Muzyka Końca Lata – Przegląd płyt z trzeciego kwartału roku. Część II.

Ok, Lecimy dalej z tematem. Przed Wami druga część mojego przeglądu płyt z minionego kwartału (a w zasadzie dwóch kwartałów, hehe). 10 płyt, różne gatunki muzyczne, muzyka polska i zagraniczna, krótka forma, dobrze zobrazowane oceny. Mam nadzieję, że znajdziecie coś tutaj dla siebie.

Nino Paid – Somwhere Over the Rainbow. Nie słucham za wiele hip-hopu w ostatnim czasie. Jednakże nie mogłem przejść obojętnie obok trzeciego albumu w dorobku Nino Paida, który zbiera wyjątkowo pozytywne oceny. Sprawdziłem, i fakt, są to oceny zasłużone. 24-letni raper z Landover w stanie Maryland sięga tutaj do korzeniu swojego regionu, wplatając w rap elementy go-go (mieszanki funku, R&B i hip-hopu z dominującą perkusją). Płyta jest głęboko osobista i porusza tematykę traumy, żałoby, dorastania w systemie rodzin zastępczych oraz ceny sukcesu. Nino Paid buduje teksty na zasadzie intymnego pamiętnika. Tytułowy „Rainbow” (tęcza) symbolizuje odnalezienie nadziei i spokoju po przejściu przez życiowe piekło. Kluczowym elementem albumu jest wewnętrzne rozdarcie artysty, które słychać m.in. w utworze „Rewind It”. Raper rapuje tam wprost o tym, że choć obiecywał sobie koniec z „smutnymi piosenkami”, to nie potrafi uciec od bolesnych wspomnień po stracie brata. Przede wszystkim doceniam nostalgiczny klimat i autentyczność wokalną artysty. Z całą pewnością pozycja obowiązkowa z rapowego nurtu. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Picture – Uuuuuuuu. Na wstępie trzeba wspomnieć, że Picture to projekt duńskiego producenta Natala Zaksa. Który wyjątkowo lubi samogłoski, gdyż jego poprzedni album nazywał się „Eeeeeeee„. Z resztą wszystkie utwory na płycie mają w podobnym stylu nazwy. Przytoczę chociażby „Miiiiiii” czy też „Wooooooo„. Gatunkowo jest to mieszanka dub techno, minimal techno, ambient techno oraz abstract techno, czyli rzeczy o których rzadko piszę, mimo, że dość często słucham. Całość tegorocznego albumu to około 47 minut. Zaks nie buduje utworów wyłącznie z kolejnych warstw rytmicznych. Bardzo dużo dzieje się w: panoramie stereo, pogłosach, filtrach, czy też zmianach natężenia poszczególnych częstotliwości. W efekcie słuchanie Uuuuuuuu przypomina momentami obserwowanie dźwiękowej architektury, która cały czas zmienia kształt. Jedną z ciekawszych rzeczy jest pozorna prostota tych utworów. Na powierzchni często mamy: beat + bas + kilka sampli + efekty, ale kiedy słucha się dokładniej, okazuje się, że niemal każdy element jest poddawany niewielkim zmianom. To muzyka oparta bardziej na mikroewolucji niż na wielkich zwrotach akcji. Wszystko to sprawia, że album może początkowo wydawać się monotonny, ale przy uważnym słuchaniu ujawnia dużą liczbę szczegółów. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

of Montreal – Aethermead. 20 album w dorobku of Montreal wypadałoby uczcić czymś wielkim. Nie tym razem. Kevin Barnes nagrał ponownie album zainspirowany zerwaniem z dziewczyną. Swoją drogą, mocno burzliwe życie prowadzi ten 52-latni amerykański artysta. Oczywiście, od zawsze uważałem, że nic tak nie inspiruje do napisania pięknej muzyki co złamane serce. Wiele moich ukochanych utworów w ten sposób powstało. Barnes niestety mocno spłaszczył temat i generalnie jest cieniem samego siebie. Nie jest to nowe „The Sunlandic Twins” ani „Satanic Panic in the Attic„. Ba, tej płycie daleko nawet do takiego „Paralytic Stalks„. Styl muzyczny pozostał, to wciąż psychodeliczny pop. Jednakże jest tutaj znacznie mniej kombinowania z elektroniką a więcej gitary akustycznej i pianina. Jednym słowem, trochę wieje tutaj nudą i raczej nie wrócę do tego albumu. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Kurt Vile – Philadelphia’s been good to me. O proszę, kolejny jubileuszowy krążek na mojej liście. Mniejszy niż ten od Kevina Barnesa, ale dalej dobrze. „Philadelphia’s been good to me” to dziesiąty album w dorobku Kurta Vile’a. I jak sama nazwa wskazuje jest on hołdem dla rodzinnego miasta artysty – Filadelfii. Dla Kurta Vile’a był to niezwykle trudny i przełomowy moment w karierze. To pierwszy album nagrany po śmierci Roba Laakso – wieloletniego współpracownika Vile’a oraz członka jego zespołu The Violators. Strata ta mocno wpłynęła na emocjonalny ton całej płyty. Choć album w dużej mierze powstawał w domowym studiu artysty o nazwie OKV Central w dzielnicy Mount Airy w Filadelfii, to część sesji nagraniowych zrealizowano również w kultowych muzycznie miejscach: w Memphis oraz w Athens w stanie Georgia. Tytułowy utwór i cała otoczka płyty mocno korespondują z historycznym momentem. Premiera zbiegła się w czasie z obchodami 250-lecia Stanów Zjednoczonych, których Filadelfia jest kolebką. Vile w charakterystyczny dla siebie sposób puszcza oko do słuchacza, rzucając wyzwanie: „Ja jestem Filadelfią. Muszę stanąć na wysokości zadania”. W tekstach wprost nawiązuje też do swoich wielkich bohaterów muzycznych – Neila Younga oraz Bruce’a Springsteena – którzy w przeszłości również pisali utwory dedykowane temu miastu. W porównaniu do poprzednich krążków (takich jak „(watch my moves)” czy „Bottle It In„), ten album jest znacznie mniej nasycony syntezatorami i kosmiczną psychodelią. Vile postawił na powrót do korzeni: akustyczne brzmienia, długie, leniwie rozwijające się arpeggia gitarowe oraz wokal, który momentami przypomina nocną audycję radiową lub swobodną, intymną rozmowę. Z całą pewnością jest to jeden z najbardziej spójnych, dojrzałych i uzależniających albumów w jego dotychczasowej karierze. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Mlecze – Album Niebieski. Zaledwie rok po debiucie grupa Mlecze wydaje swój drugi album. „Album Niebieski” to krążek zdominowany przez motyw izolacji, samotności i poszukiwania miłości. Jak przyznaje sama wokalistka, Karolina Prasał, materiał powstawał podczas długiej, mroźnej zimy, kiedy czuła się odcięta od świata. To intymne, bezpieczne odgrodzenie się od rzeczywistości doskonale oddaje okładka oraz koncepcja brzmieniowa płyty. Muzycznie jest to podróż w głąb indie popu z lat 2000, inspirowany takimi zespołami jak: MGMT, Cocteau Twins, Sixpence None the Richer, Alex G czy też Coldplay. Płyty słucha się szybko i sprawnie, w końcu to tylko nieco ponad półgodziny materiału. Utwory są melodyjne, zgrabne, dobrze napisane i zagrane. Na rodzimym rynku nie wiele się działo w indie-popie, dlatego też dobrze, że wyrosły nam te Mlecze. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Iceage – For Love of Grace & the Hereafter. Na swoim szóstym w dorobku albumie studyjnym Duńczycy, wracają do energii swoich początków, ale nie próbują po prostu nagrać drugiego „New Brigade„. Iceage zaczynali jako nastoletni, ekstremalnie intensywny zespół post-punkowy. „New Brigade” z 2011 roku było surowe, szybkie i agresywne. Później grupa zaczęła systematycznie poszerzać paletę. Na kolejnych płytach pojawiały się m.in. folk, country, gospel, rock, jazz i bardziej monumentalne aranżacje. „For Love of Grace & the Hereafter” częściowo zamyka tę pętlę: zespół wraca do punkowej bezpośredniości, ale robi to z doświadczeniem piętnastu lat pracy. Produkcja jest stosunkowo oszczędna i bezpośrednia. Zamiast ściany studyjnych warstw mamy instrumenty, które brzmią tak, jakby zespół rzeczywiście grał razem w jednym pomieszczeniu. To daje płycie nerwowość i spontaniczność. Jednocześnie Iceage nie boją się dziwnych rozwiązań. W „The Weak” pojawiają się nawet atonalne partie fletów prostych, a poszczególne kompozycje potrafią gwałtownie zmieniać kierunek. Najciekawsze jest to, że płyta jest jednocześnie surowa i bardzo melodyjna. Wokalista Iceage pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych elementów zespołu, ale na tej płycie jego śpiew jest bardziej melodyjny i ekspresyjny niż w początkach grupy. Teksty Eliasa Rønnenfelta są zarazem mroczne, poetyckie, pełne przemocy i śmierci, ale jednocześnie mocno związane z miłością, pożądaniem i oddaniem. Podsumowując, Duńczycy wrócili do energii młodego zespołu, ale nie próbują odzyskać własnej młodości. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Sun O))) – Sun O))). Dziesiąty w dorobku album duetu: O’Malley – Anderson jest jednocześnie debiutem wydawniczym w Sub Pop. Jednak nie tylko to się zmieniło. Po latach rozbudowywania składu i zapraszania gości Sunn O))) wracają do rdzenia własnego brzmienia. To raczej „back to basics” rozumiane jako oczyszczenie muzyki z elementów dodatkowych. Nie ma tutaj orkiestry, chóru ani licznych gości znanych z wcześniejszych albumów. Zostają gitary, bas, syntezatory, fortepian, nagrania terenowe i przede wszystkim przestrzeń oraz rezonans. Paradoks tej płyty: minimalizm, który brzmi gigantycznie. Formalnie zespół bardzo dużo upraszcza: dwóch muzyków, sześć utworów, niewiele podstawowych środków.A rezultat jest odwrotny – brzmienie jest ogromne. To nadal drone metal i doom, ale określenie „ciężki” jest tutaj trochę mylące. Sunn O))) interesuje nie tyle riff, ile fizyczne doświadczenie dźwięku. Gitary sprawiają wrażenie bardziej krajobrazu niż tradycyjnej kompozycji, są ekstremalnie nisko strojone, rozciągają pojedyncze dźwięki na wiele minut, tworzą ogromne warstwy harmoniczne oraz wykorzystują sprzężenia i rezonans. „Sunn O)))” jest mniej „metalową płytą do słuchania”, a bardziej instalacją dźwiękową, którą trzeba przeżyć w czasie. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Nirosta Steel – My Skyscraper. Nirosta Steel to pseudonim Stevena Halla, szkockiego muzyka, gitarzysty i wokalisty mieszkającego od młodości w USA. Hall był wieloletnim współpracownikiem Arthura Russella. Ich znajomość i współpraca trwały od lat 80. aż do śmierci Russella w 1992 roku. Szkocki muzyk uczestniczył w nagraniach związanych z nowojorską sceną Downtown i queerową kulturą artystyczną tamtego okresu. „My Skyscraper” to trzeci solowy album studyjny Steela i co warto podkreślić, to nie jest typowy album nagrany od początku do końca w jednym okresie. To raczej muzyczny zapis około czterech dekad życia i pracy Stevena Halla, który dopiero w 2026 roku został złożony w większą całość. „MY SKYSCRAPER” wymyka się jednemu gatunkowi. Znajdziemy tu m.in.: disco, funk, synth-pop, art pop, folk, house, Balearic, lo-fi, eksperymentalną elektronikę, a nawet elementy chińskiej opery. Co ważne, nie brzmi to jak przypadkowa składanka. Mimo ogromnego rozrzutu stylistycznego album ma własny charakter. Dobrym określeniem jest „muzyka poza czasem”. Niektóre nagrania brzmią jak znalezione taśmy z początku lat 80., inne jak współczesny eksperymentalny pop. Granica między starym a nowym materiałem zostaje celowo zatarta. Analizując krążek od lirycznej strony warto nadmienić o czym opowiada. A są to relacje, seksualność, miłość i pożądanie. „MY SKYSCRAPER” jest jednocześnie archiwum, debiutem, retrospekcją i nowym początkiem. I chyba właśnie ta sprzeczność jest najciekawszą rzeczą, która przyciąga mnie do tego dzieła. Ocena: 9/10

Ocena: 4.5 na 5.

Kanye West – BULLY. Za recenzje 12 albumu studyjnego Ye zabieram się już od paru dobrych miesięcy. W końcu nastał ten moment by rozprawić się z tym raperskim łobuzem. W końcu „BULLY” to w wolnym tłumaczeniu to łobuz/prześladowca. Nie chce mi się rozpisywać o tym ile już zdążył Ye nawywijać w ostatnim czasie, a uwierzcie kontrowersji z nim związanych nie brakuje. Stąd tytuł idealnie pasuje i dobrze, że sam Kanye ma świadomość tego za kogo postrzegają. Skupmy się jednak na samej płycie. „BULLY” to próba połączenia kilku wcieleń rapera. Mamy tutaj: cięższe, industrialne brzmienia, trap i współczesny hip-hop, elektroniczne, momentami niemal progresywno-rockowe produkcje, minimalistyczne, krótkie formy oraz charakterystyczne dla jego twórczości sample soul. Produkcja płyty jest surowa, a aranżacje oszczędne w formie. West nakłada większą koncentracje na głosie i osobistej narracji przy jednoczesnym mniejszym nacisku na klasyczną strukturę utworu. Ponownie ukazuje zamiłowanie do wielkich, dramatycznych momentów i eksperymentuje z brzmieniem. Jednakże przy słuchaniu tej płyty mam wrażenie, że brakuje w tym wszystkim jakiejś spójności. „BULLY” udowadnia, że Kanye West wciąż potrafi stworzyć świetnie brzmiący numer. Problem polega na tym, że coraz trudniej znaleźć na tej płycie powód, dla którego właśnie on musiał ten numer nagrać. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Chat Pile – Who Loves The Sun. I na koniec troszkę cięższego grania. A jak! Trzeci album w dorobku Chat Pile to ponownie ostra jazda bez trzymanki, z noise rockiem i sludge metalem na czele. Jednakże w stosunku do wcześniejszych dokonań pojawia się więcej: post-punkowych atmosfer, melodyjnych refrenów, bardziej rozbudowanych struktur oraz gitarowych melodii. Co ciekawe, większa przystępność nie oznacza złagodzenia tekstów. To właśnie zestawienie chwytliwszej muzyki z ponurą tematyką jest jednym z ciekawszych aspektów albumu. Chat Pile nadal przygląda się społeczeństwu z perspektywy ludzi znajdujących się na jego marginesie. Pojawiają się tematy: życia w poczuciu permanentnego kryzysu, nierówności ekonomicznych, alienacji, pracy i wyzysku, przemocy, konsumpcjonizmu, technologii, zmian klimatycznych, obojętności społecznej czy też rozpadu więzi międzyludzkich. Okładka również dobrze współgra z tematyką albumu. Przedstawia Devon Tower w Oklahoma City, górujący nad zniszczonym otoczeniem. Oficjalny opis zespołu wskazuje właśnie na kontrast pomiędzy monumentalnym symbolem współczesnego kapitału a rozpadającą się przestrzenią na pierwszym planie. W ten o to sposób amerykańska grupa z Oklahomy wchodzi w swój rozdział, a mi to generalnie pasuje. Ocena: 7/10

Ocena: 3.5 na 5.

Does This Go Faster? – Przegląd płyt z pierwszego kwartału roku.

Co tu dużo mówić, sporo się działo na początku roku 2026. Pomijając sporą liczbę koncertów, które zaliczyłem w tą zimę – na rynku wydawniczym pojawiło się kilka ciekawych propozycji, o których wspomnę w tym poście.

Lala Lala – Heaven 2. Pani Lillie Amadea West to moje osobiste odkrycie tego pierwszego kwartału. Pomimo, że wokalistka z Chicago w stanie Illinois ma na koncie już pięć albumów studyjnych, to dopiero „Heaven 2” urzekł mnie na tyle, by wspomnieć o tej artystce na blogu. Od czasu wydania „The Lamb” w 2018 roku wiele się zmieniło w życiu artystki. Przeniosła się do Los Angeles i zmieniła wydawnictwo na legendarne Sub Pop. Przejdźmy jednak do samego albumu „Heaven 2„. Zapewniam Was, że raczej nie usłyszycie w tym roku nic lepszego z pogranicza indie popu, niż właśnie ten kapitalny krążek. Co prawda Pitchfork ocenił go na tylko (albo aż) 7.4/10, ja jednak dostrzegam tu znacznie więcej. Przede wszystkim urzeka mnie melodyjność tego smutnego popu. Single na prawdę tutaj rządzą, gdyż „Even Mountains Erode” czy „Does This Go Faster?” to świetne, wpadające w ucho kawałki. A reszta materiału nie jest typowym zapychaczem, a pełnowartościową muzyką, która dostarcza wielu wrażeń, wystarczy wsłuchać się w urzekający „Scammer„, emocjonujący „Heaven 2” czy też hipnotyczny „Tricks„. Generalnie aż szkoda mi wspominać o tak świetnej płycie w tak krótkiej formie, ale chcę by to wybrzmiało. Ta płyta jest świetna w swojej indie-popowej formule. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Gorillaz – The Mountain. O tym, że Damon Albarn nie może żyć bez tworzenia muzyki dobrze wie, każdy jego fan. Trochę szkoda, że nie nagrywa i nie koncertuje z Blur. Z drugiej strony dobrze, że porzucił inne nudnawe projekty i pozostał przy Gorillaz, które tworzy z Jamie Hewlettem od 1998 roku. „The Mountain” to dziewiąty album w kolekcji popularnych goryli. Od wydania albumu „Humanz” w 2017 roku Albarn z Hewlettem stali się bardziej systematyczni i nie kazali czekać fanom na album dłużej niż trzy lata. A jakie jest „The Mountain”? Z jednej strony chłopaki wciąż obracają się w utartych schematach i bazują na rytmicznych i wpadających w ucho melodiach, stłumionym wokalu Albarna i licznej liczbie występów gościnnych. Z drugiej strony wyczuwam chęć nagrania czegoś wielkiego i przypominającego przewodnik po świecie. Bo w zasadzie jakich języków tutaj nie ma? I jakich egzotycznych klimatów tutaj nie usłyszymy? Otwierający „The Mountain” zabiera nas w rejony Północnej Afryki za sprawą sitary i fletu bansuri. „The Manifesto” to już latynoskie rytmy a pojawiający się później „Damascus” przenosi nas na Bliski Wschód. „The Shadow Light” to kolejna podróż do Azji, tym razem do Indii, gdzie można było usłyszeć zmarłą dzisiaj hinduską wokalistkę Asha Bhosle. Swoją drogą lista gościnnych występów jest imponująca. Przykłady? Idles, Johnny Marr, Mark E. Smith, Omar Souleyman, reżyser Dennis Hopper, Bobby Womack, Tony Allen i wielu innych. Mój ulubiony moment na płycie? Zdecydowanie „The Empty Dream Machine„, gdzie Albarn potrafi jeszcze chwycić za serducho. Doceniam rozmach tej produkcji, jej róznorodność i wysoki poziom. Zdecydowanie najlepsza płyta Gorrillaz od czasu wydania „Plastic Beach” w 2010 roku. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Mitski – Nothing’s About to Happen to Me. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie Mitski to już całkowity gwarant wysokiego poziomu wydawniczego. Pani Mitski Miyawaki do tej pory wydała osiem albumów, i od okolic wydania „Be The Cowboy” nie schodzi poniżej ósemkowego poziomu. Jej płyty wielokrotnie znajdowały się na moich całorocznych zestawieniach w czołówce. I jest to o tyle dziwne, gdyż w zasadzie nie jest to artystka do której często wracam. Przy momencie wydania każdej nowej płyty, wałkuje ją wielokrotnie, zachwycam się, opisuję na blogu, wracam do niej na chwilę pod koniec roku by upewnić się, że dalej mi się podoba, wrzucam ją w swoje TOP minionego roku i czekam na kolejne, nowe wydawnictwo. I ten schemat powtarza się od lat, bo nawet nie kojarzę czy jakikolwiek utwór Mitski znajduje się na mojej playliście na Spotify. Pora chyba to zmienić, a najlepiej za sprawą kapitalnego singla z omawianej płyty „Where’s My Phone?” Poza tym każdy utwór tutaj zasługuje tutaj na wyróżnienie od spokojnego, wręcz walcowego „Dead Women” po grungowe „If I Leave„. Mitski ogólnie ma bardzo dużo łatwości w tworzeniu niebanalnych acz wpadających w ucho kompozycji, co ponownie udowadnia na najnwoszym albumie „Nothing’s About To Happen To Me„. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Lord Jah-Monte Ogbon – As of Now. Pochodzący z Charlotte, w Północnej Karolinie Raper Lord Jah-Monte Ogbon to postać dość tajemnicza. Nie znajdziecie o nim za wiele informacji w sieci. Jest za to sporo o płycie „As of Now„, która zbiera same pozytywne opinie. I nic dziwnego, bo dawno nie słyszałem nic tak dobrego, hiphopowego nagranego w starym stylu przypominającego końcówkę lat 90 i początek lat 00. Jeżeli wkurwia was już ten ohydny discopolowy trend w rapie, i przesyt auto-tune’a to „As of Now” to produkcja skierowana do Was. Gość bez jakiejś przesady nawija o otaczającej go rzeczywistości, a jazzowe beaty przywołują namyśl ostatnie wydawnictwa Freddiego Gibbsa. Jest w tym szczerość, autentyczność i te cechy, którymi mogliby inspirować się młodzi twórcy z gatunku. Cieszy fakt, że na rynku pojawia się coraz więcej tego typu albumów, i jest o nich coraz głośniej. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Ratboys – Singin’ to an Empty Chair. Ciekawe, czy Julii Steiner i reszcie ekipy z Chicago zdarzyło się kiedykolwiek śpiewać do pustych krzeseł? Wydaje mi się, że grupie, która wydała swój szósty długograj i na rynku muzyki niezależnej jest od 2010 roku takie rzeczy nie mogłyby się już przytrafić. Nie mniej najnowszy album taki ma tytuł i stąd te moje wywody na ten temat. Wydaje mi się, że nie miałem okazji wcześniej wspominać na blogu o indie rockowej grupie Ratboys. Robię, to bardziej z kronikarskiego obowiązku aniżeli faktycznego zachwytu nad ów albumem. Nie jest źle, ale to kolejny album, który lawiruje pomiędzy indie rockiem a typowym amerykańskim folkiem. Początek brzmi nawet obiecująco za sprawą takich otworów jak „Know You Then” czy też „Light Night Mountains All That„. Jednak im dłużej słuchałem tego wydawnictwa to wydawało mi się, że już to gdzieś słyszałem. Zespół też bardziej ląduje w niezbyt przeze mnie lubianym klimacie country. Jednym słowem Ratboys prochu nie wymyślili. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Jesienne klimaty – Przegląd płyt z października i listopada

Aura za oknem nie jest w ostatnim czasie dla mnie sprzyjająca. I niestety nie powodowała bym miał więcej czasu dla swoich kulturalnych zainteresowań. Nie mniej coś tam udało mi się przesłuchać. Poniżej kilka płyt, które przesłuchałem w ostatnich dwóch miesiącach.

KNEECAP – Fine Art. Przyznam szczerze, że do momentu ogłoszenia przez Artura Rojka występu KNEECAP na przyszłorocznym OFF Festiwalu, nie słyszałem o tym północnoirlandzkim zespole nic. Dobrze jednak było nadrobić te zaległości, gdyż raperzy z Belfastu są obecnie na językach za sprawą filmu „Kneecap. Hip-hopowa rewolucja„, który w ten weekend zadebiutował w polskich kinach. Póki co nie widziałem jeszcze obrazu w reżyserii Richa Peppiatta (zamierzam to w najbliższym czasie zmienić), jednak ci, którzy go widzieli wypowiadają się w ciepłych słowach. Poza filmem warto także sprawdzić ich najnowszy longplay „Fine Art„. Drugi w dorobku krążek to zestaw 18 kawałków, który poza hip-hopem oferuje także nieco irlandzkiego folkloru, post-punku jak i skocznego drum and bassu. Generalnie ciężko zrozumieć o co im chodzi w tekstach, gdyż rapują w swoim ojczystym, irlandzkim języku. Niemniej płytę „Fine Art” słucha się świetnie i jest to porcja solidnego hip-hopu, który w idealnych proporcjach czerpie z klasyki i wnosi wiele świeżego powiewu w gatunek. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

The Smile – Cutouts. Podobno obecnie w ciągu jednego dnia pojawia się więcej nowych piosenek, niż w przeciągu całego roku 1989. Artyści są płodni, to fakt. Co więcej dzięki internetowi mają znacznie krótszą drogę do publikacji swoich dzieł. Jednak pewne reguły gry pozostawały niezmienne. Jak okresy w wydawaniu nowych płyt. Dwa nowe albumy w ciągu jednego roku? Takie rzeczy robili Beatlesi, gdyż nie jeździli z koncertowym tournee do Australii, Singapuru i Boliwii w ciągu jednego miesiąca. Thomowi Yorke’owi takie coś zdarzyło się ostatni raz blisko ćwierć wieku temu, gdy w 2000 roku Radiohead wydało dwa krążki: „Amnesiac” oraz „Kid A”. Od okolic 2011 roku ciężko mówić o płodności w wydawaniu nowej muzyki przez lidera Radiohead. Dlatego też, nowa płyta projektu The Smile cieszy niezmiernie. Oczywiście siłą rzeczy, wiele osób porównuje ten krążek do poprzedniego „Wall of The Eyes„. Dla mnie to są jednak dwa zupełnie inne albumy, aczkolwiek można dopatrywać się wielu podobieństw. Generalnie „Cutouts” to podobnie jak poprzednia płyta The Smile kawał dobrej muzyki. Formę Greenwooda oraz Yorke’a można porównać do strzeleckiej formy Harry’ego Kane’a. Cały czas coś wpada, czy to do ucha czy to do siatki. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Magdalena Bay – Imaginal Disk. Heh, nie sądziłem, że jakakolwiek płyta dream-popowa czy też indie-popowa będzie w stanie mnie urzec. Gatunek ten w ostatnich latach niemiłosiernie mnie wynudził, że nie spodziewałem się wielkich rzeczy, które mogłyby wnieść jeszcze coś do tematu. Oczywiście, byłem w błędzie, gdy pierwszy raz przesłuchałem „Imaginal Disk” grupy Magdalena Bay. Było to pod koniec wakacji i pamiętam ten SZOK, gdy usłyszałem te kompozycje. Oczywiście czytałem same dobre recenzje tej płyty, ale odbierałem to na zasadzie zachwytów jak nad Beach House. Recenzje dobre – muzyka nudna. Tutaj jest zupełnie inaczej. „Imaginal Disk” to jakiś pierdolony potwór dobrych melodii, jakiś ukrytych smaczków, wspaniały linii melodycznych, wokalnych i rozbudowanych kompozycji. Każdy utwór na tej płycie to istna perfekcja dźwiękowa. I wiecie jeszcze co? Ten album ma na prawdę niesamowity, lekki i oryginalny klimat. Do takich płyt wraca się latami. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.