Muzyka końca lata – Przegląd płyt z trzeciego kwartału roku. Część I

Nie wiem jak Wam, ale mi to lat strasznie szybko przeleciało. I przyznaje, że było bardzo intensywnie. Sam jestem sobie dziwień, że od początku roku napierdalam na takich obrotach i mam jeszcze trochę czasu, by coś tutaj napisać. Zbliża się jesień, dlatego wróćmy na chwilę do muzyki, której słuchałem w ostatnich ciepłych miesiącach. Nazbierało się tych płyt, dlatego postanowiłem przegląd podzielić na dwie części.

Lex Walton – ULTIMATE LOVE FOREVER. Na początek nowość ze stajni dobrze znanej i kultowej wytwórni Sub Pop. Mowa o piosenkarce, autorce tekstów, aktorce i reżyserce w jednej postaci – Pani Lex Walton. Jej debiutancki krążek „ULTIMATE LOVE FOREVER” to bezkompromisowy, energiczny i odważny materiał, na który składa się 7 utworów. Łączny czas to 19 minut czystego połączenia lo-fi i power popu. To zabrzmi może dziwnie, ale głoś Pani Walton jest tak specyficzny, że na początku myślałem, że słucham faceta! Wierzcie mi lub nie, ale o niej będzie jeszcze głośno. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Dinosaur Jr – There Near. Mamy 2026, czy 1987 rok? Bo po przesłuchaniu „There Near” nie jestem pewien. 13 w dorobku album tych indie rockowych legend brzmi dokładnie tak samo jak chłopaki brzmieli 40 lat temu. Wydany 28 sierpnia album to jedenaście energicznych utworów, które od pierwszych brzmień otwierającego całość „Several Got Away” dają kopa. J Macis, Lou Barlow oraz Murph nie pierdzielą się w tańcu, nie biorą jeńców, nie bawią się w ą i ę. Po prostu robią to co robią najlepiej od młodzieńczych lat. A, że wiek to tylko liczba nie udowadnia nikt lepiej niż Dinosaur Jr. Czasami dobrze jest słyszeć, że u kogoś jest po staremu. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Lambchop – Punching the Clown. 17 album legendy alternatywnego country to dobry moment by wspomnieć o grupie Lambchop na blogu. Przyznam szczerze, że temat country nie jest mi wybitnie bliski. Wiem, że amerykanie uwielbiają ten typ muzyki. Zwłaszcza Pitchfork lubi doceniać na swoich listach podsumowujących dość przeciętne albumy z tego gatunku. „Punching the Clown” jednak przypadł mi do gustu. To zwarty i mocno melancholijny materiał. Nie potrafię odnieść tej płyty do pozostałej twórczości Pana Kurta Wagnera, gdyż przyznaje, że nie słuchałem pozostałych szesnastu albumów Lambchop. Mogę Wam jednak powiedzieć, że jeżeli podobał Wam się Bon Iver z okresu „For Emma, Forever Ago” to ten krążek przypadnie Wam do gustu. Gość przy akompaniamencie gitary potrafi wzruszyć. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Charli XCX – Music, Fashion, Film. No proszę, Brytyjska wokalistka Charlotte Emma Aitchison po wydaniu kapitalnie przyjętego albumu „Brat” nie traci mocy i po raz kolejny zadziwia. Jej najnowszy krążek to koncept-album, który ma być hołdem dla sztuki, która składa się z muzyki, mody i filmu (Tak jak w tytule). Na okładce płyty widzimy, Johna Cale’a z The Velvet Underground, projektanta mody Marca Jacobsa oraz reżysera filmowego Martina Scorsese. Na samej płycie jest oczywiście więcej tych odniesień, wspomnę tylko, że w ostatnim utworze pojawia się nazwisko innego legendarnego reżysera Davida Cronenberga a w teledysku do utworu „Camera” występuje Vincent Cassel. Muzycznie „MFF” odbiega znacznie od ostatniego „Brat”. Jest bardziej rockowo, chropowato i gitarowo. A to już duże odejście od tanecznego, elektronicznego popu jakim był poprzedni krążek z jasnozieloną okładką. Pomimo tego 90’s-owego vibe’u artystka nie zatraciła swoich charakterystycznych cech i słyszymy, że mamy do czynienia z Charli XCX. Osobiście wolę Brytyjkę w tym wydaniu, i jest to dla mnie jej najlepsza płyta od… nie wiem debiutu? Wszystkie były dobre i każda była inna, dlatego ciężko wskazać. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Muse – The Wow! Signal. Wyżej przy okazji pisania recenzji albumu Dinosaur Jr wspomniałem, że czasami dobrze jest słyszeć, że u kogoś jest po staremu. Niestety, nie w przypadku Muse. Osobiście mam skomplikowaną relację z tym zespołem. Kiedyś, w czasach licealnych ich wielbiłem. Jednak z wiekiem i kolejnymi ich „dziełami” mój entuzjazm do angielskiego bandu gasł. Ostatnie ich albumy były tragicznie słabe, jedynie „Simulation Theory” umiarkowanie mi się podobał, ze względu, na zajawkę latami 80 i tym, że płynął na fali sukcesu takich rzeczy jak np. Stranger Things. A nowa płyta? Przekombinowana, drażniąca, nudna, kopia kopii, kopii, kopii itd. Po raz kolejny teorie spiskowe, kosmos, patos, epickość na siłę oraz szczypta popowości. Jedyną nowością jest występ gościnny Ellie Goulding. Więcej emocji dostarcza oglądanie talent show. Przesłuchałem dwa razy, nie wrócę już nigdy. Ocena: 4/10. Ciut lepiej niż ostatnio, ale i tak nie ma z czego się cieszyć.

Ocena: 2 na 5.

Death Cab for Cutie – I Built You a Tower. Nie jestem pewien, czy wspominałem kiedykolwiek na blogu o tym zespole. A właściwym byłoby wspomnieć, bo jest to już niemal żyjąca legenda indie rocka jak Modest Mouse. Początkowo był to solowy projekt Ben Gibbarda, który z czasem przerodził się w pełnoprawny band. Początki datuje się na 1997 rok, a debiutancki krążek pojawił się rok później. Do tej pory wydali ich jedenaście, a najnowszy ukazał się 5 czerwca 2026 roku. Przyznam szczerze, że przed odsłuchem „I Built You a Tower” nie miałem wielkich oczekiwań. Przeważnie zespoły na tym etapie kariery odcinają już kupony od kariery. Jeszcze nikt na etapie jedenastej płyty prochu nie wymyślił. I trochę się do tego przyzwyczaiłem, gdyż głównie z nowości wydawniczych słucham kolejną płytę zespołu, który znam od młodości. Oczywiście nowości też wpadają, ale przyznaje, że największe doświadczenie mam w indie rockowych bandach z lat 2000. Wracając jednak do najnowszej pozycji Death Cab For Cutie. Okazało się, że Ben Gibbard i chłopaki wciąż potrafią zaskoczyć. Ich najnowszy krążek to przede wszystkim świetne, emocjonalne, życiowe teksty oraz kapitalne, gitarowe melodie. W ogóle nie słychać na tej płycie, że goście są w okolicach pięćdziesiątki. Grają i śpiewają jak młodzieńcy, którzy dopiero co skończyli szkołę. Te jedenaście utworów (38 minut) bardzo dobrze wchodzi i pokazuje, że indie rock wciąż ma wiele do przekazania. Zwłaszcza, gdy o jego sile stanowią świetne teksty. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Coals – Magia. Czwarty album studyjny w dorobku Coals, to materiał najmniej singlowy i jednocześnie najbardziej spójny. Duet: Katarzyna Kowalczyk i Łukasz Rozmysłowski postawili na oniryczne, senne melodie doprawione charakterystycznym wokalem Kachy. Tym razem znajdziemy tutaj więcej akustycznej gitary aniżeli syntezatorów i około hip-hopowych rytmów. W zasadzie zespół podąża tą drogą już od jakiegoś czasu. Tak samo jak poprzedni album „Sanatorium„, tak i ten jest śpiewany w języku polskim. I uważam, że to to bardzo dobra koncepcja. Podoba mi się droga, jaką podążają. No i mam nadzieję, że przyjadą jeszcze do mnie na dzielnie nakręcić jakiś teledysk. Tak tylko wspomnę, że w teledysku do utworu „pierrot” jest sporo śląskich scenerii (zwłaszcza rodzinny Mikołów i sąsiedzki Chudów). Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Modest Mouse – An Eraser and a Maze. Jak dobrze słyszeć, że legendarni Modest Mouse są w dobrej formie. A trzeba przyznać, że nie była to rzecz oczywista. Oczywiście dla mnie zapisali się jako jeden z najlepszych indie rockowych bandów za sprawą albumów z przełomu lat 90 i 2000. Późniejsze ich krążki stały już na rożnym poziomie, ale zawsze dobrym poziomie. Nie mniej najnowszy materiał to rzecz najlepsza jaka im się przytrafiła od 2004 roku, kiedy to wydali „Good News for People Who Love Bad News„. Już otwierający całość „Picking Dragons’ Pockets” zdradza dość energiczne i przebojowe oblicze zespołu. Podobne mam odczucia co do singla „Life’s a Dream„, gdzie bardzo ładnie brzmią gitary. Trochę szkoda, że wspominam o tej płycie w takiej zbiorówce, ale tak pokrótce jeszcze wspomnę, że świetny jest utwór „Third Side of the Moon„. Z kolei „Speaks’N Spell (Or Not)” brzmi jak ich utwory z lat 90 a „Absolutely Necessary Never” tak mi wszedł do głowy, że go już po dwóch odsłuchach nuciłem w aucie. Szkoda, że nie wszystkie legendarne indie rockowe kapele trzymają taki poziom. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Boards of Canada – Inferno. 13 lat. Dokładnie tyle minęło od wydania ostatniej płyty szkockiego duetu Boards of Canada. W ogóle, jak na grupę istniejącą już 40 lat to nie wydali za wiele muzyki. Mają w dorobku 5 albumów, z czego debiutowali dopiero w 1998 roku za sprawą „Music Has The Right to Children„. Dla porównania wspomniany wcześniej Lambchop istnieje cztery lata krócej, a albumów nagrał 17. No, ale nie liczy się ilość, a jakość. A ta jest wyborna, najnowszy album „Inferno” już zdążył wkupić się w łaski recenzentów i słuchaczy. Na metacritic osiągnął 85%, a wszystkie najpoważniejsze portale muzyczne nie szczędzą mu pochwał. I racja bo „Inferno” to kawał dobrego mięsiwa. Jest mrocznie, ponuro, wciągająco, filmowo. Co prawda piszę o tym albumie w kontekście minionego lata, ale to idealna muzyka na jesienny okres. Powrót z nowym materiałem to dobry moment na koncerty, w tej materii mocno liczę na TNMK lub Carbona. Bo to w końcu ich dziedzina. A tym czasem oceniam wysoko, bo jest to jednak z lepszych płyt jakich słuchałem w ostatnich miesiącach. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Hubert. – Się porobiło… Drugi album studyjny szczecińskiego rapera zbiera same pozytywne oceny. I nic dziwnego, bo w obecnej zalewie tandetnego hip-hopol Hubert pozostaje prawdziwy. Nie ma tutaj dyskotekowych podkładów, autotune’a i wielkiej listy gościnnych występów. Obserwuje Huberta od Taurona Nowa Muzyka 2024, kiedy to wystąpił w amfiteatrze. Mocno przypadła mi jego współpraca z Coals, którzy de facto jako jedyni pojawiają się na płycie jako występ gościnny. Gość ma ciekawą barwę głosu, dobre flow i opowiada sensowne, osobiste historie. Podkłady tak jak wspomniałem wcześniej nie urządzają nam dyskoteki, a bardziej uderzają w alternatywne tony. Brzmi to trochę jak stary, dobry Fisz Emade Tworzywo. Zaprawdę powiadam Wam, że właśnie takich raperów pamięta się po latach. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Dzień świstaka według Muse – recenzja „Will of the People”

Jeżeli wolą ludu jest by Muse pozostawało tym samym, pretensjonalnym, pompatycznym i zżynającym z innych bandem to OK. W końcu Bellamy obwieszcza nową płytę i nazywa ją wolą ludu. Jednak dla mnie to przestało być śmieszne już dawno temu. I po najnowszą płytę Brytyjczyków sięgnąłem z ciekawości i faktu, że jednak był to kiedyś mój ulubiony zespół.

I jest dokładnie tak jak myślałem, że będzie. Wieje tu nudą na kilometr. Bellamy nie ma już od dawna nowych pomysłów, a zespół zatrzymał się w 2009 roku. Co prawda to był dobry rok, ale bez przesady. Nie aż tak dobry by w nim zamieszkać na zawsze. „Will of the People” to zlepek wszystkiego tego co już Muse grało na różnych albumach. Chłopaki prochu nie wymyślili, a postanowili wrzucić tu szczyptę parodiowania Queen z „The Resistance„, odjazdy w muzykę klasyczną, metalowe wstawki czy też nutę melancholii za „Absolution„. Za grosz kreatywności. Może to i dobre rozwiązanie, bo każdy fan Muse może być nieco zadowolony. Z tym, że ja nie jestem. A może po prostu już dawno temu wyrosłem z Muse?

Generalnie najbardziej się utożsamiam z piosenką, a właściwie samym tytułem piosenki: „You make me feel like it’s halloween”. Po przesłuchaniu tego materiału dokładnie się czuje jakby to był jakiś koszmar…. Oczywiście pojawiło się parę sekund na tym materiale, których dałoby radę słuchać. Obiecujący początek „Verony” czy też bardziej metalowe momenty „Won’t Stand Down” czy też „Kill Or Be Killed„. Jednak nie zapowiada się bym wrócił do tego materiału, tak jak nie wracałem do jakiś ostatnich 3-4 płyt Muse. Z prostej przyczyny: zwyczajnie mi się nie chce. No, ale u Muse i tak będzie gitarka. Nowa płytka, teksty o teoriach spiskowych, kolejna pompatyczna trasa, DVD z koncertu… I tak tu się żyje powoli w tej Wielkiej Brytanii. A na koniec taki mały kwiatek:

„Will of the People” to płyta zdecydowanie inna niż pozostałe dzieła ekipy Matta Bellamy’ego, a jednocześnie doskonale znana fanom. Pozycja w swojej niespójności wręcz doskonale spójna. Czerpie bowiem ze wszystkich inspiracji, które napędzały różne albumy zespołu i łączy je w jeden krążek.

To jak to jest w końcu panie recenzencie? Inna niż pozostałe, czy dokładnie taka sama jak wszystko inne? Bo dla mnie tu nie ma absolutnie niczego innego, nowego. Ocena: 3/10.

Kiedyś to było – Jak wyglądało życie w 2007 roku.

Zapytacie pewnie skąd ten wyskok z 2007 rokiem? Otóż w dniu dzisiejszym mija dokładnie 15 lat odkąd na bloga wrzuciłem ten WPIS. Sporo wody w Wiśle od tego momentu upłynęło, a blog wciąż istnieje. Postanowiłem z tej okazji wrócić do pamiętnego 2007 i nieco go przypomnieć dla młodszych pokoleń jak to się kiedyś żyło przed Tik-Tokiem, covidem i Robertem Lewandowskim w gazie.

Na początek małe wspomnienie moich wyczynów pisarskich. Nie będę ukrywał, że tworząc bloga miałem ledwo skończone 18 lat i nie wiele wiedziałem (w zasadzie nic nie wiedziałem) o dziennikarstwie muzycznym. Dlatego też moje pierwsze recenzje wyglądały jak jakieś notatki z wikipedi. Generalnie początkowe treści skupiały się na moich zainteresowaniach z tamtego czasu, czyli indie rocku, Milanie i filme. Blog miał formę encyklopedii, która miała za zadanie przybliżać sylwetki moich ulubionych kapel takich jak: Muse, The Killers, Bloc Party czy też Franz Ferdinand. Dopiero w latach 2008-09 nauczyłem się nieco lepiej opisywać swoje muzyczne odczucia i miałem nawet w planie poprawę starych treści, których się wstydziłem. Na szczęście tego nie zrobiłem, gdyż zdałem sobie sprawę, że to piękny wehikuł czasu, dzięki któremu mogę wejść do swojej głowy w czasach licealnych.

Zainteresowanie moimi treściami początkowo było nijakie, do momentu opublikowania pamiętnej notatki EMO. Nie wiem czy wszyscy to pamiętają, ale w tamtym czasie modnie było nosić się na tzw. EMO. Temat ten był o tyle głośny, gdyż nie wiązał się wyłącznie z modą, ale także z emocjonalnymi zachowaniami jak popadanie w depresje czy podcinanie żył. W zasadzie swoim wpisem nie odkryłem ameryki, jednak przyciągnął każdego poszukującego w wyszukiwarce słowa „emo”. Do tej pory to wpis, który jest w czołówce wyświetleń na blogu.

Rok 2007 to także moja pierwsza wizyta na festiwalu muzycznym. W tamtym czasie wybrałem się na Openera do Gdyni, gdzie grały moje ulubione zespoły z tamtego okresu, takie jak: Muse, Bloc Party, Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach czy też Beastie Boys. Całość niezgrabnie opisałem w swojej relacji, którą możecie przeczytać TUTAJ. Jak przystało na blog kulturalny zrobiłem także pierwsze podsumowanie, które wyglądało niczym jak rozdanie jakiś tandetnych nagród pokroju MTV czy Brit Award… Dziś bym umieścił tam zupełnie inne longplaye… Listę wstydu możecie zobaczyć TUTAJ.

Przejdźmy teraz do roku 2007. 15 lat temu Mata miał 7 lat i dopiero co nauczył się wiązać sznurowadła (albo nie?), Ariana Grande miała 14 lat i za umawianie się z nią groził prokurator a jej rówieśnikowi Dawidowi Podsiadło zaczął kiełkować pierwszy wąsik. W mainstreamie rządził Timbaland, którego hiciory leciały na każdej imprezie. Pamięta ktoś jeszcze „Give It To Me„, „The Way I Are” albo „Apologize” nagrane z OneRepublic? Najlepiej sprzedawała się Avril Lavigne i jej album „The Best Damn Thing„, której recenzja (przepisana z internetu) ukazała się w gazetce szkolnej mojego liceum, i w efekcie tego wywołało liczne niezadowolenia u czytelników 🙂 Oko chłopaków cieszyła Fergie, która rozpoczęła karierę solowo. Dziewczyny natomiast w tym czasie marzyły o umówieniu się z członkami Maroon 5 czy też Justinem Timberlakiem. Na polskiej scenie muzycznej rządziła Gosia Andrzejewicz, Doda i świeży debiutant Feel. Oczywiście ukazało się wtedy także całkiem sporo dobrej muzyki. Takie płyty jak: „Friend And Foe” Menomeny, „Untrue” Buriala, „Hissing Fauna, Are You the Destroyer?” of Montreal, „Terroromans” Much, „Strawberry Jam” Animal Collective czy też „Sound of Silver” LCD Soundsystem świadczą, że muzycznie to był bardzo dobry i owocny rok. Warto także wspomnieć, że Radiohead jako pierwszy zespół postanowił udostępnić swój nowy album „In Rainbows” w internecie nie narzucając ceny. Nową płytę radiogłowych można było ściągnąć za darmo, jak i za dowolną wpisaną kwotę.

A co tam działo się na dużym i małym ekranie? W kinach grali kolejne części Piratów z Karaibów, Harry’ego Pottera i Shreka. Tobey Maguire był w tym czasie Spidermanem a Pixar wypuścił „Ratatuj„. Ukazał się też w tym czasie takie klasyki jak: „There Will Be Blood„, „No Country for Old Men„, „The Host” czy też „Zodiac„. Netflix co prawda istniał już od 10 lat, jednak seriale wówczas oglądało się w telewizji bądź ściągało się je z torrentów. Pamiętacie takie tytuły jak: „Zagubieni„, „Heroes„, „Californication„, „Dr House” czy też „Dexter„? To były gorące seriale tamtego czasu. Co więcej w 2007 roku rozpoczęła się transmisja „Teorii Wielkiego Podrywu” oraz „Mad Mena„, natomiast zakończył się serial „Rodzina Soprano„.

W 2007 roku w Europie ukazała się konsola PlayStation 3. W tym czasie grano w takie gierki jak: „Call of Duty 4„, „FIFA 2008„, „PES 2008„, „Assassin’s Creed” czy też „GTA: Vice City Stories„. Ja osobiście w tym czasie najwięcej czasu poświęcałem niezmordowanemu FM-owi, gdzie głównie grałem Milanem lub drużynami z polskiej ligi.

A co tam w sporcie się działo? Robert Lewandowski klepał biedę w Zniczu Pruszków, Kylian Mbappe miał 9 lat i naklejał plakaty Ronaldo na ścianę a Messi rozegrał dopiero pierwszy sezon, jako podstawowy zawodnik Barcelony. W tamtym czasie rządził mój, piękny Milan z Kaką, Pirlo, Seedorfem, Nestą i Maldinim w składzie. Wygrali wówczas Ligę Mistrzów, Superpuchar Europy oraz Klubowe MŚ. W Ekstraklasie mistrzem zostało Zagłębie Lubin wyprzedzając GKS Bełchatów o jeden punkt. W tym roku przyznano Polsce i Ukrainie organizacje EURO 2012. Z innych dziecin sportu to: Adam Małysz zdobył swój czwarty i ostatni Puchar Świata w skokach narciarskich, W NBA wygrali San Antonio Spurs a najlepiej punktującym zawodnikiem był śp. Kobe Bryant.

A tak ogólnie co tam się działo w 2007 roku? To był fajny rok, pomijając fakt, że Premierem Polski był Jarosław Kaczyński… Dla mnie był to czas zmian za sprawą wejścia w pełnoletność. Szybko zdobyty dowód niestety nigdy nie został użyty do udowodnienia legalności zakupu alkoholu. Nie mniej od tego czasu z większą pewnością siebie urzędowałem w mikołowskich pubach. Co więcej w tym czasie rozpocząłem także kurs na prawo jazdy, które udało się zdobyć wraz z początkiem 2008 roku.

Nie było jeszcze w Polsce Facebooka, Twittera, TikToka, Instagrama. Istniały jednak już portale społecznościowe. Pamięta ktoś jeszcze Naszą Klasę? To był polski facebook, który w okolicach godzin wieczornych z powodu przeładowania ładował się niemiłosiernie długo… Funkcje Instagrama spełniał serwis Fotka.pl. Natomiast wymiana poglądów odbywała się na różnorakich forach, a do komunikacji służyło nieodżałowane Gadu-Gadu. Z zagranicznych social mediów prym wiódł MySpace oraz Last.fm, który pozwalał odkrywać nową muzykę. Mocno rozbudowana była blogosfera, stąd też pomysł na powstanie Paweuu Alternativ Blog. Od tego momentu mija 15 lat i wciąż mam energię i pomysły na nowe wpisy. Mam nadzieję, że spotkamy się tutaj ponownie za parę lat i powspominamy stare czasy. Zachęcam do wpisywania w komentarzach swoich wspominek z tego czasu. Wiem, że teraz ciężko z czytaniem czegokolwiek dłuższego w necie i pisanie komentarzy poza fb, ale liczę, że trafi się tutaj parę ciekawych spostrzeżeń 🙂