YHWH Nailgun – 45 Pounds. Zachęciła mnie do tej płyty pozytywna ocena na Pitchforku. Jednak jak to wiele razy już miało miejsce, oceny tego znanego portalu nie zawsze odnajdują odzwierciedlenia w rzeczywistości. Co prawda „45 Pounds” momentami brzmiało dla mnie jak dziwne połączenie WU LYF i Idles. Swoją drogą, cieawe czy twórcy świetnej płyty „Go Tell Fire To The Mountain” jeszcze istnieją? Jednak pozytywy na tym się kończą. Zbyt wiele tutaj nudy i takiej nijakości ubranej w określenie muzyka eksperymentalna. No cóż, może następnym razem będzie lepiej? Ocena: 4/10.

Ocena: 2 na 5.

Zdechły Anioł – Kurwomancer. Rzadko piszę o metalu, tym bardziej polskim. Jednak do tego projektu zachęciły mnie pozytywne komentarze na pewnym fejsbukowym peju. No i faktycznie, całkiem spoko. Zwięzły i konkretny materiał. Chłopaki wyleźli z krypty na nieco ponad 20 minut i potem do niej wrócili (chyba nawet dobrze, że to zrobili hehe). W zasadzie w tym króciutkim materiale jest wszystko czego można się spodziewać w black death metalu. Teksty o tematyce gore, jakieś skóry, krew, kości, blade dusze itd. Gitarowe solówki, napierdalająca perkusja z podwójną stopą, czarno-biała okładka z elementami religijnymi. Czego w zasadzie chcieć więcej? Całość brzmi mocno surowo, jakby jakieś młokosy go nagrali w garażu u wujka, który akurat pojechał na pielgrzymkę. W rzeczywistości skład Zdechłego Anioła (Nie mylić z osą) to ludzie, którzy już trochę siedzą w temacie. Jak lubicie bluźniercze rzeczy to myślę, że warto. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

15 Najlepszych płyt 2024 roku

Okazuje się, że rok 2024 był wybitnie obfity w muzyczne wydawnictwa, które przypadły mi do gustu. Oto moja subiektywna lista 15 najlepszych muzycznych krążków minionego roku, które najczęściej słuchałem.

15. Young Jesus – The Fool. Z całej indie rockowej paczki został jedynie John Rossitera, ale i tak jest bardzo dobrze. Koleś ogarnia sam już kolejną płytę i ponownie ląduje u mnie na liście podsumowującej. Tym razem uderza w dream-popowe tony i folkowe brzmienie. Kapitalny popis wokalny.

14. Mannequin Pussy – I Got Heaven. Nie będę ściemniał, że Mannequin Pussy znaleźli się tutaj głównie za wybitny track „Loud Bark„. Nie mniej na całym „I Got Heaven” nie brakuje dobrej, gitarowej muzyki. To była jedna z tych płyt, która pod koniec roku okazała się jedną z najczęściej przeze mnie odpalaną. Teraz, gdy do niej ponownie wróciłem odżyły znowu te emocje i wiem, że będzie to mój stały punkt muzycznych powrotów.

13. Coals – Sanatorium. Jedyna polska płyta na moim zestawieniu. W sumie i tak dobrze jak na wskaźnik rodzimych płyt, które przesłuchałem. Co prawda staram się sprawdzać polskie produkcje, jednak od czasów kiedy poumierały polskie niezal portale ciężko się dokopać jakiś polecajek w social mediach zalanych gównianymi rolkami o chłopie przebranym za babę albo innych pierdołach. „Sanatorium” to kawał dobrej muzyki, do czego węglowy duet już nas przyzwyczaił na poprzednich albumach. Jest trochę popowo, jak i hip-hopowo za sprawą duetu z Hubertem w „primabalerina”. Płyta powstała w studiu Łukasza Rozmysłowskiego, które zostało zniszczone w wybuchu cieszyńskiej kamienicy. Dlatego też zachęcam do wsparcia zrzutki.

12. Charli XCX – Brat. Chyba najbardziej hajpowana płyta w minionym roku. Charakterystyczna barwa okładki, tytuł, który stał się młodzieżowym sloganem czy też wielobarwne utwory przyczyniły się do tego, że Pani Charli XCX stała się jedną z najbardziej rozchwytywanych wokalistek popowych. Płyta dobra, ale wiele starszych kompozycji od Brytyjki cenię bardziej niż „Brat„. Czas pokaże, na ile ta płyta jest innowacyjna.

11. Nilüfer Yanya – My Method Actor. Dla 29-letniej Brytyjki jest to już trzeci album, a energia i świeże pomysły zgromadzone na „My Method Actor” raczej wskazywałyby na artystyczny debiut. Ładne i zgrabne kompozycje łączą się tutaj z charakterystycznym wokalem Pani Nilüfer Yanya. Bardzo przyjemny album.

10. Jamie XX – In Waves. Doskonałą decyzją dla Pana Jamesa Thomasa Smitha (członek grupy The xx) okazała się solowa kariera, gdyż każda z jego płyt okazywała się wybitna. To samo można powiedzieć o jego już trzecim longplayu „In Waves„. Świetne wyczucie panujących trendów, zmysł kompozytorski i nieszablonowe pomysły stawiają go w jednej linii z Pandą Bearem czy też Danem Snaithem tworzącym Caribou.

9. Kendrick Lamar – GNX. Czy jest obecnie lepszy raper w Stanach od Kendricka, który w swojej dyskografii ma same perełki? Sprawa wątpliwa. Lata 90 miały NASA, TUPACA czy też Biggy’ego. Obecna dekada może pochwalić się raperem z Compton. Kolejna świetna płyta, która celebruje minione dekady i zwraca uwagę na problemy czarnoskórej społeczności. Nie jest tak singlowo jak na jego pierwszych wydawnictwach, ale to cholernie równa i mocna płyta.

8. Idles – TANGK. Obok Fountaines D.C. zespół z Bristolu to najlepsze obecnie granie z gatunku post punku, a może i samej muzyki gitarowej. „TANGK” to już ich piąty album, który daje ogromne ilości świeżości. Joe Talbot i spółka od 2009 roku nie zwalniają tempa i chwytają swoich słuchaczy za karmany, wrzeszcząc w twarz: „SIADAJ I SŁUCHAJ, BO TO ZAJEBISTA MUZA”. No i mają racje. Mimo, że początkowy „IDEA 01” daje sygnały, jakby mieli grać lżejszą muzyką. To jednak następny „Gift Horse” to prawdziwa energia, która stała się hymnem minionego roku.

7. Tyler, The Creator – CHROMAKOPIA. Czy Pan Tyler Gregory Okonma nagrał kiedykolwiek słaby album? Wygląda na to, że nie. Co prawda nie pawam miłością do debiutanckiego „Goblina„, jednak od 2013 roku, czyli wydania płyty „Wolf” było już tylko lepiej. Potwierdza to także zeszłoroczna „CHROMAKOPIA„, która jest muzyczną jazdą bez trzymanki. Efekciarski mix gatunków łączy się tutaj z bezpardonową nawijką Tylera. Każdy następny jego utwór kupuje w ciemno, a Tyler to jakość sama w sobie.

6. Vampire Weekend – Only God Was Above Us. Już pewnie to mówiłem, ale nie spodziewałem się po Nowojorczykach niczego wielkiego od czasu debiutu (który też nie był jakiś wybitny). Nie mniej potrafią zarazić miłością do tego swojego niewyobrażalnie ogromnego miasta. Świetny klimat, miłe dla ucha kompozycje. Wszystko tutaj jest na swoim miejscu.

5. Kali Uchis – ORQUIDEAS. Orchidee to narodowy kwiat Kolumbii. Czyli kraju z którego pochodzi wokalistka Kali Uchis. Artystka postanowiła nawiązać do swojej ojczyzny poprzez przystrojenie swojej płyty ów kolorowym kwiatem. A co poza orchideą czuć na „ORQUIDEAS„? Kawał świetnego r’n’b. Już na zeszłorocznym „Red Moon Venus” wszystko u tej Pani brzmiało dobrze. Teraz jest jeszcze lepiej. Niesamowity progres. Zwłaszcza, że artystka postanowiła zaśpiewać w ojczystym, hiszpańskim języku.

4. Jessica Pratt – Here In The Pitch. Na swoim czwartym albumie Jessica Pratt nawet nie stara się ukryć jaka jest jest ulubiona epoka w muzyce. Lata 60 dominują na przestrzeni całego „Here In The Pitch„. Oczywiście uwielbiam ten okres za kapitalne filmy i jeszcze lepsze płyty, jednak nie jestem aż takim orędownikiem tej dekady jak chociażby lat 80 i 90. Nie mniej ów krążek amerykanki to jeden z tych, w których warto się zakochać.

3. The Smile – Wall of Eyes/Cutouts. Postanowiłem oba zeszłoroczne albumy The Smile umieścić na tej samej pozycji w rankingu. Zarówno „Wall of Eyes” wydane w pierwszym półroczu 2024 jak i późniejsze „Cutouts” uzyskało u mnie tą, samą, wysoką i w pełni zasłużoną ocenę. Cieszy niezmiernie płodność twórcza Thome’a Yorke’a i Johnny’ego Greenwooda, gdyż na nowy album Radiohead prędko się nie zanosi, a i też fani w ostatniej dekadzie nie byli zbytnio rozpieszczani przez Brytyjczyków z Oxfordu. Jednak wciąż czuć w tym ducha radiogłowych i jest to niezwykle kawał dobrej muzyki, do której zawsze można wrócić.

2. Magdalena Bay – Imaginal Disk. Wszyscy lubią Madzię, lubię i ja. W końcu ciężko nie uwielbiać tej płyty, gdy składa się ona z tylu świetnych tracków. Oczywiście nie ma w tym duecie żadnej Magdy, a jest wokalistka o niezwykle uroczym głosie – Mica Tenenbaum oraz Matthew Lewin – czyli facet, który zagra na wszystkim. Ich drugi album rozbił bank w 2024 roku i był najczęściej hajpowanym longplayem w blogosferze i social mediach. Jak najbardziej w pełni zasłużenie, bo takie piosenki jak: „That’s My Floor„, „Image” czy też „Killing Time” to już niemal klasyki indie-popu.

1. Fontaines D.C. – Romance. Ok nie będę się silił w tym miejscu by moją jedynką był wybór płyty najbardziej odkrywczej, nieoczywistej w wyborze i jakiejś zaskakującej. Wybrałem „Romance” bo blisko przez trzy dwa miesiące nie słuchałem w zasadzie niczego innego. Tak ta płyta do mnie trafiła. Irlandzka grupa Fontaines D.C. w piękny sposób muzycznie dojrzewa, gdyż każda ich kolejna płyta jest to coraz lepsza! „Romance” to nie tylko kapitalne single jak quasirapowy „Starbuster” czy też przyjazny radiu „Favourite„. To także wiele smaczków pomiędzy jak mój ulubiony, niemal punkowy „Death Kink” czy też shoegazowy „Sundowner„. Dla mnie płyta bezbłędna pod każdym względem i wciąż ją wałkuje. No i widzimy się oczywiście na Offie.