Gdy człowiek jest większym zagrożeniem od samego ksenomorfa – recenzja książki „Obcy: Zimna Kuźnia”

W ostatnim czasie za sprawą nieodżałowanego wydawnictwa Vesper na polskim rynku pojawiło się sporo książek z serii o Obcym. Recenzowałem już na blogu dwie z nich: „Obcy” Alana Dean Fostera oraz „Obcy: Wyjście z Cienia” Tima Lebbona. Pora na kolejną pozycję z tej serii: „Obcy: Zimna Kuźnia„, które po raz pierwszy pojawiło się w 2018 roku na rynku zachodnim a na polskim dwa lata temu. Autorem tego dzieła jest Alex White, który napisał również „Alien: Into Charybdis„, „Star Trek: Deep Space Nine: Revenant” czy też „Every Mountain Made Low„.

Fabuła książki skupia się na dwójce bohaterów (a raczej anty-bohaterów): audytorze firmy Weyland-Yutani Dorianie Sudlerze oraz badaczce doktor Blue Grace Marsalis. Miejsce akcji to stacja badawcza zwana Zimną Kuźnią, która orbituje wokół gwiazdy Kauffman. Na miejscu odbywają się liczne medyczne eksperymenty, w tym na ksenomorfach, które są tutaj hodowane. Śmiertelnie chora Doktor Marsalis próbuje tutaj stworzyć lekarstwo, które miałoby przynieść korzyść ludzkości jak i jej samej. Bohaterka nie może poruszać się samodzielnie, dlatego używa przenoszenia świadomości do androida – Markusa. Na miejsce przybywa zewnętrzny audytor firmy Weyland-Yutani – Dorian Sudler, którego celem jest sprawdzenie czy wszystko pracuje prawidłowo. Jak to zwykle bywa we wszystkich historiach z serii o Obcym, Ksenomorf nigdy nie jest długo zamknięty. Dlatego i na Zimnej Kuźni przyjdzie ludziom zmierzyć się z tym niezwykle zabójczym gatunkiem. Jednakże czy aby na pewno ksenomorf, będzie tutaj najgorszy?

Powieść Alexa White mocno skupia się na bohaterach ludzkich. W „Zimnej Kuźni” więcej horroru dostarczą nam mieszkańcy Ziemii, a ksenomorfy stanowią tutaj tylko dopełnienie grozy. Ciężko tutaj znaleźć bohatera, z którym czytelnik może się identyfikować. Może poza androidem Markusem. I może samym Obcym? Który zamiast śmiertelnego zagrożenia stanowi tutaj pewnego rodzaju ostrze sprawiedliwości. Napięcie budowane jest stopniowo, by nie mówić ospale. Akcja jest nierówna, sporo tutaj spowolnień. Jednak gdzieś w połowie książki, akcja się rozwija na tyle, że książka niesamowicie pochłania czytelnika. Sporo tutaj nawiązań do filmowej serii, jak i gry „Obcy: Izolacja„. Przykłady? Chociażby żółty chodzący holownik, który pojawił się po raz pierwszy w filmie „Obcy: Decydujące Starcie” oraz pojawienie się firmy Seegson, którą dobrze znamy z gry z 2014 roku. Widać, że Alex White ma odrobione lekcje z lore o Obcym. Co ciekawe autor jest osobą niebinarną, co można także dostrzec w książce. Przykładowo jedna z głównych postaci Blue to kobieta o innej orientacji seksualnej, która wchodzi w męskie ciało androida. Portrety psychologiczne postaci to bodajże najmocniejszy punkt omawianego dzieła. Dlatego też, jeżeli ktoś szuka dużo starć z Obcym jak w filmie: „Aliens” może być nieco rozczarowany. Mi osobiście to nie przeszkadzało i uważam, że ów książka mogłaby mieć ciekawą adaptację filmową, która z pewnością pasowała do kanonu.

Podsumowując, powieść „Obcy: Zimna Kuźnia” to interesująca powieść, która stawia na thriller psychologiczny, gdzie grozę dostarczają ludzkie postacie, które potrafią być większym zagrożeniem aniżeli sam ksenomorf. Dorian Sudler jest być może najbardziej psychopatycznym „złolem”, który pojawił się w całym uniwersum. A złożona postać doktor Blue łączy w sobie zarówno szlachetne cechy jak i te gorsze. Akcja przyśpiesza od około połowy książki i momentami niepotrzebnie zwalnia. Niemniej jest to pozycja wciągająca, która dostarczyła mi wiele frajdy późnymi wieczorami. Zdecydowanie polecam, pozycja nie tylko dla fanów serii.

Przegląd Płyt: The Smashing Pumpkins

Już niebawem wybieram się na koncert The Smashing Pumpkins do Gliwickiej Areny. To idealny moment by przyjrzeć się bliżej bogatej dyskografii zespołu z Chicago, który na scenie jest od końca lat 80! Na blogu nie wiele miejsca poświęciłem grupie Billy’ego Corgana, poza recenzją płyty Oceania i krótkiej notki z ich występu podczas OFF Festival w 2013 roku. Pora naprawić ten błąd i sprawdzić, które płyty grupy są warte uwagi.

Gish (1991). Debiutancki album grupy z wietrznego miasta uznawany jest przez krytyków i znawców za jeden z najlepszych w dyskografii The Smashing Pumpkins. Brzmieniowo to mieszanka wszystkiego co było na topie w latach 90 gitarowej muzyki. Od Dream Popu, przez Grunge po Heavy Metal. Tylko trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że „Gish” było jedną z płyt od których rozpoczęła się rewolucja w gitarowej muzyce. Składający się z dziesięciu utworów debiut ujawnił ogromne zdolności grupy w aranżacji utworów i nakładaniu gitar na siebie by zmaksymalizować finalny efekt. Utwory takie jak „Rhinoceros” czy „Daydream” weszły do kanonu gatunku a na radarze pojawił się nowy zespół, który przysporzył sobie rzeszę wiernych fanów. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Siamese Dream (1993). Drugi w dorobku album grupy do tej pory uznawany jest za ich najdoskonalsze dzieło. I trudno się z tym nie zgodzić. Corgan postanowił pozostać w sprawdzonej rockowej, grungowej estetyce jednak sporo także dodał nowości w brzmieniu. Wpływ na to miały problemy składu, przez co Corgan nagrał praktycznie wszystkie instrumenty samodzielnie (poza perkusją). W porównaniu do poprzedniej płyty i twórczości Nirvany na „Siamese Dream” otrzymaliśmy zupełnie inne gitarowe brzmienie, bardziej łagodne i melodyjne. Serdeczne i zarazem refleksyjne teksty Corgana dopełniły sukcesu jakim były listy sprzedaży płyty. W tamtym czasie obok „Nevermind” Nirvany najchętniej kupowanym albumem było właśnie „Siamese Dream” od zmiażdżonych dyń. Dziś to już klasyk pełną gębą i opus magnum grupy. Ocena: 10/10.

Ocena: 5 na 5.

Mellon Collie and the Infinite Sadness (1995). Wydana w październiku 1995 roku płyta należy do wielkiej trylogii The Smashing Pumpkins, czyli trzech pierwszych i zarazem najlepszych krążków grupy. Tym albumem Billy Corgan i ekipa pokazali prawdziwy rozmach. 28 utworów, blisko 2 godziny muzyki. Co więcej to właśnie na tym albumie znajdziemy ich najlepsze utwory takie jak użyte w ścieżce dźwiękowej do gry GTA IV „1979„, okraszone wspaniałym wizualnie teledyskiem „Tonight, Tonight” czy „Bullet With Butterfly Wings” z pamiętnym tekstem „World is a vampire„. Corgan czerpał tutaj pełnymi garściami z zespołów rockowych i heavy metalowych lat 70, jednak nie poprzestawał na samej inspiracji a rozwijaniu usłyszanych motywów. „Mellon Collie and the Infinite Sadness” to przede wszystkim pokaz kreatywności oraz konsekwencji w tworzeniu, dlatego też ten album do dziś jest uznawany za wybitny. Ocena: 10/10.

Ocena: 5 na 5.

Adore (1998). Przy tworzeniu czwartego albumu w grupie nastąpiły przetasowania kadrowe a skład opuścił perkusista Jimmy Chamberlin. Punktem wyjścia przy tworzeniu płyty był hit z poprzedniej płyty „1979„. Całość miała brzmieć jak wspomniana piosenka, czyli pulsująco, elegijnie z wyciszonym brzmieniem. I to w pewnym sensie się udało. Dodano sporo syntezatorów, a utwory obracały się w drem-popowym klimacie co najlepiej opisuje określenie „Post-Grunge”. Corgan tym razem stworzył „skromne” 74 minuty muzyki. Pomimo swoich grzechów to całkiem udany album, który wciąż brzmi dobrze. Nie ma na nim tak pamiętnych hitów jak na poprzednich płytach The Smashing Pumpkins, ale potwierdza, że lata 90 należały do zespołu z Chicago w stanie Illinois. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Machina/The Machines of God (2000). Grupa Corgana nigdy nie doznała syndromu drugiej płyty, gdyż ich drugi krążek okazał się najlepszy w ich dyskografii. Także następny w kolejności „Mellon Collie…” to wybitna perełka w ich dyskografii. W przypadku The Smashing Pumpkins można powiedzieć w zasadzie o syndromie piątej płyty. Przy słuchaniu „Machiny” miałem mieszane uczucia. Wydawać by się mogło, że to będzie jakiś epicki progresywny album koncepcyjny. Nic z tych rzeczy. Sam Corgan nie miał za bardzo pomysłu co zrobić z tą płytą. Próbuje tutaj łączyć dokonania z „Mellon Collie” oraz poprzedniego „Adore„, jednak niekoniecznie te najlepsze. Płyta ponownie jest długa i pojawiają się na niej dobre momenty, jednak po kilku średnich, bezpłciowych utworach zapominamy o nich. Płyta sama w sobie nie jest zła, jednak jak stawiasz koło niej cztery poprzednie albumy to słyszysz różnicę. To jest właśnie ten syndrom piątej płyty. Ocena: 5/10

Ocena: 2.5 na 5.

Zeitgeist (2007). Rok 2007 to był na prawdę wspaniały rok. Bardzo miło go wspominam. Człowiek był młody, Milan wygrywał Ligę Mistrzów no i pojawiło się wiele świetnych płyt. ALE niestety nie autorstwa The Smashing Pumpkins. Wydany w tym roku „Zeitgeist” uznawany jest przez znawców i krytyków za najsłabszy album w całej ich dyskografii. I trudno się z tym nie zgodzić gdy słyszymy te przesadnie skonstruowane utwory. Od wydania poprzedniej płyty mijało 7 lat. W tym czasie zespół się rozpadł a Corgan nagrał „jedyny swój solowy” album „TheFutureEmbrace„. Oczywiście ten cudzysłów przy sformułowaniu jedyny solowy album to taka półprawda. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że The Smashing Pumpkins to Billy Corgan a zespół to tylko ładnie skrojone tło pod jego wizerunek. O reaktywacji The Smashing Pumpkins członkowie dowiedzieli się z ogłoszenia w lokalnej gazecie, także ciężko tutaj mówić o dobrej płycie. No, ale patrząc na ogólne oceny to słuchaczom przypadła do gustu… Krytykom już nie. Ja tylko dodam fakt, że to jedyna płyta grupy, której nie posłuchacie na Spotify. Tak jakby ktoś schował wstydliwy krążek. Ocena: 4/10.

Ocena: 2 na 5.

Oceania (2012). O tej płycie pisałem przy okazji występu zespołu podczas OFF Festival w 2013 roku TUTAJ, dlatego też nie będę się zbytni rozpisywał. Wówczas słabo znałem dyskografię grupy, a ich najnowsza płyta podobała mi się. Teraz z perspektywy czasu złagodziłbym swoją ocenę. Płyta sama w sobie po tym czasie, gdy ją słucham wydaje się być OK. Zwłaszcza po przesłuchaniu przekombinowanego „Zeitegeist„. Jednak na przestrzeni tych 11-12 lat nie wróciłem do tego krążka ani razu, dopiero teraz przy okazji tworzenia tego wpisu. Podejrzewam, że teraz następny powrót także nie nastąpi zbyt wcześnie. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Monuments to an Elegy (2014). Album z 2014 roku to drugi po „Oceanii” album w ramach projektu Teargarden by Kaleidyscope i pierwszy krążek zespołu, który nie trwał dłużej niż 33 minuty. Znając Billy’ego Corgana i jego zamiłowanie do tworzenia monumentalnych, rozbudowanych i niemiłosiernie długich albumów taka decyzja mogła zaskakiwać. Osobiście uważam, że zespół na tym skorzystał, gdyż „Monuments to an Elegy” jest znacznie przystępniejsze w odbiorze. Dostajemy konkretny, zwarty zestaw piosenek aniżeli rozciągnięte fascynacje i wizje Corgana. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Shiny and Oh So Bright, Vol. 1 / LP: No Past. No Future. No Sun. (2018). Dziewiąty album w dorobku grupy The Smashing Pumpkins tylko z nazwy jest długi. Billy Corgan postanowił użyć sprawdzonego na wcześniejszej płycie patentu i nagrał materiał trwający trochę ponad półgodziny. Dzięki temu płyta jest zwarta i łatwiej wyczuć chemię pomiędzy muzykami. A ta przy zmienionym składzie się udzieliła. Do składu wrócił pierwszy perkusista grupy Jimmy Chambarlin oraz gitarzysta James Iha. Tą pozytywną energię czuć zwłaszcza w takich utworach jak „Travels” czy też „With Sympathy„, gdzie otrzymujemy niemalże popowe brzmienie. Nie brakuje tutaj także mocniejszego, gitarowego brzmienia jak chociażby w „Solara„. Udany i całkiem przyjemny powrót Dyń z Chicago. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Cyr (2020). Można było się spodziewać, że Corgan nie pozostanie długo przy formule krótkich i zwięzłych albumów. Ten romans potrwał tylko przez dwie płyty, gdyż wydany w okresie pandemii „Cyr” to już kolejna rockowa epopeja trwająca 72 minuty. Sporo tutaj syntezatorów i spłaszczonego brzmienia, Corgan z kolei dwoi i się troi by wszystko brzmiało tak, jak to zaplanował. Przyznam, że nie jestem fanem kierunku, w którym zmierza grupa. Płytę przesłuchałem bez większych emocji, nie była zła, ale na pewno do niej nie wrócę. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Atum: A Rock Opera in Three Acts (2022-2023). Nie dajcie się zmylić nazwie. To żadna Opera. Co prawda są trzy akty (to znaczy trzy albumy), ale nie jest to żadne wzniosłe, patetyczne, wielkie dzieło The Smashing Pumpkins. To po prostu kolejna, nieco miałka płyta Billy’ego Corgana, która została niemiłosiernie rozciągnięta do trzech krążków. Tak jak na minionym „Cyr” jest tu ponownie sporo syntezatorów, a całość brzmi jak nieco dziaderski rock bez pomysłu, ale za to z wieloma wspomnieniami. Szkoda, że nie powstało z tego coś wielkiego i podniosłego. Corgan ma zdolności do tworzenia takich dzieł, jednak już od dawna ich nie używa… Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Gra o tron w wersji korpo – recenzja serialu „Sukcesja”

Właśnie dobiegła końca emisja trzeciego już sezonu serialu „Sukcesja„. Jestem pod tak dużym wrażeniem produkcji HBO, dlatego postanowiłem opisać szerzej serial stworzony przez Jessego Armstronga. Na początek słów parę o fabule. Serial przybliża widzowi losy amerykańskiej rodziny miliarderów – Roy’ów. Głowa rodziny – Logan Roy to właściciel ogromnej firmy Waystar Royco, w której skład wchodzi telewizja, parki rozrywki czy też ekskluzywne rejsy morskie. W momencie, kiedy podupada na zdrowiu czwórka jego dzieci włącza się w „grę” przejęcia po nim władzy w firmie. Jak się jednak okaże, stary Logan zagra każdemu na nosie nie jeden raz, a sama firma zaliczy wzloty i upadki.

Sukces „Sukcesji” tkwi przede wszystkim w stworzonych postaciach. Najważniejszą z nich jest oczywiście Logan Roy – grany przez świetnego Briana Coxa. Na pierwszy rzut oka jest to potulny dziadzio w eleganckim swetrze. Pozory mylą, gdyż lata spędzone w mediach, biznesie i polityce ukształtowały Logana na człowieka bez skrupułów. To i tak eleganckie określenie, gdyż w serialu nie jednokrotnie okazywał się zwykłym chujkiem. Manipuluje, oszukuje i wykorzystuje praktycznie każdego. Jego „spierdalaj” weszło już do ogólnego użytku w całym otoczeniu. Pomimo odrzucającego zachowania, okazuje się, że to jednak on ma zawsze racje, i że to on zawsze wygrywa. Pytanie tylko, jak długo to potrwa?

Kolejne są jego dzieci. Najstarszy syn (z pierwszego małżeństwa) Connor to typowy nieudacznik, z brakiem pewności siebie, który początkowo jest odsunięty od firmy i rodziny. Mieszka gdzieś na pustyni w Nowym Meksyku, a dziewczyna z którą się pokazuje (Willa), zostaje opłacana za te spotkania. Z biegiem serialu postać grana przez Alana Rucka coraz głębiej angażuje się w firmę oraz politykę, gdyż postanawia kandydować na urząd Prezydenta USA. Najstarszy syn (z drugiego małżeństwa) Kendall Roy (W tej roli Jeremy Strong) to jedyna postać, która siedzi w firmie już od dawna. Od początku jest szykowany na następce Logana i w pewnym sensie wydaje się faworytem w oczach ojca. Jednak gdy do tego nie dochodzi postanawia przejąć władzę na własną rękę. Jego plany przeważnie nie wypalają, gdyż sam sobie staje na drodze do sukcesu. Problem z używaniem narkotyków, wyrzuty sumienia a także rozwód z żoną to główne jego bolączki. Momentami mógł być postacią, której się kibicuje. Jednak jak się okaże, tutaj nikomu nie można kibicować.

Jedyna córka Siobhan „Shiv” Roy (W tej roli Sarah Snook) również początkowo nie angażuje się w firmę. Prowadzi całkiem udaną karierę w politycznym PR i jest żoną Toma Wambsgansa (dziwne nazwisko), który jest jednym z dyrektorów w firmie Logana. Shiv z jednej strony ma dobre pomysły na firmę, które na pewno by ją uzdrowiły. Jednak tak jak reszta postaci ma także swoją drugą, ciemną stronę. Zdradza Toma, a w dniu ślubu oznajmia mężowi, że chce otwartego związku. Co więcej jest równie dobrą manipulantką co Logan Roy. Ostatni w zestawieniu jest Fuller, brat Kevina. Żart. To oczywiście Roman Roy, którego gra Kiernan Culkin (czyli de facto odtwórca roli Fullera w „Kevinie Sam w Domu” oraz brat Macaulaya). Najbardziej dziwaczna postać w zestawieniu. Śmieszek, z jakimiś dysfunkcjami seksualnymi, który całkiem dobrze sobie radzi w biznesie. Z czasem stanie się kolejnym faworytem Logana, jednak przez zachowania na pograniczu molestowania seksualnego sprawiają, że nie można go traktować poważnie.

Ważne są także pozostałe postacie. Duet Tom – kuzyn Greg to przede wszystkim elementy komedii, satyry czy też kabaretu. Z nimi zawsze się coś dzieje. Główna prawniczka firmy Gerri Kellman z kolei wchodzi w dziwne relacje z Romanem Royem, które momentami (a w zasadzie zawsze) mają podtekst seksualny. Jest także Marcia – żona Logana, o której nie dowiadujemy się za wiele. Epizodycznie pojawia się także brat Logana, który utożsamia go z największym na świecie złem i jego poprzednia żona, którą ciężko nazwać matką roku.

Fakt, że nie ma w serialu postaci, której można kibicować i się utożsamiać sprawia, że nigdy nie jesteśmy pewni co się wydarzy. Mimo, że akcja skupia się wyłącznie w firmowych dyskusjach, głosowaniach czy też meetingach to serial potrafi wciągnąć. Ciągle coś się dzieje, momentami aż za szybko. Gdy w jednym odcinku pewne sprawy mają wagę życia i śmierci, to już kilka epizodów dalej tematy te zostają całkowicie wygaszone, przez inne problemy. To w zasadzie jedyna rzecz, której mógłbym się przyczepić, ale czy w rzeczywistości medialno-polityczny biznes tak nie wygląda? Czy jeden skandal, afera nie zostaje zastąpiony przez inny?

Sukcesja” to w zasadzie taka „Gra o Tron„. Tylko zamiast smoków mamy tutaj twittera, zamki zastępują luksusowe wille i biurowce a żelaznym tronem jest fotel Logana Roya. Mam tylko nadzieje, że serial równie dobrze się zakończy jak się zaczął, i to będzie jedyna różnica między nim a serialem o Westeros. Na zakończenie tylko jeszcze dodam, że serial ma genialną czołówkę. Zobaczcie koniecznie, serial dostępny na platformie HBO Go.