Na początek słów parę o wykonawcy recenzowanej dziś płyty. Blondshell to pseudonim artystyczny Sabriny Teitelbaum, nowojorskiej wokalistki, autorki piosenek i gitarzystki, która dziś jest jedną z ciekawszych postaci amerykańskiego indie rocka. Jej droga do tego miejsca jest o tyle interesująca, że Blondshell nie było jej pierwszym podejściem do muzyki — było raczej próbą odnalezienia własnego głosu po okresie poszukiwań i podporządkowywania się oczekiwaniom innych. Zanim stała się Blondshell, Teitelbaum występowała jako BAUM. Był to projekt znacznie bliższy współczesnemu popowi i elektronice. Zdobyła nawet całkiem sporą popularność – jej muzyka trafiała do dużej liczby słuchaczy, a utwór „F—boy” przekroczył dwa miliony odtworzeń. Problem polegał na tym, że nie czuła, że ta muzyka rzeczywiście ją reprezentuje.
Przełomem okazała się pandemia. Izolacja sprawiła, że Teitelbaum wróciła do słuchania muzyki, którą kochała jako nastolatka, przede wszystkim gitarowego rocka. Zaczęła pisać bez zastanawiania się, czy ktoś będzie chciał tego słuchać. Jak sama później mówiła, właśnie wtedy pojawiła się możliwość tworzenia muzyki dla siebie, a nie według wyobrażeń o tym, czego oczekuje publiczność. I tak narodziła się Blondshell. W 2023 roku ukazał się debiutancki album „Blondshell„. Płyta przyniosła jej rozgłos przede wszystkim dzięki temu, że połączyła estetykę alternatywnego rocka lat 90. z bardzo współczesnym, bezpośrednim sposobem pisania o seksie, uzależnieniach, relacjach i własnej psychice. Dwa lata później pojawił się jej drugi krążek pt. „If You Asked for a Picture„. Głównym tematem tego dzieła była próba zrozumienia skąd się wziął chaos w jej życiu.
I w tym miejscu pojawia się najnowsze dzieło Pani Teitelbaum. Album „Violins” ukazał się parę dni temu. Najnowsza propozycja od artystki to ponownie duże, wyraziste partie gitarowe, narastające aranżacje i mocne melodie. Jednocześnie album nie jest wyłącznie gitarową ścianą dźwięku – obok rockowej energii pojawia się sporo przestrzeni i bardziej subtelnych momentów. Gatunkowo zahacza o grunge, alt-pop oraz indie rock. Płyta wydaje się być bardziej rozbudowana i przestrzenna. Wśród muzycznych inspiracji można się doszukać takich nazw jak Gang of Four, The Go-Betweens czy też Pavement. Bardzo trzeba się postarać, żeby nie wyczuć na „Violins” ducha lat 90. A ten mocno gitarowy klimat tej dekady bardzo przypadł mi do gustu.
Zapytacie o czym jest ten krążek? Już śpieszę odpowiedzieć. „Violins” to płyta, która nie próbuje już zamieniać bólu w spektakl. Teitelbaum nadal śpiewa o rzeczach trudnych, ale zamiast rozpamiętywać przeszłość, próbuje nauczyć się żyć w świecie, który pozostaje jednocześnie brutalny i piękny. W porównaniu z wcześniejszymi albumami Teitelbaum jej pisanie stało się mniej pamiętnikarskie, a bardziej przypomina swobodną, konwersacyjną poezję. Nowa płyta zajmuje się m.in.: próbą odnalezienia piękna w świecie pełnym przemocy, trudnymi przyjaźniami, relacją z własnym ciałem, kobiecością i mizoginią, duchowością, procesem zdrowienia oraz dorastaniem. Czuć, że artystka stara się odciąć od demonów przeszłości i nauczyć żyć od nowa. W tym miejscu warto także wspomnieć o samym głosie artystki, który jest jednym z najważniejszych elementów charakterystycznych Blondshell. Teitelbaum nie próbuje być wokalistką perfekcyjną technicznie. Jej śpiew często brzmi momentami niemal niedbale oraz szorstko. Ta niedoskonałość jest częścią estetyki. Co ciekawe, sama artystka mówiła o coraz większej akceptacji własnego głosu i niedoskonałości występów – jako elemencie artystycznej wolności.
Czy „Violins” jest kolejnym krokiem w rozwoju Blondshell, czy już momentem, w którym Teitelbaum znajduje własny, w pełni dojrzały język? Trudno orzec. Z pewnością jest to album warty uwagi i jedna z mocniejszych pozycji wśród kobiecego indie rocka, który pojawił się w ostatnich latach. Ocena: 8/10.
Ok, Lecimy dalej z tematem. Przed Wami druga część mojego przeglądu płyt z minionego kwartału (a w zasadzie dwóch kwartałów, hehe). 10 płyt, różne gatunki muzyczne, muzyka polska i zagraniczna, krótka forma, dobrze zobrazowane oceny. Mam nadzieję, że znajdziecie coś tutaj dla siebie.
Nino Paid – Somwhere Over the Rainbow. Nie słucham za wiele hip-hopu w ostatnim czasie. Jednakże nie mogłem przejść obojętnie obok trzeciego albumu w dorobku Nino Paida, który zbiera wyjątkowo pozytywne oceny. Sprawdziłem, i fakt, są to oceny zasłużone. 24-letni raper z Landover w stanie Maryland sięga tutaj do korzeniu swojego regionu, wplatając w rap elementy go-go (mieszanki funku, R&B i hip-hopu z dominującą perkusją). Płyta jest głęboko osobista i porusza tematykę traumy, żałoby, dorastania w systemie rodzin zastępczych oraz ceny sukcesu. Nino Paid buduje teksty na zasadzie intymnego pamiętnika. Tytułowy „Rainbow” (tęcza) symbolizuje odnalezienie nadziei i spokoju po przejściu przez życiowe piekło. Kluczowym elementem albumu jest wewnętrzne rozdarcie artysty, które słychać m.in. w utworze „Rewind It”. Raper rapuje tam wprost o tym, że choć obiecywał sobie koniec z „smutnymi piosenkami”, to nie potrafi uciec od bolesnych wspomnień po stracie brata. Przede wszystkim doceniam nostalgiczny klimat i autentyczność wokalną artysty. Z całą pewnością pozycja obowiązkowa z rapowego nurtu. Ocena: 8/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
Picture – Uuuuuuuu. Na wstępie trzeba wspomnieć, że Picture to projekt duńskiego producenta Natala Zaksa. Który wyjątkowo lubi samogłoski, gdyż jego poprzedni album nazywał się „Eeeeeeee„. Z resztą wszystkie utwory na płycie mają w podobnym stylu nazwy. Przytoczę chociażby „Miiiiiii” czy też „Wooooooo„. Gatunkowo jest to mieszanka dub techno, minimal techno, ambient techno oraz abstract techno, czyli rzeczy o których rzadko piszę, mimo, że dość często słucham. Całość tegorocznego albumu to około 47 minut. Zaks nie buduje utworów wyłącznie z kolejnych warstw rytmicznych. Bardzo dużo dzieje się w: panoramie stereo, pogłosach, filtrach, czy też zmianach natężenia poszczególnych częstotliwości. W efekcie słuchanie Uuuuuuuu przypomina momentami obserwowanie dźwiękowej architektury, która cały czas zmienia kształt. Jedną z ciekawszych rzeczy jest pozorna prostota tych utworów. Na powierzchni często mamy: beat + bas + kilka sampli + efekty, ale kiedy słucha się dokładniej, okazuje się, że niemal każdy element jest poddawany niewielkim zmianom. To muzyka oparta bardziej na mikroewolucji niż na wielkich zwrotach akcji. Wszystko to sprawia, że album może początkowo wydawać się monotonny, ale przy uważnym słuchaniu ujawnia dużą liczbę szczegółów. Ocena: 8/10
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
of Montreal – Aethermead. 20 album w dorobku of Montreal wypadałoby uczcić czymś wielkim. Nie tym razem. Kevin Barnes nagrał ponownie album zainspirowany zerwaniem z dziewczyną. Swoją drogą, mocno burzliwe życie prowadzi ten 52-latni amerykański artysta. Oczywiście, od zawsze uważałem, że nic tak nie inspiruje do napisania pięknej muzyki co złamane serce. Wiele moich ukochanych utworów w ten sposób powstało. Barnes niestety mocno spłaszczył temat i generalnie jest cieniem samego siebie. Nie jest to nowe „The Sunlandic Twins” ani „Satanic Panic in the Attic„. Ba, tej płycie daleko nawet do takiego „Paralytic Stalks„. Styl muzyczny pozostał, to wciąż psychodeliczny pop. Jednakże jest tutaj znacznie mniej kombinowania z elektroniką a więcej gitary akustycznej i pianina. Jednym słowem, trochę wieje tutaj nudą i raczej nie wrócę do tego albumu. Ocena: 5/10.
⭐⭐⭐
Ocena: 2.5 na 5.
Kurt Vile – Philadelphia’s been good to me. O proszę, kolejny jubileuszowy krążek na mojej liście. Mniejszy niż ten od Kevina Barnesa, ale dalej dobrze. „Philadelphia’s been good to me” to dziesiąty album w dorobku Kurta Vile’a. I jak sama nazwa wskazuje jest on hołdem dla rodzinnego miasta artysty – Filadelfii. Dla Kurta Vile’a był to niezwykle trudny i przełomowy moment w karierze. To pierwszy album nagrany po śmierci Roba Laakso – wieloletniego współpracownika Vile’a oraz członka jego zespołu The Violators. Strata ta mocno wpłynęła na emocjonalny ton całej płyty. Choć album w dużej mierze powstawał w domowym studiu artysty o nazwie OKV Central w dzielnicy Mount Airy w Filadelfii, to część sesji nagraniowych zrealizowano również w kultowych muzycznie miejscach: w Memphis oraz w Athens w stanie Georgia. Tytułowy utwór i cała otoczka płyty mocno korespondują z historycznym momentem. Premiera zbiegła się w czasie z obchodami 250-lecia Stanów Zjednoczonych, których Filadelfia jest kolebką. Vile w charakterystyczny dla siebie sposób puszcza oko do słuchacza, rzucając wyzwanie: „Ja jestem Filadelfią. Muszę stanąć na wysokości zadania”. W tekstach wprost nawiązuje też do swoich wielkich bohaterów muzycznych – Neila Younga oraz Bruce’a Springsteena – którzy w przeszłości również pisali utwory dedykowane temu miastu. W porównaniu do poprzednich krążków (takich jak „(watch my moves)” czy „Bottle It In„), ten album jest znacznie mniej nasycony syntezatorami i kosmiczną psychodelią. Vile postawił na powrót do korzeni: akustyczne brzmienia, długie, leniwie rozwijające się arpeggia gitarowe oraz wokal, który momentami przypomina nocną audycję radiową lub swobodną, intymną rozmowę. Z całą pewnością jest to jeden z najbardziej spójnych, dojrzałych i uzależniających albumów w jego dotychczasowej karierze. Ocena: 8/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
Mlecze – Album Niebieski. Zaledwie rok po debiucie grupa Mlecze wydaje swój drugi album. „Album Niebieski” to krążek zdominowany przez motyw izolacji, samotności i poszukiwania miłości. Jak przyznaje sama wokalistka, Karolina Prasał, materiał powstawał podczas długiej, mroźnej zimy, kiedy czuła się odcięta od świata. To intymne, bezpieczne odgrodzenie się od rzeczywistości doskonale oddaje okładka oraz koncepcja brzmieniowa płyty. Muzycznie jest to podróż w głąb indie popu z lat 2000, inspirowany takimi zespołami jak: MGMT, Cocteau Twins, Sixpence None the Richer, Alex G czy też Coldplay. Płyty słucha się szybko i sprawnie, w końcu to tylko nieco ponad półgodziny materiału. Utwory są melodyjne, zgrabne, dobrze napisane i zagrane. Na rodzimym rynku nie wiele się działo w indie-popie, dlatego też dobrze, że wyrosły nam te Mlecze. Ocena: 7/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 3.5 na 5.
Iceage – For Love of Grace & the Hereafter. Na swoim szóstym w dorobku albumie studyjnym Duńczycy, wracają do energii swoich początków, ale nie próbują po prostu nagrać drugiego „New Brigade„. Iceage zaczynali jako nastoletni, ekstremalnie intensywny zespół post-punkowy. „New Brigade” z 2011 roku było surowe, szybkie i agresywne. Później grupa zaczęła systematycznie poszerzać paletę. Na kolejnych płytach pojawiały się m.in. folk, country, gospel, rock, jazz i bardziej monumentalne aranżacje. „For Love of Grace & the Hereafter” częściowo zamyka tę pętlę: zespół wraca do punkowej bezpośredniości, ale robi to z doświadczeniem piętnastu lat pracy. Produkcja jest stosunkowo oszczędna i bezpośrednia. Zamiast ściany studyjnych warstw mamy instrumenty, które brzmią tak, jakby zespół rzeczywiście grał razem w jednym pomieszczeniu. To daje płycie nerwowość i spontaniczność. Jednocześnie Iceage nie boją się dziwnych rozwiązań. W „The Weak” pojawiają się nawet atonalne partie fletów prostych, a poszczególne kompozycje potrafią gwałtownie zmieniać kierunek. Najciekawsze jest to, że płyta jest jednocześnie surowa i bardzo melodyjna. Wokalista Iceage pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych elementów zespołu, ale na tej płycie jego śpiew jest bardziej melodyjny i ekspresyjny niż w początkach grupy. Teksty Eliasa Rønnenfelta są zarazem mroczne, poetyckie, pełne przemocy i śmierci, ale jednocześnie mocno związane z miłością, pożądaniem i oddaniem. Podsumowując, Duńczycy wrócili do energii młodego zespołu, ale nie próbują odzyskać własnej młodości. Ocena: 8/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
Sun O))) – Sun O))). Dziesiąty w dorobku album duetu: O’Malley – Anderson jest jednocześnie debiutem wydawniczym w Sub Pop. Jednak nie tylko to się zmieniło. Po latach rozbudowywania składu i zapraszania gości Sunn O))) wracają do rdzenia własnego brzmienia. To raczej „back to basics” rozumiane jako oczyszczenie muzyki z elementów dodatkowych. Nie ma tutaj orkiestry, chóru ani licznych gości znanych z wcześniejszych albumów. Zostają gitary, bas, syntezatory, fortepian, nagrania terenowe i przede wszystkim przestrzeń oraz rezonans. Paradoks tej płyty: minimalizm, który brzmi gigantycznie. Formalnie zespół bardzo dużo upraszcza: dwóch muzyków, sześć utworów, niewiele podstawowych środków.A rezultat jest odwrotny –brzmienie jest ogromne. To nadal drone metal i doom, ale określenie „ciężki” jest tutaj trochę mylące. Sunn O))) interesuje nie tyle riff, ile fizyczne doświadczenie dźwięku. Gitary sprawiają wrażenie bardziej krajobrazu niż tradycyjnej kompozycji, są ekstremalnie nisko strojone, rozciągają pojedyncze dźwięki na wiele minut, tworzą ogromne warstwy harmoniczne oraz wykorzystują sprzężenia i rezonans. „Sunn O)))” jest mniej „metalową płytą do słuchania”, a bardziej instalacją dźwiękową, którą trzeba przeżyć w czasie. Ocena: 8/10
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
Nirosta Steel – My Skyscraper. Nirosta Steel to pseudonim Stevena Halla, szkockiego muzyka, gitarzysty i wokalisty mieszkającego od młodości w USA. Hall był wieloletnim współpracownikiem Arthura Russella. Ich znajomość i współpraca trwały od lat 80. aż do śmierci Russella w 1992 roku. Szkocki muzyk uczestniczył w nagraniach związanych z nowojorską sceną Downtown i queerową kulturą artystyczną tamtego okresu. „My Skyscraper” to trzeci solowy album studyjny Steela i co warto podkreślić, to nie jest typowy album nagrany od początku do końca w jednym okresie. To raczej muzyczny zapis około czterech dekad życia i pracy Stevena Halla, który dopiero w 2026 roku został złożony w większą całość. „MY SKYSCRAPER” wymyka się jednemu gatunkowi. Znajdziemy tu m.in.: disco, funk, synth-pop, art pop, folk, house, Balearic, lo-fi, eksperymentalną elektronikę, a nawet elementy chińskiej opery. Co ważne, nie brzmi to jak przypadkowa składanka. Mimo ogromnego rozrzutu stylistycznego album ma własny charakter. Dobrym określeniem jest „muzyka poza czasem”. Niektóre nagrania brzmią jak znalezione taśmy z początku lat 80., inne jak współczesny eksperymentalny pop. Granica między starym a nowym materiałem zostaje celowo zatarta. Analizując krążek od lirycznej strony warto nadmienić o czym opowiada. A są to relacje, seksualność, miłość i pożądanie. „MY SKYSCRAPER” jest jednocześnie archiwum, debiutem, retrospekcją i nowym początkiem. I chyba właśnie ta sprzeczność jest najciekawszą rzeczą, która przyciąga mnie do tego dzieła. Ocena: 9/10
⭐⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4.5 na 5.
Kanye West – BULLY. Za recenzje 12 albumu studyjnego Ye zabieram się już od paru dobrych miesięcy. W końcu nastał ten moment by rozprawić się z tym raperskim łobuzem. W końcu „BULLY” to w wolnym tłumaczeniu to łobuz/prześladowca. Nie chce mi się rozpisywać o tym ile już zdążył Ye nawywijać w ostatnim czasie, a uwierzcie kontrowersji z nim związanych nie brakuje. Stąd tytuł idealnie pasuje i dobrze, że sam Kanye ma świadomość tego za kogo postrzegają. Skupmy się jednak na samej płycie. „BULLY” to próba połączenia kilku wcieleń rapera. Mamy tutaj: cięższe, industrialne brzmienia, trap i współczesny hip-hop, elektroniczne, momentami niemal progresywno-rockowe produkcje, minimalistyczne, krótkie formy oraz charakterystyczne dla jego twórczości sample soul. Produkcja płyty jest surowa, a aranżacje oszczędne w formie. West nakłada większą koncentracje na głosie i osobistej narracji przy jednoczesnym mniejszym nacisku na klasyczną strukturę utworu. Ponownie ukazuje zamiłowanie do wielkich, dramatycznych momentów i eksperymentuje z brzmieniem. Jednakże przy słuchaniu tej płyty mam wrażenie, że brakuje w tym wszystkim jakiejś spójności. „BULLY” udowadnia, że Kanye West wciąż potrafi stworzyć świetnie brzmiący numer. Problem polega na tym, że coraz trudniej znaleźć na tej płycie powód, dla którego właśnie on musiał ten numer nagrać. Ocena: 6/10.
⭐⭐⭐
Ocena: 3 na 5.
Chat Pile – Who Loves The Sun. I na koniec troszkę cięższego grania. A jak! Trzeci album w dorobku Chat Pile to ponownie ostra jazda bez trzymanki, z noise rockiem i sludge metalem na czele. Jednakże w stosunku do wcześniejszych dokonań pojawia się więcej: post-punkowych atmosfer, melodyjnych refrenów, bardziej rozbudowanych struktur oraz gitarowych melodii. Co ciekawe, większa przystępność nie oznacza złagodzenia tekstów. To właśnie zestawienie chwytliwszej muzyki z ponurą tematyką jest jednym z ciekawszych aspektów albumu. Chat Pile nadal przygląda się społeczeństwu z perspektywy ludzi znajdujących się na jego marginesie. Pojawiają się tematy: życia w poczuciu permanentnego kryzysu, nierówności ekonomicznych, alienacji, pracy i wyzysku, przemocy, konsumpcjonizmu, technologii, zmian klimatycznych, obojętności społecznej czy też rozpadu więzi międzyludzkich. Okładka również dobrze współgra z tematyką albumu. Przedstawia Devon Tower w Oklahoma City, górujący nad zniszczonym otoczeniem. Oficjalny opis zespołu wskazuje właśnie na kontrast pomiędzy monumentalnym symbolem współczesnego kapitału a rozpadającą się przestrzenią na pierwszym planie. W ten o to sposób amerykańska grupa z Oklahomy wchodzi w swój rozdział, a mi to generalnie pasuje. Ocena: 7/10
Parę dni temu Nowojorczycy z Interpolu wypuścili swój najnowszy, ósmy krążek zatytułowany „This Mirror Weighs a Ton„. Jeżeli śledzicie moją twórczość na blogu, to z pewnością wiecie, że Interpol należy do ścisłego grona moich ulubionych zespołów. Dlatego pojawienie się tej recenzji było tylko kwestią czasu.
Z twórczością Interpolu bywało jednak różnie. Początek było mocarny! Jak to przeważnie miało miejsce w okresie lat 2000, kiedy gitarowe zespoły grające indie rocka przeżywały swoje tłuste lata. Album „Turn on the Bright Lights” oraz jego kontynuacja „Antics” to klasyka gatunku. Wydane w 2007 „Our Love to Admire” uważam za album w miarę dobry, problem zaczął się w 2010 przy okazji wydania albumu „Interpol„. Wszechobecna nuda na tym krążku sprawiła, że sam zespół niechętnie wraca do twórczości z tamtego czasu. Kolejne dwa krążki „El Pintor” oraz „Marauder” potwierdziły tylko brak pomysłu i świeżości w twórczości grupy. Sytuację poprawił „The Other Side of Make-Believe„, który przede wszystkim miał dobre single. Tegoroczne wydawnictwo zmienia jednak wszystko, gdyż zespół znowu wydaje się być rześki i atrakcyjny w tym co robi, gdyż „This Mirror Weighs a Ton” to na prawdę kawał dobrej muzyki!
Na pierwszy rzut oka nie wiele się zmienia w samym graniu zespołu. Ponownie mamy tutaj typowy post-punk, nawiązujący do Joy Division czy też Talking Heads. Energiczna perkusja miesza się tutaj z zimnymi gitarowymi riffami, które wzbogaca charakterystyczny wokal Paula Banksa. Co więc tak dobrze zadziałało? Być może przemeblowanie w składzie zespołu? Do zespołu dołączyli Brandon Curtis oraz Brad Truax, którzy wcześniej wspierali zespół wyłącznie na trasie. Generalnie czuć, na tym albumie sporo dobrej energii, przez co płyta wydaje się świeża i pomysłowa. Już od pierwszych dźwięków openera „The Mirror Weighs a Ton” słychać, że to będzie przyjemna podróż z Interpolem, choć sam utwór jest dość niepozorny. Więcej energii dostarcza nam kolejny „See Out Loud„. Pięknym utworem jest „Iron City„, który opowiada o więzi z Nowym Jorkiem. Pomimo, że jestem w drużynie West Coast, to bywają momenty, że Nowy Jork wydaje mi się najpiękniejszym miejscem na Świecie, chociaż nigdy tam nie byłem i miasto znam tylko z seriali, filmów i właśnie muzyki indie rockowej. „Wings on Fire” to z kolei ta odsłona Interpolu, którą cenię. Zespół tutaj z lekkością po prostu porywa słuchacza. To zadziwiające bo słychać tutaj sporo matematyczności w tym co robią, ale i sporo luzu, tak jakby wrócili prosto z imprezy i po prostu zagrali najlepiej jak potrafią. I tak jak to lubię w tego typu utworach, napięcie i dynamika zwiększa się z każdą sekundą trwania tego utworu. Nie do opisania jest partia gitar w refrenie „Ever The Actor„, jak dla mnie jest to jeden z najmocniejszych punktów tej płyty. Innym takim punktem jest dla mnie „Bird and The Serpent„, gdzie partia gitary oraz wstawki klawiszowe robią swoją robotę. Całość kończy melancholijny „Sudden„, który pozostawia w nas poczucie niedosytu i myśl w głowie „TO JUŻ KONIEC?!? I wtedy robimy replay. A przynajmniej ja tak robię od paru dni.
Podsumowując, ósmy w dorobku album Interpolu to materiał świeży, energiczny, z dobrą muzyką, jeszcze lepszymi pomysłami do którego po prostu chce się wracać i miło się słucha. Może trochę heroizuję ten longplay ze względu na moją miłość do nowojorskiej grupy, które w ostatnim czasie nie nagrywała wybitnej muzyki. Nie mniej opisuje swoje odczucia, jakie towarzyszyły mi przy pierwszych oraz ostatnich odsłuchach tego krążka. No i tak sobie myślę, że w sumie to trzeba się cieszyć, że zostało jeszcze parę zespołów z tamtego ciekawego dla muzyki okresu, które wciąż koncertują i nagrywają płyty. Bo uwierzcie, że nie jest to regułą. Wiele innych świetnych zespołów z tamtego czasu już nie istnieje, albo ich działalność jest mocno ograniczona. A szkoda, bo ja wciąż czekam na takie powroty. Może jestem zbyt sentymentalny i oldschoolowy. Może, ale pieprzyć to. Podkreślę to jeszcze raz, nowa płyta Interpolu to świetna płyta. Elo. Ocena: 8/10.