Między sławą a niezależnością – recenzja płyty „Popstar” Tinashe

Dosłownie przed paroma tygodniami ukazał się najnowszy, ósmy już w dorobku Tinashe album o wiele mówiącym tytule „Popstar„. O artystce z Lexington w stanie Kentucky pisałem już na blogu przy okazji jej niesamowitego singla „2 On” oraz albumu „BB/ANG3L„. Jakiś czas temu podczas recenzowania tegorocznego albumu pewien recenzent, próbował zbudować tezę, że oto mamy do czynienia z nową falą popowych artystek, które są poza wszelkimi mainstreamowymi schematami i nie są produktami wytwórni. Do przykładu wrzucił jeszcze parę innych gorących nazwisk jak ADELA, Charli XCX czy też Olivia Rodrigo. I tak sobie myślę, że to jedna wielka ściema. Fakt, mamy do czynienia z nową świeżością w świecie popu. Wspomniane artystki mają na koncie śmigające hity przy jednoczesnym wizerunku artystek nie radiowych. Z tym, że każda z nich jednak wydaje w wielkich wytwórniach muzycznych, które starają się je sprzedać jako artystki niezależne. Siłą rzeczy to dalej muzyczny produkt, tylko inaczej zapakowany. Czy to źle? Niekoniecznie. Mnie jako fana dobrej muzyki i tak będzie przede wszystkim interesowała zawartość płyty.

Tinashe początkowo zaczynała w dużej wytwórni, pierwsze trzy albumy wyszły nakładem RCA Records. Później artystka próbowała własnymi siłami wydawać muzykę, jednak ostatecznie ponownie wróciła do gigantów. Tym razem Atlantic Records. „Popstar” w zasadzie jest o drodze przebytej przez artystkę. Najważniejszym tematem albumu jest życie podporządkowane karierze i pragnieniu bycia gwiazdą. Tinashe nie ogranicza się do opowieści o luksusie, pewności siebie i sukcesie. Interesuje ją także druga strona popularności: presja ciągłego udowadniania swojej wartości, potrzeba uwagi oraz trudność w oddzieleniu własnej tożsamości od publicznego wizerunku. Tytuł można odczytywać na dwa sposoby. Z jednej strony jest deklaracją ambicji i artystycznej samoświadomości. Z drugiej – ironicznym komentarzem do świata, w którym o wartości muzyka coraz częściej decydują zasięgi, internetowe trendy i wyniki komercyjne.

Muzycznie „Popstar” jest bardziej eklektyczny, niż sugeruje jego tytuł. Tradycyjne elementy popu i R&B spotykają się tu z klubową elektroniką, połamanymi rytmami, basem inspirowanym hip-hopem i eksperymentami z obróbką wokalu. Zabawa z elektroniką jest ostatnio znowu w modzie, dlatego syntetyczne dźwięki oraz nieoczywiste rozwiązania rytmiczne nadają części materiału współczesną energię. Jednocześnie Tinashe potrafi także zwolnić tempo na chwilę obok szybkich, klubowych kompozycji pojawiają się spokojniejsze i bardziej emocjonalne momenty. „I’d Rather Be Alone” pokazuje, że artystka nie rezygnuje z tradycyjnej, rozbudowanej formy wokalnej ballady.

Podoba mi się różnorodność tego albumu. Sporo tu elektroniki, to fakt. Jednak taki „Pillow Fight” ma sporo z hip-hopu i R’N’B. W podobnym tonie otrzymujemy „Nobody Wanna Dance Anymore„, którego brzmienie sprawia, że płyniemy razem z tym albumem. Do wspomnianej dwójki należy dopisać „Crash Out„, który brzmi jak wczesne kompozycje Beyonce. Bardziej popowa twarz artystki pojawia się w tytułowym „Popstar” a całość zamyka ballada „Heavy Weight„. Połączenie popowej przebojowości z elektroniką czy też bardziej rapowym klimatem wyróżnia ósmy album Tinashe. Nie wydaje mi się, by spójność krążka została w ten sposób zachwiana, gdyż wszystkie utwory łączy jedna rzecz – tematyka. Brakuje tutaj występów gościnnych, ale to uważam za plus, gdyż obecność wokalna Tinashe na albumie jest na wysokim poziomie.

Podsumowując, Tinashe wydała prawdopodobnie najlepszy album w swoim dorobku. „Popstar” to album o sławie i autokreacji, który łączy w sobie pop z elektroniką, R’N’B czy też hip-hopem. Coś czuje, że będę często tutaj wracał i za każdym razem wygrzebie coś innego ciekawego. Ocena: 8/10.

Z chaosu w stronę światła. Recenzja płyty „Violins” Blondshell.

Na początek słów parę o wykonawcy recenzowanej dziś płyty. Blondshell to pseudonim artystyczny Sabriny Teitelbaum, nowojorskiej wokalistki, autorki piosenek i gitarzystki, która dziś jest jedną z ciekawszych postaci amerykańskiego indie rocka. Jej droga do tego miejsca jest o tyle interesująca, że Blondshell nie było jej pierwszym podejściem do muzyki — było raczej próbą odnalezienia własnego głosu po okresie poszukiwań i podporządkowywania się oczekiwaniom innych. Zanim stała się Blondshell, Teitelbaum występowała jako BAUM. Był to projekt znacznie bliższy współczesnemu popowi i elektronice. Zdobyła nawet całkiem sporą popularność – jej muzyka trafiała do dużej liczby słuchaczy, a utwór „F—boy” przekroczył dwa miliony odtworzeń. Problem polegał na tym, że nie czuła, że ta muzyka rzeczywiście ją reprezentuje.

Przełomem okazała się pandemia. Izolacja sprawiła, że Teitelbaum wróciła do słuchania muzyki, którą kochała jako nastolatka, przede wszystkim gitarowego rocka. Zaczęła pisać bez zastanawiania się, czy ktoś będzie chciał tego słuchać. Jak sama później mówiła, właśnie wtedy pojawiła się możliwość tworzenia muzyki dla siebie, a nie według wyobrażeń o tym, czego oczekuje publiczność. I tak narodziła się Blondshell. W 2023 roku ukazał się debiutancki album „Blondshell„. Płyta przyniosła jej rozgłos przede wszystkim dzięki temu, że połączyła estetykę alternatywnego rocka lat 90. z bardzo współczesnym, bezpośrednim sposobem pisania o seksie, uzależnieniach, relacjach i własnej psychice. Dwa lata później pojawił się jej drugi krążek pt. „If You Asked for a Picture„. Głównym tematem tego dzieła była próba zrozumienia skąd się wziął chaos w jej życiu.

I w tym miejscu pojawia się najnowsze dzieło Pani Teitelbaum. Album „Violins” ukazał się parę dni temu. Najnowsza propozycja od artystki to ponownie duże, wyraziste partie gitarowe, narastające aranżacje i mocne melodie. Jednocześnie album nie jest wyłącznie gitarową ścianą dźwięku – obok rockowej energii pojawia się sporo przestrzeni i bardziej subtelnych momentów. Gatunkowo zahacza o grunge, alt-pop oraz indie rock. Płyta wydaje się być bardziej rozbudowana i przestrzenna. Wśród muzycznych inspiracji można się doszukać takich nazw jak Gang of Four, The Go-Betweens czy też Pavement. Bardzo trzeba się postarać, żeby nie wyczuć na „Violins” ducha lat 90. A ten mocno gitarowy klimat tej dekady bardzo przypadł mi do gustu.

Zapytacie o czym jest ten krążek? Już śpieszę odpowiedzieć. „Violins” to płyta, która nie próbuje już zamieniać bólu w spektakl. Teitelbaum nadal śpiewa o rzeczach trudnych, ale zamiast rozpamiętywać przeszłość, próbuje nauczyć się żyć w świecie, który pozostaje jednocześnie brutalny i piękny. W porównaniu z wcześniejszymi albumami Teitelbaum jej pisanie stało się mniej pamiętnikarskie, a bardziej przypomina swobodną, konwersacyjną poezję. Nowa płyta zajmuje się m.in.: próbą odnalezienia piękna w świecie pełnym przemocy, trudnymi przyjaźniami, relacją z własnym ciałem, kobiecością i mizoginią, duchowością, procesem zdrowienia oraz dorastaniem. Czuć, że artystka stara się odciąć od demonów przeszłości i nauczyć żyć od nowa. W tym miejscu warto także wspomnieć o samym głosie artystki, który jest jednym z najważniejszych elementów charakterystycznych Blondshell. Teitelbaum nie próbuje być wokalistką perfekcyjną technicznie. Jej śpiew często brzmi momentami niemal niedbale oraz szorstko. Ta niedoskonałość jest częścią estetyki. Co ciekawe, sama artystka mówiła o coraz większej akceptacji własnego głosu i niedoskonałości występów – jako elemencie artystycznej wolności.

Czy „Violins” jest kolejnym krokiem w rozwoju Blondshell, czy już momentem, w którym Teitelbaum znajduje własny, w pełni dojrzały język? Trudno orzec. Z pewnością jest to album warty uwagi i jedna z mocniejszych pozycji wśród kobiecego indie rocka, który pojawił się w ostatnich latach. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Muzyka Końca Lata – Przegląd płyt z trzeciego kwartału roku. Część II.

Ok, Lecimy dalej z tematem. Przed Wami druga część mojego przeglądu płyt z minionego kwartału (a w zasadzie dwóch kwartałów, hehe). 10 płyt, różne gatunki muzyczne, muzyka polska i zagraniczna, krótka forma, dobrze zobrazowane oceny. Mam nadzieję, że znajdziecie coś tutaj dla siebie.

Nino Paid – Somwhere Over the Rainbow. Nie słucham za wiele hip-hopu w ostatnim czasie. Jednakże nie mogłem przejść obojętnie obok trzeciego albumu w dorobku Nino Paida, który zbiera wyjątkowo pozytywne oceny. Sprawdziłem, i fakt, są to oceny zasłużone. 24-letni raper z Landover w stanie Maryland sięga tutaj do korzeniu swojego regionu, wplatając w rap elementy go-go (mieszanki funku, R&B i hip-hopu z dominującą perkusją). Płyta jest głęboko osobista i porusza tematykę traumy, żałoby, dorastania w systemie rodzin zastępczych oraz ceny sukcesu. Nino Paid buduje teksty na zasadzie intymnego pamiętnika. Tytułowy „Rainbow” (tęcza) symbolizuje odnalezienie nadziei i spokoju po przejściu przez życiowe piekło. Kluczowym elementem albumu jest wewnętrzne rozdarcie artysty, które słychać m.in. w utworze „Rewind It”. Raper rapuje tam wprost o tym, że choć obiecywał sobie koniec z „smutnymi piosenkami”, to nie potrafi uciec od bolesnych wspomnień po stracie brata. Przede wszystkim doceniam nostalgiczny klimat i autentyczność wokalną artysty. Z całą pewnością pozycja obowiązkowa z rapowego nurtu. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Picture – Uuuuuuuu. Na wstępie trzeba wspomnieć, że Picture to projekt duńskiego producenta Natala Zaksa. Który wyjątkowo lubi samogłoski, gdyż jego poprzedni album nazywał się „Eeeeeeee„. Z resztą wszystkie utwory na płycie mają w podobnym stylu nazwy. Przytoczę chociażby „Miiiiiii” czy też „Wooooooo„. Gatunkowo jest to mieszanka dub techno, minimal techno, ambient techno oraz abstract techno, czyli rzeczy o których rzadko piszę, mimo, że dość często słucham. Całość tegorocznego albumu to około 47 minut. Zaks nie buduje utworów wyłącznie z kolejnych warstw rytmicznych. Bardzo dużo dzieje się w: panoramie stereo, pogłosach, filtrach, czy też zmianach natężenia poszczególnych częstotliwości. W efekcie słuchanie Uuuuuuuu przypomina momentami obserwowanie dźwiękowej architektury, która cały czas zmienia kształt. Jedną z ciekawszych rzeczy jest pozorna prostota tych utworów. Na powierzchni często mamy: beat + bas + kilka sampli + efekty, ale kiedy słucha się dokładniej, okazuje się, że niemal każdy element jest poddawany niewielkim zmianom. To muzyka oparta bardziej na mikroewolucji niż na wielkich zwrotach akcji. Wszystko to sprawia, że album może początkowo wydawać się monotonny, ale przy uważnym słuchaniu ujawnia dużą liczbę szczegółów. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

of Montreal – Aethermead. 20 album w dorobku of Montreal wypadałoby uczcić czymś wielkim. Nie tym razem. Kevin Barnes nagrał ponownie album zainspirowany zerwaniem z dziewczyną. Swoją drogą, mocno burzliwe życie prowadzi ten 52-latni amerykański artysta. Oczywiście, od zawsze uważałem, że nic tak nie inspiruje do napisania pięknej muzyki co złamane serce. Wiele moich ukochanych utworów w ten sposób powstało. Barnes niestety mocno spłaszczył temat i generalnie jest cieniem samego siebie. Nie jest to nowe „The Sunlandic Twins” ani „Satanic Panic in the Attic„. Ba, tej płycie daleko nawet do takiego „Paralytic Stalks„. Styl muzyczny pozostał, to wciąż psychodeliczny pop. Jednakże jest tutaj znacznie mniej kombinowania z elektroniką a więcej gitary akustycznej i pianina. Jednym słowem, trochę wieje tutaj nudą i raczej nie wrócę do tego albumu. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Kurt Vile – Philadelphia’s been good to me. O proszę, kolejny jubileuszowy krążek na mojej liście. Mniejszy niż ten od Kevina Barnesa, ale dalej dobrze. „Philadelphia’s been good to me” to dziesiąty album w dorobku Kurta Vile’a. I jak sama nazwa wskazuje jest on hołdem dla rodzinnego miasta artysty – Filadelfii. Dla Kurta Vile’a był to niezwykle trudny i przełomowy moment w karierze. To pierwszy album nagrany po śmierci Roba Laakso – wieloletniego współpracownika Vile’a oraz członka jego zespołu The Violators. Strata ta mocno wpłynęła na emocjonalny ton całej płyty. Choć album w dużej mierze powstawał w domowym studiu artysty o nazwie OKV Central w dzielnicy Mount Airy w Filadelfii, to część sesji nagraniowych zrealizowano również w kultowych muzycznie miejscach: w Memphis oraz w Athens w stanie Georgia. Tytułowy utwór i cała otoczka płyty mocno korespondują z historycznym momentem. Premiera zbiegła się w czasie z obchodami 250-lecia Stanów Zjednoczonych, których Filadelfia jest kolebką. Vile w charakterystyczny dla siebie sposób puszcza oko do słuchacza, rzucając wyzwanie: „Ja jestem Filadelfią. Muszę stanąć na wysokości zadania”. W tekstach wprost nawiązuje też do swoich wielkich bohaterów muzycznych – Neila Younga oraz Bruce’a Springsteena – którzy w przeszłości również pisali utwory dedykowane temu miastu. W porównaniu do poprzednich krążków (takich jak „(watch my moves)” czy „Bottle It In„), ten album jest znacznie mniej nasycony syntezatorami i kosmiczną psychodelią. Vile postawił na powrót do korzeni: akustyczne brzmienia, długie, leniwie rozwijające się arpeggia gitarowe oraz wokal, który momentami przypomina nocną audycję radiową lub swobodną, intymną rozmowę. Z całą pewnością jest to jeden z najbardziej spójnych, dojrzałych i uzależniających albumów w jego dotychczasowej karierze. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Mlecze – Album Niebieski. Zaledwie rok po debiucie grupa Mlecze wydaje swój drugi album. „Album Niebieski” to krążek zdominowany przez motyw izolacji, samotności i poszukiwania miłości. Jak przyznaje sama wokalistka, Karolina Prasał, materiał powstawał podczas długiej, mroźnej zimy, kiedy czuła się odcięta od świata. To intymne, bezpieczne odgrodzenie się od rzeczywistości doskonale oddaje okładka oraz koncepcja brzmieniowa płyty. Muzycznie jest to podróż w głąb indie popu z lat 2000, inspirowany takimi zespołami jak: MGMT, Cocteau Twins, Sixpence None the Richer, Alex G czy też Coldplay. Płyty słucha się szybko i sprawnie, w końcu to tylko nieco ponad półgodziny materiału. Utwory są melodyjne, zgrabne, dobrze napisane i zagrane. Na rodzimym rynku nie wiele się działo w indie-popie, dlatego też dobrze, że wyrosły nam te Mlecze. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Iceage – For Love of Grace & the Hereafter. Na swoim szóstym w dorobku albumie studyjnym Duńczycy, wracają do energii swoich początków, ale nie próbują po prostu nagrać drugiego „New Brigade„. Iceage zaczynali jako nastoletni, ekstremalnie intensywny zespół post-punkowy. „New Brigade” z 2011 roku było surowe, szybkie i agresywne. Później grupa zaczęła systematycznie poszerzać paletę. Na kolejnych płytach pojawiały się m.in. folk, country, gospel, rock, jazz i bardziej monumentalne aranżacje. „For Love of Grace & the Hereafter” częściowo zamyka tę pętlę: zespół wraca do punkowej bezpośredniości, ale robi to z doświadczeniem piętnastu lat pracy. Produkcja jest stosunkowo oszczędna i bezpośrednia. Zamiast ściany studyjnych warstw mamy instrumenty, które brzmią tak, jakby zespół rzeczywiście grał razem w jednym pomieszczeniu. To daje płycie nerwowość i spontaniczność. Jednocześnie Iceage nie boją się dziwnych rozwiązań. W „The Weak” pojawiają się nawet atonalne partie fletów prostych, a poszczególne kompozycje potrafią gwałtownie zmieniać kierunek. Najciekawsze jest to, że płyta jest jednocześnie surowa i bardzo melodyjna. Wokalista Iceage pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych elementów zespołu, ale na tej płycie jego śpiew jest bardziej melodyjny i ekspresyjny niż w początkach grupy. Teksty Eliasa Rønnenfelta są zarazem mroczne, poetyckie, pełne przemocy i śmierci, ale jednocześnie mocno związane z miłością, pożądaniem i oddaniem. Podsumowując, Duńczycy wrócili do energii młodego zespołu, ale nie próbują odzyskać własnej młodości. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Sun O))) – Sun O))). Dziesiąty w dorobku album duetu: O’Malley – Anderson jest jednocześnie debiutem wydawniczym w Sub Pop. Jednak nie tylko to się zmieniło. Po latach rozbudowywania składu i zapraszania gości Sunn O))) wracają do rdzenia własnego brzmienia. To raczej „back to basics” rozumiane jako oczyszczenie muzyki z elementów dodatkowych. Nie ma tutaj orkiestry, chóru ani licznych gości znanych z wcześniejszych albumów. Zostają gitary, bas, syntezatory, fortepian, nagrania terenowe i przede wszystkim przestrzeń oraz rezonans. Paradoks tej płyty: minimalizm, który brzmi gigantycznie. Formalnie zespół bardzo dużo upraszcza: dwóch muzyków, sześć utworów, niewiele podstawowych środków.A rezultat jest odwrotny – brzmienie jest ogromne. To nadal drone metal i doom, ale określenie „ciężki” jest tutaj trochę mylące. Sunn O))) interesuje nie tyle riff, ile fizyczne doświadczenie dźwięku. Gitary sprawiają wrażenie bardziej krajobrazu niż tradycyjnej kompozycji, są ekstremalnie nisko strojone, rozciągają pojedyncze dźwięki na wiele minut, tworzą ogromne warstwy harmoniczne oraz wykorzystują sprzężenia i rezonans. „Sunn O)))” jest mniej „metalową płytą do słuchania”, a bardziej instalacją dźwiękową, którą trzeba przeżyć w czasie. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Nirosta Steel – My Skyscraper. Nirosta Steel to pseudonim Stevena Halla, szkockiego muzyka, gitarzysty i wokalisty mieszkającego od młodości w USA. Hall był wieloletnim współpracownikiem Arthura Russella. Ich znajomość i współpraca trwały od lat 80. aż do śmierci Russella w 1992 roku. Szkocki muzyk uczestniczył w nagraniach związanych z nowojorską sceną Downtown i queerową kulturą artystyczną tamtego okresu. „My Skyscraper” to trzeci solowy album studyjny Steela i co warto podkreślić, to nie jest typowy album nagrany od początku do końca w jednym okresie. To raczej muzyczny zapis około czterech dekad życia i pracy Stevena Halla, który dopiero w 2026 roku został złożony w większą całość. „MY SKYSCRAPER” wymyka się jednemu gatunkowi. Znajdziemy tu m.in.: disco, funk, synth-pop, art pop, folk, house, Balearic, lo-fi, eksperymentalną elektronikę, a nawet elementy chińskiej opery. Co ważne, nie brzmi to jak przypadkowa składanka. Mimo ogromnego rozrzutu stylistycznego album ma własny charakter. Dobrym określeniem jest „muzyka poza czasem”. Niektóre nagrania brzmią jak znalezione taśmy z początku lat 80., inne jak współczesny eksperymentalny pop. Granica między starym a nowym materiałem zostaje celowo zatarta. Analizując krążek od lirycznej strony warto nadmienić o czym opowiada. A są to relacje, seksualność, miłość i pożądanie. „MY SKYSCRAPER” jest jednocześnie archiwum, debiutem, retrospekcją i nowym początkiem. I chyba właśnie ta sprzeczność jest najciekawszą rzeczą, która przyciąga mnie do tego dzieła. Ocena: 9/10

Ocena: 4.5 na 5.

Kanye West – BULLY. Za recenzje 12 albumu studyjnego Ye zabieram się już od paru dobrych miesięcy. W końcu nastał ten moment by rozprawić się z tym raperskim łobuzem. W końcu „BULLY” to w wolnym tłumaczeniu to łobuz/prześladowca. Nie chce mi się rozpisywać o tym ile już zdążył Ye nawywijać w ostatnim czasie, a uwierzcie kontrowersji z nim związanych nie brakuje. Stąd tytuł idealnie pasuje i dobrze, że sam Kanye ma świadomość tego za kogo postrzegają. Skupmy się jednak na samej płycie. „BULLY” to próba połączenia kilku wcieleń rapera. Mamy tutaj: cięższe, industrialne brzmienia, trap i współczesny hip-hop, elektroniczne, momentami niemal progresywno-rockowe produkcje, minimalistyczne, krótkie formy oraz charakterystyczne dla jego twórczości sample soul. Produkcja płyty jest surowa, a aranżacje oszczędne w formie. West nakłada większą koncentracje na głosie i osobistej narracji przy jednoczesnym mniejszym nacisku na klasyczną strukturę utworu. Ponownie ukazuje zamiłowanie do wielkich, dramatycznych momentów i eksperymentuje z brzmieniem. Jednakże przy słuchaniu tej płyty mam wrażenie, że brakuje w tym wszystkim jakiejś spójności. „BULLY” udowadnia, że Kanye West wciąż potrafi stworzyć świetnie brzmiący numer. Problem polega na tym, że coraz trudniej znaleźć na tej płycie powód, dla którego właśnie on musiał ten numer nagrać. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Chat Pile – Who Loves The Sun. I na koniec troszkę cięższego grania. A jak! Trzeci album w dorobku Chat Pile to ponownie ostra jazda bez trzymanki, z noise rockiem i sludge metalem na czele. Jednakże w stosunku do wcześniejszych dokonań pojawia się więcej: post-punkowych atmosfer, melodyjnych refrenów, bardziej rozbudowanych struktur oraz gitarowych melodii. Co ciekawe, większa przystępność nie oznacza złagodzenia tekstów. To właśnie zestawienie chwytliwszej muzyki z ponurą tematyką jest jednym z ciekawszych aspektów albumu. Chat Pile nadal przygląda się społeczeństwu z perspektywy ludzi znajdujących się na jego marginesie. Pojawiają się tematy: życia w poczuciu permanentnego kryzysu, nierówności ekonomicznych, alienacji, pracy i wyzysku, przemocy, konsumpcjonizmu, technologii, zmian klimatycznych, obojętności społecznej czy też rozpadu więzi międzyludzkich. Okładka również dobrze współgra z tematyką albumu. Przedstawia Devon Tower w Oklahoma City, górujący nad zniszczonym otoczeniem. Oficjalny opis zespołu wskazuje właśnie na kontrast pomiędzy monumentalnym symbolem współczesnego kapitału a rozpadającą się przestrzenią na pierwszym planie. W ten o to sposób amerykańska grupa z Oklahomy wchodzi w swój rozdział, a mi to generalnie pasuje. Ocena: 7/10

Ocena: 3.5 na 5.