Jeszcze bardziej wakacyjna płyta tego roku – recenzja albumu „DON’T TAP THE GLASS” Tylera, The Creator

Ponad miesiąc temu rozpisywałem się na temat jednej z najbardziej wakacyjnych płyt tego roku – „Spun” od Wavves. I pomimo tego, że wciąż jestem mega fanem grupy z San Diego, to tego lata słuchałem częściej innego krążka. Chodzi o kapitalne „DON’T TAP THE GLASS” od Tylera, które miało swoją premierę 21 lipca i z miejsca stało się hitem.

Wystarczy wsłuchać się w takie utwory jak: „Sucka Free„, „Sugar On My Tongue” czy też „Ring Ring Ring” by wyłapać ten letni vibe, który otacza dziewiąty w dorobku album Pana Okonmy. Zamysł Tylera, był prosty – stworzyć płytę taneczną. I można powiedzieć, że momentami mu się to udało. Gdyż, wspomniane utwory mogą porwać do tańca. Jednak nie całość, gdyż Tyler postawił bardziej na głośne przestery, aniżeli groove czy też swing. Dobrym tego przykładem jest tytułowe „Don’t Tap The Glass/Tweakin’„. Ogólnie beaty brzmią świeżo i jest tutaj sporo retromani i lat 80. Te drobne szczegóły potrafią nam przypomnieć twórczość chociażby N.W.A. czy też LL Cool J.

Sam zamysł stworzenia letniej, lekkiej, melodyjnej płyty do tańczenia przez Tylera uważam, za dobry i słuszny. Pasuje mi to do Okonmy, pomimo tego, że wielu słuchaczy jest odmiennego zdania. Drugim zarzutem wobec artysty jest liryczna powtarzalność i przeciętna produkcja, która od czasów wydania „Call Me IF You Get Lost” stanęła w miejscu. Być może tak jest, ale osobiści nie odczuwam tego w ten sposób. Albo inaczej, nie przeszkadza mi to w odbiorze płyt Tylera. Powód? Bardzo prosty! Każdy jego album od debiutu potrafił przyciągnąć moją uwagę na dłużej („Igor„, „Flower Boy„) lub krócej (Ostatnia „Chromakopia„). I co więcej, każdy jego album jest tak na prawdę inny i niepowtarzalny, a to dość unikatowa umiejętność w obecnych czasach i to z dorobkiem dziewięciu długograjów.

Generalnie przesłuchałem tą płytę w te wakacji mnóstwo razy (Duża pewnie w tym zasługa czasu trwania całości) i wiem, że nic bardziej wakacyjnego już nie usłyszę tego lata. Możliwe, że lato 2025 to jedyne lato bez wakacyjnego hitu. Jednak wakacyjnych płyt w minionych miesiącach nie brakowało a jedną z nich jest właśnie wspominane „DON’T TAP THE GLASS” od Tylera. Warto znać. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Zabawy hawajską gitarą elektryczną i podróż do lat 80 – recenzja płyty „SABLE, fABLE” Bon Iver

Być może to złe skojarzenie i zbyt upraszczające sprawę, ale Justin Vernon i jego Bon Iver, coraz bardziej przypomina mi casus pewnych wyspiarskich zespołów – U2 i Coldplay. Chodzi mi o pewien schemat, który zaczyna się od wybitnego debiutu, nagraniu jeszcze paru dobrych rzeczy, paru znośnych rzeczy by ostatecznie trafić do mainstremu i nagrywania okrutnego popu. Co prawda przypadek Bon Iver nie skończył się jeszcze na ostatnim punkcie, jednak od paru lat artysta coraz chętniej zbliża się do tego kierunku.

Trochę niegrzecznie zacząłem od pocisku w stronę muzyka z Eau Claire w stanie Wisconsin. To wszystko jednak z miłości, zwłaszcza do jednej, jedynej płyty jaką była „For Emma, Forever Ago„. Co prawda Justin Vernon momentami próbuje nawiązać do tego albumu pierwszą częścią „SABLE, fABLE” a konkretnie takimi tworami jak „S P E Y S I D E” czy też „THINGS BEHIND THINGS BEHIND THINGS„. Jednak tamtych emocji chyba nie uda się już odtworzyć. Dlatego zrozumiała i w pełni słuszna jest próba eksperymentowania z muzyką.

A ta na drugiej części „SABLE, fABLE” wychodzi całkiem dobrze. Vernon cofa się do lat 80, czerpie pełnymi garściami z twórczości Prince’a, Phila Collinsa czy też George’a Michaela. Jest tutaj sporo soulu, funku, R&B, zabawy hawajską elektroniczną gitarą i dobrej zabawy. Najlepiej to słychać na „Everything Is Peaceful Love„, które jest chyba najmocniejszym momentem tegorocznego krążka. Chociaż prince’owy „Walk Home” też jest niczego sobie, no i zamiana w kowboja w „From” też pasuje do image’u Vernona. Sporo tutaj gości, pojawia się m.in. Denielle Haim czy też Dijon. Jednak najlepiej Bon Iver posłużyła pomoc w songwrittingu od mk.gee. Gość ma patent na nieszablonowe wykorzystanie gitar, co słychać zwłaszcza w kapitalnym „I’ll Be There„.

Mam nadzieje, że Bon Iver finalnie nie skończy jak wspomniani wcześniej brytole z Coldplay. Jasne, można nagrywać pop i bawić się gatunkami. Pod warunkiem, że to nie jest nagrywanie paździerza nastawionego na sprzedaż. No i dobrze, że facet szuka nowego ja. Powtórzenie „For Emma, Forever Ago” jest po prostu nie możliwe, a ciągłe porównywanie jego nowej płyty do debiutu mija się z celem. Sam musze z tym skończyć, i po początkowej krytyce kończę całość miłym słowem i jeszcze milszą oceną: 8/10. Fajny ten POP Iver.

Ocena: 4 na 5.

Pierwszy muzyczny strzał – Przegląd płyt z stycznia i lutego

Rysy – 4GIVE. Trzeci w dorobku długograj od warszawskiego duetu Rysy to z pewnością nie lada gratka dla wszystkich fanów muzyki elektronicznej. Łukasz Stachurko oraz Wojciech Urbański ponownie poruszają się w klimatach trance, techno czy też acid-techno. Jest mniej przebojowo jak na ich ostatnim albumie „4GET„, ale nie oznacza, że gorzej. Ten album wpada w ucho. To 9 utworów, gdzie każdy ma coś do powiedzenia i każdy coś tutaj dla siebie znajdzie. Czekam na wersje live na Carbonie albo Tauronie. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Franz Ferdinand – The Human Fear. Co prawda z oryginalnego składu pozostał tylko wokalista Alex Kapranos oraz basista Bob Hardy, jednak brzmienie pozostało to samo. Franz Ferdinand grają wciąż te same indie rockowe ballady, co w 2005 roku. I z jednej strony jest to spoko, bo jeżeli jest się fanem tego grania to będzie ono wciąż nam pasowało. Ja jednak oczekiwałbym minimalnego rozwoju, a tego tutaj nie ma. Był moment w okolicach 2009 roku, gdy wydawało mi się, że Szkoci będą odważniej podchodzili do muzyki. „The Human Fear” jest jednak zaprzeczeniem tej tezy. Ten krążek brzmi jak żywcem wyciągnięty sprzed dwóch dekad. Ogólnie spoko, bo zawsze lubiłem Franz Ferdinand i nawet specjalnie na nich cisnąłem do Łodzi by w słuchać ich na łódzkim osiedlu w milionowym tłumie. Jednak zaraz po wyłączeniu, zapomina się o tym albumie. Ocena: 4/10.

Ocena: 2 na 5.

Cameron Winter – Heavy Metal. Niech tytuł was nie zmyli. Nie jest to granie w stylu Slayera. Wręcz przeciwnie. To gitarowe brzdąkanie, z łamiącym się wokalem Pana Camerona Wintera. Płyta mocno hajpowana przez Pitchfork, w moim jednak odczuciu przesadnie. Dałem szansę kilkukrotnie wokaliście Geese w jego solowym debiucie. Nie są to jednak totalnie moje klimaty, wieje tutaj straszną nudą. Nie jest to też całkowity niewypał bo doceniam takie kompozycje jak: „Nausicaa (Love Will Be Revealed)” z fajnym soulowym vibe’em czy też sufjanowy „Love Takes Miles„. Może to wina wokalu Camerona Wintera, a może sam zamysł na materiał do mnie do końca nie przemawia? Nie wiem, i zbytnio mnie to nie obchodzi. Bo nie wszystko musi się nam podobać, prawda? Ocena: 4/10.

Ocena: 2 na 5.

FKA Twigs – EUSEXUA. O Pani Tahliah Debrett Barnett pisałem na blogu wielokrotnie, i zawsze były to bardzo pozytywne opinie. W końcu w jej dyskografii nie ma słabych pozycji. Zaczynając od debiutanckiego „LP1” po ostatni mixtape „Caprisongs” wydany w 2022 roku. „EUSEXUA” to jej trzeci długograj i już od pierwszego, tytułowego utworu „Eusexua” otrzymujemy nietypowy miks elektronicznego transu z balladowym wokalem. Kolejny „Girl Feels Good” zabiera nas w przeszłość na przełom lat 90 i 2000, przywołując na myśl płyty Madonny z tamtego czasu. Ponadto jest tutaj sporo eksperymentowania z brzmieniem, wystarczy posłuchać takich utworów jak „Drums of Death” czy też „Sticky” by się o tym przekonać. To być może najmniej piosenkowa i popowa płyta artystki, ale podoba mi się droga, którą obrała. Połączenie elektroniki z jej charakterystycznym wokalem to idealna mieszanka. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Ringo Starr – Look Up. Ringo Starr nie należał nigdy do gronach najbardziej wielbionych Beatlesów. I nic w tym dziwnego, gdy ma się przed sobą takich tuzów jak John Lennon, Paul McCartney czy George Harrison. I nawet w momencie, gdy pozostało ich już tylko dwóch to najnowsza płyta Ringo przeszła raczej bez większego echa. Nie jest to wydarzenie na miarę powrotu The Rolling Stones czy też nowej płyty Beyonce bądź innej gwiazdy pop/rock. Być może to z powodu tego, że Ringo wydaje swoje płyty dość systematycznie. Od rozpadu żuczków w 1970 roku wydał ich 21! Do tego trzeba dorzucić 6 Ep-ek, 2 albumy live, 8 albumów jako Ringo Starr & His All-Starr Band, oraz wiele innych kompilacji i kolaboracji. Koleś pomimo 84 lat na karku nie próżnuje i wciąż ma nowe pomysły na muzykę. „Look Up” w odróżnieniu od ostatniego rockowego „What’s My Name” zostało nagrane w rytmach country. I to brzmienie jak i ten kowbojski kapelusz całkowicie pasuje do eks-perkusisty The Beatles. Materiał składa się z 11 utworów, które słucha się sprawnie i dość przyjemnie. To 37 minut lekkiego, gitarowego grania i śpiewania o dawnych miłościach i dziejach. Jednak Starr nie popada zbytnio w rozpamiętywanie i nagrywa utwory tak, jakby dalej były lata 60. Ocena: 6/10

Ocena: 3 na 5.