Dosłownie przed paroma tygodniami ukazał się najnowszy, ósmy już w dorobku Tinashe album o wiele mówiącym tytule „Popstar„. O artystce z Lexington w stanie Kentucky pisałem już na blogu przy okazji jej niesamowitego singla „2 On” oraz albumu „BB/ANG3L„. Jakiś czas temu podczas recenzowania tegorocznego albumu pewien recenzent, próbował zbudować tezę, że oto mamy do czynienia z nową falą popowych artystek, które są poza wszelkimi mainstreamowymi schematami i nie są produktami wytwórni. Do przykładu wrzucił jeszcze parę innych gorących nazwisk jak ADELA, Charli XCX czy też Olivia Rodrigo. I tak sobie myślę, że to jedna wielka ściema. Fakt, mamy do czynienia z nową świeżością w świecie popu. Wspomniane artystki mają na koncie śmigające hity przy jednoczesnym wizerunku artystek nie radiowych. Z tym, że każda z nich jednak wydaje w wielkich wytwórniach muzycznych, które starają się je sprzedać jako artystki niezależne. Siłą rzeczy to dalej muzyczny produkt, tylko inaczej zapakowany. Czy to źle? Niekoniecznie. Mnie jako fana dobrej muzyki i tak będzie przede wszystkim interesowała zawartość płyty.
Tinashe początkowo zaczynała w dużej wytwórni, pierwsze trzy albumy wyszły nakładem RCA Records. Później artystka próbowała własnymi siłami wydawać muzykę, jednak ostatecznie ponownie wróciła do gigantów. Tym razem Atlantic Records. „Popstar” w zasadzie jest o drodze przebytej przez artystkę. Najważniejszym tematem albumu jest życie podporządkowane karierze i pragnieniu bycia gwiazdą. Tinashe nie ogranicza się do opowieści o luksusie, pewności siebie i sukcesie. Interesuje ją także druga strona popularności: presja ciągłego udowadniania swojej wartości, potrzeba uwagi oraz trudność w oddzieleniu własnej tożsamości od publicznego wizerunku. Tytuł można odczytywać na dwa sposoby. Z jednej strony jest deklaracją ambicji i artystycznej samoświadomości. Z drugiej – ironicznym komentarzem do świata, w którym o wartości muzyka coraz częściej decydują zasięgi, internetowe trendy i wyniki komercyjne.
Muzycznie „Popstar” jest bardziej eklektyczny, niż sugeruje jego tytuł. Tradycyjne elementy popu i R&B spotykają się tu z klubową elektroniką, połamanymi rytmami, basem inspirowanym hip-hopem i eksperymentami z obróbką wokalu. Zabawa z elektroniką jest ostatnio znowu w modzie, dlatego syntetyczne dźwięki oraz nieoczywiste rozwiązania rytmiczne nadają części materiału współczesną energię. Jednocześnie Tinashe potrafi także zwolnić tempo na chwilę obok szybkich, klubowych kompozycji pojawiają się spokojniejsze i bardziej emocjonalne momenty. „I’d Rather Be Alone” pokazuje, że artystka nie rezygnuje z tradycyjnej, rozbudowanej formy wokalnej ballady.
Podoba mi się różnorodność tego albumu. Sporo tu elektroniki, to fakt. Jednak taki „Pillow Fight” ma sporo z hip-hopu i R’N’B. W podobnym tonie otrzymujemy „Nobody Wanna Dance Anymore„, którego brzmienie sprawia, że płyniemy razem z tym albumem. Do wspomnianej dwójki należy dopisać „Crash Out„, który brzmi jak wczesne kompozycje Beyonce. Bardziej popowa twarz artystki pojawia się w tytułowym „Popstar” a całość zamyka ballada „Heavy Weight„. Połączenie popowej przebojowości z elektroniką czy też bardziej rapowym klimatem wyróżnia ósmy album Tinashe. Nie wydaje mi się, by spójność krążka została w ten sposób zachwiana, gdyż wszystkie utwory łączy jedna rzecz – tematyka. Brakuje tutaj występów gościnnych, ale to uważam za plus, gdyż obecność wokalna Tinashe na albumie jest na wysokim poziomie.
Podsumowując, Tinashe wydała prawdopodobnie najlepszy album w swoim dorobku. „Popstar” to album o sławie i autokreacji, który łączy w sobie pop z elektroniką, R’N’B czy też hip-hopem. Coś czuje, że będę często tutaj wracał i za każdym razem wygrzebie coś innego ciekawego. Ocena: 8/10.
Klasycznie już o tej porze zamieszczam małe zestawienie wydawnictw o których nie zdążyłem napomknąć na łamach bloga, a myślę, że warto to zrobić. Miłej lektury, a niebawem na blogu podsumowanie muzycznei wchodzimy na pełnej petardzie w rok 2026.
Dijon – Baby. „Baby” to drugi w dorobku album Diojna Duenasa. Amerykański wokalista to istny człowiek renesansu. Poza śpiewaniem zajmuje się muzyczną produkcją, aktorstwem, tworzeniem piosenek oraz jest multiinstrumentalistą. Debiutował w 2021 roku za sprawą „Absolutely„, jednak to za sprawą tegorocznego „Baby” rozbił bank. Pozytywne opinie w najważniejszych muzycznych serwisach z Pitchforkiem, NME oraz AllMusic na czele. A co najważniejsze odbiór publiczności także był wysoki, ocena 94/100 na metacritic nie wzięła się znikąd. Ten co prawda krótki materiał (Całość trwa trochę ponad 37 minut) to zestaw przejmujących i zapadających w pamięć utworów z pogranicza soulu, R&B oraz eksperymentalnego popu. „Baby” to muzyczny koktajl, który na myśl przywołuje takich artystów jak Bon Iver, Frank Ocean, Prince’a czy też D’Angelo. I w odniesieniu do ostatniego nazwiska jest to najbardziej znaczące, bo okazuje się, że po śmierci Micheale Archera mamy już jego godnego następce. Ocena: 9/10.
⭐⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4.5 na 5.
Oneohtrix Point Never – Tranquilizer. Stojący za tym projektem, pochodzący z Bostonu Daniel Lopatin jest dobrze znany polskiej publiczności związanej z muzyką elektroniczną. Oneohtrix Point Never występował podczas OFF Festiwalu, Tauronu Nowa Muzyka Katowice, festiwalu Unsound czy też Sacrum Profanum. Jako producent muzyczny współpracował z takimi artystami jak James Blake, Charli XCX, The Weekend, FKA Twigs czy też Iggy Pop. Na scenie muzycznej działa nieprzerwanie od 2007 roku, w tym czasie wydał 11 albumów studyjnych. Za jego najlepszy krążek uważa się wydany w 2011 roku album „Replica„, jednak tegoroczny „Tranquilizer” już teraz pojawia się w większości muzycznych list końcowych. I trudno się nie zgodzić, bo Daniel Lopatin, wciąż potrafi nas zaskoczyć swoją twórczością. „Tranquilizer” to album mocno równy, i pięknie eksplorujący ambient oraz muzykę elektroniczną. Słuchając jego czujemy się jakby nasz umysł podróżował w najprzeróżniejsze miejsca, a dźwięki klawiszy potrafią wprowadzić nas w stan relaksu. I to jest najważniejsze przy tym krążku, że jest to muzyka, która swoją ciekawością potrafi nas rozprężyć. Ocena: 8/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
Geese – Getting Killed. Stojący za tym projektem Cameron Winter działa na scenie muzycznej od 2016 roku. W tym czasie Geese wydało cztery albumy długogrające. Jednak dopiero tegoroczny „Getting Killed” pozwolił zespołowi z Nowego Jorku wypłynąć na szerokie wody. Pojawił się na listach podsumowujących rok najważniejszych muzycznych serwisów, zyskał wiele pozytywnych recenzji od krytyków jak i publiczności, a także zaznaczył swoją obecność na listach sprzedażowych. Pierwsze skojarzenie przy słuchaniu Geese jest takie, że falset Camerona Wintera łudząco przypomina ten od Thome’a Yorke’a. Jest to z pewnością zaleta, ale także momentami może działać na niekorzyść. Jednak poza wokalem na „Getting Killed” muzyka także się broni. Ten trwający co jedna piłkarska połowa materiał to przede wszystkim muzyka gitarowa z pogranicza rocka alternatywnego, folku i indie rocka. Cameron Winter dużo inspiracji brał od muzycznych legend takich jak: Lou Reed, Tom Waits, Bob Dylan czy też Leonard Cohen. I to słychać na tym albumie, że nie stara się być nowoczesny, tylko wraca do starych, rockowych dziejów. Ocena: 8/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
Bads Bunny – Debí Tirar Más Fotos. Urodzony w Portoryko Benito Antonio Martínez Ocasio to w ostatnim czasie głośne nazwisko. Zwłaszcza za Oceanem. Przyznam szczerze, że nie zdawałem sobie z tego sprawy, gdyż nie jestem na bieżąco z amerykańskim (a zwłaszcza tym latynoskim) mainstreamem. W każdym bądź razie nie zagłębiając się w szczegóły zły królik to celebryta za Oceanem, i z całą pewnością nie jest to żaden debiutant, gdyż „Debí Tirar Más Fotos” to już jego szósty album. Dlaczego o nim wspominam? Trochę z nakazu serwisów pokroju Pitchfork czy też AllMusic, jednak po sprawdzeniu tego albumu muszę przyznać, że ta muzyka się broni. Ci co śledzą mój blog, wiedzą, że piszę o różnorakich gatunkach muzycznych, jednak jeżeli chodzi o latino-trap jest to chyba mój debiut. Ta płyta jednak przypadła mi do gustu od pierwszego odsłuchu. Mieszanka trapu, r’n’b, salsy czy też reggeatonu brzmi tu niezwykle prawdziwie. I mimo, że to był najmroźniejszy grudzień do lat, to przy tym albumie czułem się jakby były wakacje pod palmą. Ocena: 8/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
ROSALIA – Lux. Nie porzucając latynoskich klimatów, pora poświęcić klika słów innej popularnej płycie zeszłego roku. Mowa o czwartym studyjnym albumie „Lux” w wykonaniu hiszpańskiej wokalistki Rosalii. Co tutaj dużo mówić? Album nagrany z ogromnym rozmachem. Wystarczy spojrzeć na listę osób, które brały udział przy tworzeniu tego albumu. Bjork, Pharrell Williams, Charlotte Gainsbourg, Daniel Wilson, The-Dream czy też Orkiestra Symfoniczna z Londynu. Album nagrywany w dziesięciu studiach muzycznych na obu kontynentach w dwunastu językach. Jednym zdaniem: „Mieli rozmach skur…„. Ale opłaciło się, bo album rozbił bank. Czołówka odtworzeń na Spotify, praktycznie wszędzie płyta roku i dużo rozgłosu w mediach… Nawet w tych polskich, za sprawą kręcenia teledysku w Warszawie do piosenki „Berghain„. A jakie są moje odczucia? Szczerze powiedziawszy, gdy pominie się tą całą otoczkę to są bardzo przeciętne. Nie wbił mi się w pamięć ten krążek, chyba jest jednak przerost formy nad treścią. Nie jest to też totalny niewypał, po prostu Rosalia mnie tutaj nie porwała. Ocena: 6/10.
⭐⭐⭐
Ocena: 3 na 5.
Blood Orange – EssexHoney. Przyznam szczerze, że zapomniałem nieco o Brytyjskim artyście. Devonté Hynesukrywający się pod szyldem Blood Orange ostatni swój longplay wydał w 2018 roku, czyli 7 lat temu. W obecnym świecie muzycznym jest to wieczność. Jednak warto było czekać, bo jego najnowszy, piąty w kolekcji długograj to album WYBITNY pod każdym względem. Przede wszystkim kompozycyjnym, gdzie każdy kolejny track skrada show. Trwający nieco ponad 46 minut „Essex Honey” to materiał poruszający się pomiędzy Alt Popem, jazzem a R’n’B. Jest Melancholinie, wręcz introwertycznie, retrospektywnie oraz intymnie. To duża zmiana w porównaniu do poprzednich płyt, gdzie Pan Hynes po prostu bawił się muzyką i kombinował z funkiem oraz soulem. Wrażenie robi bogata lista gości, gdzie znajdziemy takie nazwiska jak chociażby: Lorde, Caroline Polachek czy też Brendan Yates z zespołu Turnstile. Mam wrażenie, że to najlepszy materiał jaki nagrał Blood Orange do tej pory. Oczywiście cenię jego poprzednie dzieła, ale w tej odsłonie przemawia do mnie totalnie! Ocena: 9/10.
⭐⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4.5 na 5.
Dystymia – Klatki. Pora na trochę lokalnego, despresyjnego grania gitarowego z Mikołowa. Dystymia to projekt muzyczny, który powstał w 2021 roku. Skład zespołu to Kamil Rykowski (wokal), Mateusz Palka (gitara), Patryk Brzęk (gitara basowa oraz wokal) oraz Paweł Jarczyk na bębnach. Po raz pierwszy o nich wspominałem w grudniu 2023 roku przy okazji wydania EP-ki „Wszystko zostało już powiedziane„. Wtedy urzekli mnie inspirowaniem się moim ukochanym Kombajnejm Do Zbierania Kur Po Wioskach. Na tegorocznej EP-ce „Klatki” już tych inspiracji nie słychać tak wyraźnie. Całość zaczyna energiczny „Sen jak każdy inny„, gdzie gitara przywołuje mi na myśl inny legendarny polski zespół – Muchy (Zwłaszcza z okresu wydania „Notorycznych Debiutantów”). W pozostałych utworach, zwłaszcza „M.A.” te skojarzenia dalej ze mną pozostają. Najmniej „muchowe” wydaje mi się jedynie „Dystymia„, która uderza w nieco inne tony. Nowością jest śpiewnie jednego, ostatniego utworu w języku angielskim. Jednak nie bez powodu jest to chyba ostatni utwór na tym krótkim wydawnictwie, „Ask yourself” jest bowiem jego najsłabszym ogniwem. Doceniam inspirowanie się śmietanką polskiego niezalgrania, jednak wciąż mi tutaj brakuje tego czegoś, swojego. Ale jak to mówią, szukajcie, a znajdziecie. Wydaje mi się, że jest to już coraz bliżej. Ocena: 6/10.
Niestety wiosenny przegląd nie doczekał się publikacji, dlatego też płyty z maja i czerwca łączą swoje siły z tymi z lipca i sierpnia. W ten o to sposób powstaje Kapitan Recenzja, który zbiera te wszystkie krążki w jeden post. Mam nadzieje, że zainspiruje Was do przesłuchania czegoś ciekawego.
Car Seat Headrest – The Scholars. Poczynania indie rockowej grupy z Leesburg w stanie Virginia sprawdzam nieustanie od 2016 roku, czyli od momentu wydania kapitalnego „Teens of Denial„. Po drodze był równie wyborny „Twin Fantasy„, a ostatni ich krążek to „Making a Door Less Open” z 2020 roku. Teraz wrócili po pięciu latach przerwy z „The Scholars„. I jak jest tym razem? Przyznam, że dość przeciętnie. Przesłuchałem ten krążek kilka razy w okolicach maja i do końca lata niestety zdążyłem o nim już zapomnieć. W zasadzie nie wiem czemu, gdyż robiąc ponowny odsłuch w sierpniu całość wydała mi sie dość zgrabnie nagrana. Will Toledo postawił na bardziej melodyjną odmianę indie rocka, bo już otwierający całość CCF (I’m Gonna Stay With You) zachwyca melodyjnością oraz linią syntezatora. „Devereaux” to z kolei podniosły i wpadający w ucho refren, który niebezpiecznie krąży wokół muzyki country. „The Catastrophe (Good Luck With That, Man)” chyba został stworzony świeżo po przesłuchaniu jakiejkolwiek płyty Wavves a „Gethsemane” to prawdziwy wulkan energii, ponowie bawiący się z klawiszami. Nie brakuje ponownie na płycie utworów nie zdrowo długich, największym takim potworem jest „Planet Desperation„, który trwa prawie tyle co odcinek serialu komediowego (18 minut). Materiał na „The Scholars” jest OK, ale już się przekonałem, że nie jest to płyta, którą bedzie się pamiętało latami. Ocena: 6/10.
⭐⭐⭐
Ocena: 3 na 5.
Kali Uchis – Sincerely.Trzeba kuć żelazo, póki gorące. Taka idea na pewno przyświeca Kali Uchis. Po wydaniu świetnego albumu „Red Moon in Venus” w 2023 roku oraz jeszcze lepszego, latynoskiego „Orquideas” rok później, artystka ponownie nie czekała długo z wydaniem nowego materiału. I tak o to 9 maja nakładem legendarnego Capitol Records ukazał się jej piąty długograj pt. „Sincerely„. Całość zaczyna się mocno nastrojowo dzięki chwytliwym balladom „Heaven is a Home...” oraz „Sugar! Honey! Love!”. I w zasadzie ten nieśpieszny, klubowy klimat utrzymuje się tutaj przez cały czas trwania płyty. Nie ma tutaj mocnych, radiowych bangerów, bo nawet single „Sunshine & Rain…” czy też „All I Can Say” ciężko takimi nazwać. Pomimo tego płyta została przyjęta ciepło zarówno przez słuchaczy jak i recenzentów. 2 miejsce na liście billboard już o czymś świadczy. Dla mnie jednak najważniejsza jest zawartość, a ta jest ponownie wyborna. Ocena: 8/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
Kukon / @atutowy – Pauza. Jakub Konopka, zwany Kukonem to gość, który w rapie zrobił już sporo. 12 krążków nagranych od 2018 roku robi wrażenie. Jednak obecnie w polskim hip-hopie, każdy nagrywa już kilka razy do roku coś nowego. Poza tym ilość nie zawsze przekłada się na jakość. „Pauza” na pierwszy rzut ucha wydaje się być solidnym, rapowym materiałem. Kukon pomimo młodego wieku (29 lat na karku) rzuca przemyślenia i mądrości życiowe niczym 50 latek. Muzycznie także album daje radę, gdyż produkcja jest różnorodna. Słuchałem „Pauzy” w momencie premiery i teraz wróciłem po paru miesiącach przerwy. Wciąż uważam, że Kukon mądrze mówi, ale nie sądzę, by ten materiał zapisał się na trwałe w historii polskiego rapu. Brakuje także bangerów, które mogłyby przynajmniej na ten album nakierować. Ocena: 6/10.
⭐⭐⭐
Ocena: 3 na 5.
Billy Woods – GOLLIWOG. Dziewiąty studyjny album amerykańskiego rapera to prawdziwy oldschool. Nie znajdziecie tutaj trapowych beatów, wokali z auto-tunem, ani także popularnych nazwisk jako gościnne występy. W zamian otrzymujemy typową nawijkę niczym z lat 90, totalnie nie melodyjne podkłady i skrzypiący, mglisty i zakurzony klimat. Przyznam szczerze, że słuchanie tej płyty to prawdziwy test dla fanów gatunku. W szczególności, kiedy raper urodzony w stolicy rymuje do dziwnych dźwięków płaczu. Niby człowiek słyszał już wszystko, ale chyba nie. Doceniam podejście do tematu w starym stylu, ale „GOLLIWOG” to nie jest moja bajka. Ocena: 6/10.
⭐⭐⭐
Ocena: 3 na 5.
Water From Your Eyes – It’s a Beautiful Place. Water From Your Eyes to indie rockowy zespół, który powstał w Chicago, a obecnie przebywa w Nowym Jorku. Pomimo tego, że „It’s a Beautiful Place” to ich siódmy album, który powstał na przestrzeni ośmiu lat to jest to mój pierwszy kontakt z amerykanami. Głównie za sprawą rekomendacji, zawsze dobrze zorientowanego portalu Pitchfork. Generalnie nie zawsze zgadzam się z ich ocenami, jednak albumy, które polecają przeważnie trzymają mocny poziom. Tak, jest i w tym przypadku. Może, nie jest to do końca rodzaj muzyki, który mógłbym chłonąć całymi dniami. Jednakże cieszy fakt, że indie rock potrafi jeszcze zaprezentować coś oryginalnego. Materiał na „It’s a Beautiful Place” to świeży powiew muzyki gitarowej, który jest zbudowany na dość nieoczekiwanych rozwiązaniach. Charakterystyczna linia tempa, gitarowe riffy przywołujące klasyki z lat 90 z The Smashing Pumpkins na czele, wyciszony wokal odwołujący się do shoegaze’owych legend oraz dobra energia to skrótowy opis najnowszego dzieła od Water From Your Eyes. Za pierwszym razem mnie nie przekonali, przy drugim odsłuchu było lepiej, trzeci z kolei był już objawieniem. A to wszystko w ciągu 90 minut, bo całość trwa zaledwie 29 minut i 11 sekund. Ocena: 7/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 3.5 na 5.
No Joy – Bugland. Pierwsze odsłuchy świata robaków nie dawały większych nadziei, że jeszcze do tej płyty wrócę. Wróciłem, tylko po to by się upewnić i okazało, że się mylę. Za każdym kolejnym odsłuchem odnajduję w tym materiale coś nowego i ciekawego. I teraz mogę oficjalnie powiedzieć, że ten materiał lawirujący pomiędzy shoegaze a dream popem to w sumie bardzo dobra i innowacyjna płyta. Kanadyjski band to w sumie nie takie nowicjusze. Na muzycznym rynku istnieją od 2009 roku i w tym czasie zdążyli wydać pięć albumów. Co prawda, poprzednie cztery krążki nie zyskały większego rozgłosu, nawet w niezalowej niszy. Jednak „Bugland” robi robotę i zasłużenie jest wysoko oceniany. „Bugland” to krótki materiał, bo trwający zaledwie 33 minuty i 42 sekundy. Jednak w tym czasie kanadyjskie trio potrafiło zahaczyć o takie gatunki jak: dream-pop, noise rock, jazz, shoegaze, muzykę elektroniczną czy też indie-rock. Myślę, że warto znać. Ocena: 8/10.