Lata 80., synth-pop i… wilkołaki – recenzja „Simulation Theory” Muse

Nastał w końcu ten czas, kiedy Matthew Bellamy ze spółką powiedzieli sobie „pieprzyć ten nadęty prog rock, nagrajmy coś lajtowego”. Jak powiedzieli – tak zrobili. Nagrali najbardziej popowy album w swojej dyskografii, który nie jest po raz pierwszy księgą objawioną tylko albumem, który można odbierać w czysto rozrywkowym kontekście. Co więcej udzieliła im się retromania i zrobili to w konwencji lat 80. Szkoda tylko, że zrobili to o jakieś 3 lata za późno.

Powiedzmy to sobie szczerze – Fajnie, że poszli w tym kierunku i że cover płyty wygląda jak plakat filmowy (W końcu zrobił go koleś odpowiedzialny za plakaty do serialu „Stranger Things„). Jednak nie robi to już takiego wrażenia, jeżeli się widziało „King Fury” i masę tego typu podobnych rzeczy. Natomiast muzyczne nawiązania do tej złotej epoki obciachu też już nie mają takiej siły rażenia. Przecież obecnie wszyscy nawiązują do kolorowych lat 90, a i pomału widać, że do łask wracają lata ’00.

Ok, Muse wywarzają otwarte drzwi, ale i tak miło, że chcą wejść do tego pokoju a nie tego obok opisanego „Najlepszy i jedyny słuszny rockowy band na Świecie”. Ostatnie ich dwie płyty były straszne. Zabawy z dubstepem na „The 2nd Law” nie są już nawet śmieszne, a „Drones” to był szczyt nadętości, który całkiem sprawnie przeszedł w autoparodie. Zespół w końcu wpuścił trochę świeżego powietrza do swoich utworów i pójść w stronę popu. Dlatego też „Simulation Theory” zbiera całkiem przyzwoite oceny, pomimo tego, że nie jest to wybitna i odkrywcza płyta.

Otwierający całość „Alogrithm” nie zapowiada w pełni zmian jakie zaszły w zespole. Utwór ten brzmi podejrzanie znajomo i jest mocno przewidywalny w technikach jakie stosuje Bellamy. Smyczki i fortepiany? Było tego już aż nadto u Muse. Kolejny „The Dark Side” to już nowa, popowa twarz grupy. „Pressure” pomimo, że nie bawi się z elektroniką jak dwa poprzednie utwory to przyjemny, gitarowy pop skierowany do fanów, którzy naciskają na grupę by wrócili do starego grania z okresu „Origin of Symmetry„. Bellamy jasno daje do zrozumienia by na niego nie naciskać, ale i tak serwuje na płycie trochę starego Muse. I trzeba to głośno powiedzieć, że to najsłabsze momenty płyty. „Blockades” jest tego najlepszym przykładem. Niektórzy też w tym przypadku wymieniają „Thought Contagion„, jednak dla mnie to całkiem spoko utwór (Chyba jestem sentymentalny).

By udowodnić, że zabawa z popem to nie przelewki Muse do współpracy zaprosili Timbalanda. „Propaganda” to efekt ich współpracy, który nie jest singlem roku. Ba, pewnie nie znalazłby się nawet top100 tego roku, ale jest to z pewnością jeden z lepszych momentów na płycie. Moim osobistym faworytem jest „The Void„, który ładnie bawi się z elektroniką. Taki Muse mogę i chcę słuchać. „Dig Down” i „Something Human” udowadniają, że single to mocna strona anglików.

Jednak pomimo tylu zmian jakie zaszły w grupie, jedna rzecz pozostała ta sama. TEORIE SPISKOWE. Bellamy przeszmugluje do każdej piosenki, płyty a nawet całej trasy całą gamę mniej lub bardziej śmiesznych teorii. Tym razem mamy do czynienia z hipotezą symulacji, której temat w zasadzie w pełni wyczerpała trylogia „Matrixa„. Jednak Bellamy musiał to zrobić. Tak jak mokrzy złodzieje z „Kevina samego w domu” musieli odkręcać wodę w zlewie, tak wokalista Muse musi zawrzeć w swoich tekstach odniesienia do teorii spiskowych. Problem w tym, że zawsze wolałem odcinki „Z Archiwum X” z potworami aniżeli z teoriami spiskowymi o kosmitach. Dlatego też wolę teledyski Muse z wilkołakami, aniżeli z tymi wszystkim hipotezami o symulacji. Ocena: 6/10.

 

Jak wyrywać laski na gust muzyczny? Krótki poradnik dla amatorów.

Ok, sprawa jest nieco delikatna i nie łatwa. Zapewne wielu z Was spędza wieczory samotnie zasłuchując smętów w stylu Thurstona Moore’a albo Swans, a przy odrobinie alkoholu i zapomnienia porywa na kołysanie głową przy Gangu Albanii. Znajomi mają Was za freaków a rodzice nie traktują poważnie. I te odwieczne pytanie babci: „Kiedy przyprowadzisz jaką dziewczynę? Taki fajny chłopak”. Nie jest dobrze. A nawet powiedziałbym, że jest źle. Bez obaw, wujek Paweuu Wam pomoże! Jak wyrwać laskę na gust muzyczny? O tym poniżej.

Zacznijmy od tego, że bardzo trudno jest zaimponować dziewczynie gustem muzycznym. Bo co to w ogóle jest? Słuchasz dobrej muzyki, wielkie mi coś. Pokaż lepiej ile zarabiasz i czym jeździsz! No, ale załóżmy, że jedyna zajebista rzecz jaką posiadacie to właśnie gust muzyczny.

Wybór celu.

Na początku należy odpowiednio wybrać swój cel ataku miłosnego. Starszej kobiecie, po rozwodzie z dzieckiem raczej nie zaimponujecie tym, że byliście dwa razy na koncercie Sonic Youth, w tym jednym w Berlinie. Także większość blond bogiń was wyśmieje, jak usłyszą od was takie nazwy jak: Bon Iver, Phoenix czy też Grizzly Bear. A ruda, która tańczy jak szalona? Dla niej istniej  tylko disco, którego pewnie nie słuchacie na co dzień. Prawda? Postarajcie się odpowiednio wyselekcjonować kandydatkę. Z doświadczenia wiem, że gustem muzycznym bardziej zaimponujesz licealistce lub studentce aniżeli kobiecie pracującej na poważnym stanowisku w banku. No, ale mogę się mylić. Wyczujcie podczas rozmowy czy jara się line-upem tegorocznego OFFa, słucha muzyki na spotify i czy ma konto na Last.Fm. Jeżeli nie wyłapiecie tego, nie brnijcie dalej. To nie ma sensu.

Zachowanie umiaru.

Gdy znajdziecie już swój cel, to nie przechodźcie do ofensywy totalnej niczym Milan z epoki Van Bastena. Nie opowiadajcie podjarani o wszystkich koncertach z Offa 2011 ani albumach synth popowych z 2013 roku. Postarajcie się wsłuchać co ma do powiedzenia druga osoba, a odpowiednie karty wykładajcie na stół z czasem. „Za miesiąc gra w Warszawie Moderat? Widziałem dwa razy, opowiadałem Ci?„. Pamiętajcie o tym, że gustem muzycznym można imponować do momentu. Dlatego zachowanie odpowiedniego umiaru jest ważne, by nie wyjść na totalnego świra. Pokażcie, że robicie też inne rzeczy, a muzyka to Wasz zajebisty dodatek.

Urozmaicenie.

Jesteście wiernymi fanami Radiohead? Pokażcie, że od czasu do czasu słuchacie bardziej mainstreamowe rzeczy jak Coldplay czy Katy Perry. Nawet Britney Spears nie podpadnie. W zasadzie nic nie podpadnie, jeżeli będziecie umieli się obronić. Pamiętajcie, że dobry gust muzyczny to szeroki wachlarz muzyczny. Nawet w krytykowanym disco można znaleźć pozytywne brzmienia. Nie bójmy się ich!

Dodatki.

Noszenie opasek z festiwali pół roku po wydarzeniu jest faux-pas. Zdejmujcie od razu, pokażcie, że w między czasie robiliście równie zajebiste rzeczy (chociaż pewnie tak nie było). Także zajrzyjcie do swojej garderoby. Koszulki z zespołami są spoko, o ile nie chodzicie w nich cały czas. Jeżeli codziennie rano ubierasz przetarty t-shirt z logiem Joy Division, to musisz koniecznie to zmienić. Nie oblepiajcie się też cali w przypinki i przyszywki. Ja wiem, że Beatlesi i Stonsi wnieśli bardzo wiele, a jest jeszcze Bowie i Dylan. I, że każdego szkoda, ale musicie z czegoś zrezygnować!

Nie krytykuj.

Zapewne jedyny słuszny gust muzyczny to Wasz. Opanujcie się z krytyką jak usłyszycie pochlebne opinie na temat Chainsmokers czy też nowych płyt Muse. Nie wyśmiewajcie się z tego, że kiedyś była na Woodstocku. Każdy w życiu popełnia błędy, ale też trzeba akceptować ludzi. Z resztą jeżeli Waszą jedyną pozytywną cechą jest gust muzyczny… to wiecie sami.

Zwierzęta.

Dziewczyny kochają zwierzęta. Teraz wyobraźcie sobie taką kombinacje – macie kota o imieniu Pixies albo psa, którego wołacie Ringo. Miękkie nogi gwarantowane. A teraz marsz do zoologicznego bądź schroniska!

Imprezka!

Ostatnia rada, która przyszła mi do głowy. Jako muzyczne nerdy nie zamykajcie się na ludzi. Pokażcie, że macie wielu znajomych z którymi się spotkacie. Dziewczyny lubią być w centrum zainteresowania. Zorganizuj więc imprezkę z ciekawymi ludźmi i jeszcze lepszą muzyką.

Ok, młode wygłodniałe wilki, ruszajcie w miacho! Te rady, jakimś cudem mogą Wam pomóc. Jednak nie gwarantuje tego, bo sam jestem amatorem w tej dziedzinie. Jeżeli jednak komuś się uda, to pochwalcie się w komentarzach. Kto wie, może zmienię branże i zostanę osobistym coachem?

Playlista do biegania

running-picParę lat temu stworzyłem na łamach bloga listę 10 piosenek, idealnie motywujących do biegania i ćwiczeń. I był to strzał w dziesiątkę, jeżeli chodzi o klikanie. Jednakże z perspektywy czasu, nie mam pewności, czy ów lista to rzeczywiście dobre piosenki do biegania. Aktualizuje sprawę, i liczę na to, że i w tym przypadku kliknięcia będą się zgadzać.

Bill Conti – Gonna Fly Now. Playlistę rozpoczynam z dużego kopyta. Z własnego doświadczenia wiem, że najgorzej jest się zmobilizować i zacząć. A moim zdaniem, nie ma nic bardziej mobilizującego do biegania (czy tam ćwiczeń) jak soundtrack Billa Contiego do filmy „Rocky„. Zawsze, po każdym seansie tego filmu nabieram ogromną chęć do fizycznego wysiłku. Myślę, że na każdego to działa.

Posłuchaj

Fatboy Slim – The Rockerfeller Skank. W sumie to nie wiem, czy ten utwór lepiej pasuje do biegania, czy też jazdy samochodem. Jednak był w soundtracku do Fify ’99, a piłka nożna to głównie bieganie, prawda?

Posłuchaj

Arctic Monkeys – Brianstorm. Oj przy tym kawałku można zasuwać. Szybkie tempo nadawane przez perkusje nie pozwoli nam zwolnić. Swoją drogą, pamiętam, że do tego kawałka też nieźle się skakało w Dance Revolution.

Posłuchaj

Yeasayer – Madder Red. Amerykanie z Yeasayer również potrafią podyktować odpowiednie tempo. Sprawdzone przez stronę jog.fm

Posłuchaj

The Prodigy – Smack My Bitch Up. W sumie to klasyk jeżeli chodzi o jogging na wysokich obrotach.

Posłuchaj

Queen – Don’t Stop Me Now. Tak jak w tytule, przy tym klasycznym utworze Brytyjczyków, nikt was nie zatrzyma.

Posłuchaj

Arcade Fire – Ready To Start. Pomimo tego, że Kanadyjczycy z Arcade Fire nie grają już tak fajnie jak kiedyś, to mają w swoim repertuarze energiczne kawałki, które spokojnie mogą nam posłużyć jako muzyczne tło do biegania.

Posłuchaj

CHVRCHES – Lungs. Szczypta elektronicznego indie-popu w sam raz na bieganie przy zachodzącym słońcu.

Posłuchaj

The Black Keys – Fever. Chłopaki z Black Keys robią przyjemną i energiczną muzykę. Myślę, że „Fever” rozrusza niejednego leniuszka.

Posłuchaj

Muse – Assassin. Na koniec proponuje trochę metalowych zapędów od Muse. Ciężkie gitary i naparzająca perkusja nie powinny wam pozwolić na chwilę wytchnienia. Jeżeli nie jesteście fanami Brytyjczyków – wyobraźcie sobie, że uciekacie przed hordą nastoletnich fanek Bellamy’ego. Równie dobrze podziała na mobilizację podczas biegu.

Posłuchaj

A jakie Wy polecacie kawałki do biegania? Czekam na Wasze komentarze!