Muzyka końca lata – Przegląd płyt z trzeciego kwartału roku. Część I

Nie wiem jak Wam, ale mi to lat strasznie szybko przeleciało. I przyznaje, że było bardzo intensywnie. Sam jestem sobie dziwień, że od początku roku napierdalam na takich obrotach i mam jeszcze trochę czasu, by coś tutaj napisać. Zbliża się jesień, dlatego wróćmy na chwilę do muzyki, której słuchałem w ostatnich ciepłych miesiącach. Nazbierało się tych płyt, dlatego postanowiłem przegląd podzielić na dwie części.

Lex Walton – ULTIMATE LOVE FOREVER. Na początek nowość ze stajni dobrze znanej i kultowej wytwórni Sub Pop. Mowa o piosenkarce, autorce tekstów, aktorce i reżyserce w jednej postaci – Pani Lex Walton. Jej debiutancki krążek „ULTIMATE LOVE FOREVER” to bezkompromisowy, energiczny i odważny materiał, na który składa się 7 utworów. Łączny czas to 19 minut czystego połączenia lo-fi i power popu. To zabrzmi może dziwnie, ale głoś Pani Walton jest tak specyficzny, że na początku myślałem, że słucham faceta! Wierzcie mi lub nie, ale o niej będzie jeszcze głośno. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Dinosaur Jr – There Near. Mamy 2026, czy 1987 rok? Bo po przesłuchaniu „There Near” nie jestem pewien. 13 w dorobku album tych indie rockowych legend brzmi dokładnie tak samo jak chłopaki brzmieli 40 lat temu. Wydany 28 sierpnia album to jedenaście energicznych utworów, które od pierwszych brzmień otwierającego całość „Several Got Away” dają kopa. J Macis, Lou Barlow oraz Murph nie pierdzielą się w tańcu, nie biorą jeńców, nie bawią się w ą i ę. Po prostu robią to co robią najlepiej od młodzieńczych lat. A, że wiek to tylko liczba nie udowadnia nikt lepiej niż Dinosaur Jr. Czasami dobrze jest słyszeć, że u kogoś jest po staremu. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Lambchop – Punching the Clown. 17 album legendy alternatywnego country to dobry moment by wspomnieć o grupie Lambchop na blogu. Przyznam szczerze, że temat country nie jest mi wybitnie bliski. Wiem, że amerykanie uwielbiają ten typ muzyki. Zwłaszcza Pitchfork lubi doceniać na swoich listach podsumowujących dość przeciętne albumy z tego gatunku. „Punching the Clown” jednak przypadł mi do gustu. To zwarty i mocno melancholijny materiał. Nie potrafię odnieść tej płyty do pozostałej twórczości Pana Kurta Wagnera, gdyż przyznaje, że nie słuchałem pozostałych szesnastu albumów Lambchop. Mogę Wam jednak powiedzieć, że jeżeli podobał Wam się Bon Iver z okresu „For Emma, Forever Ago” to ten krążek przypadnie Wam do gustu. Gość przy akompaniamencie gitary potrafi wzruszyć. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Charli XCX – Music, Fashion, Film. No proszę, Brytyjska wokalistka Charlotte Emma Aitchison po wydaniu kapitalnie przyjętego albumu „Brat” nie traci mocy i po raz kolejny zadziwia. Jej najnowszy krążek to koncept-album, który ma być hołdem dla sztuki, która składa się z muzyki, mody i filmu (Tak jak w tytule). Na okładce płyty widzimy, Johna Cale’a z The Velvet Underground, projektanta mody Marca Jacobsa oraz reżysera filmowego Martina Scorsese. Na samej płycie jest oczywiście więcej tych odniesień, wspomnę tylko, że w ostatnim utworze pojawia się nazwisko innego legendarnego reżysera Davida Cronenberga a w teledysku do utworu „Camera” występuje Vincent Cassel. Muzycznie „MFF” odbiega znacznie od ostatniego „Brat”. Jest bardziej rockowo, chropowato i gitarowo. A to już duże odejście od tanecznego, elektronicznego popu jakim był poprzedni krążek z jasnozieloną okładką. Pomimo tego 90’s-owego vibe’u artystka nie zatraciła swoich charakterystycznych cech i słyszymy, że mamy do czynienia z Charli XCX. Osobiście wolę Brytyjkę w tym wydaniu, i jest to dla mnie jej najlepsza płyta od… nie wiem debiutu? Wszystkie były dobre i każda była inna, dlatego ciężko wskazać. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Muse – The Wow! Signal. Wyżej przy okazji pisania recenzji albumu Dinosaur Jr wspomniałem, że czasami dobrze jest słyszeć, że u kogoś jest po staremu. Niestety, nie w przypadku Muse. Osobiście mam skomplikowaną relację z tym zespołem. Kiedyś, w czasach licealnych ich wielbiłem. Jednak z wiekiem i kolejnymi ich „dziełami” mój entuzjazm do angielskiego bandu gasł. Ostatnie ich albumy były tragicznie słabe, jedynie „Simulation Theory” umiarkowanie mi się podobał, ze względu, na zajawkę latami 80 i tym, że płynął na fali sukcesu takich rzeczy jak np. Stranger Things. A nowa płyta? Przekombinowana, drażniąca, nudna, kopia kopii, kopii, kopii itd. Po raz kolejny teorie spiskowe, kosmos, patos, epickość na siłę oraz szczypta popowości. Jedyną nowością jest występ gościnny Ellie Goulding. Więcej emocji dostarcza oglądanie talent show. Przesłuchałem dwa razy, nie wrócę już nigdy. Ocena: 4/10. Ciut lepiej niż ostatnio, ale i tak nie ma z czego się cieszyć.

Ocena: 2 na 5.

Death Cab for Cutie – I Built You a Tower. Nie jestem pewien, czy wspominałem kiedykolwiek na blogu o tym zespole. A właściwym byłoby wspomnieć, bo jest to już niemal żyjąca legenda indie rocka jak Modest Mouse. Początkowo był to solowy projekt Ben Gibbarda, który z czasem przerodził się w pełnoprawny band. Początki datuje się na 1997 rok, a debiutancki krążek pojawił się rok później. Do tej pory wydali ich jedenaście, a najnowszy ukazał się 5 czerwca 2026 roku. Przyznam szczerze, że przed odsłuchem „I Built You a Tower” nie miałem wielkich oczekiwań. Przeważnie zespoły na tym etapie kariery odcinają już kupony od kariery. Jeszcze nikt na etapie jedenastej płyty prochu nie wymyślił. I trochę się do tego przyzwyczaiłem, gdyż głównie z nowości wydawniczych słucham kolejną płytę zespołu, który znam od młodości. Oczywiście nowości też wpadają, ale przyznaje, że największe doświadczenie mam w indie rockowych bandach z lat 2000. Wracając jednak do najnowszej pozycji Death Cab For Cutie. Okazało się, że Ben Gibbard i chłopaki wciąż potrafią zaskoczyć. Ich najnowszy krążek to przede wszystkim świetne, emocjonalne, życiowe teksty oraz kapitalne, gitarowe melodie. W ogóle nie słychać na tej płycie, że goście są w okolicach pięćdziesiątki. Grają i śpiewają jak młodzieńcy, którzy dopiero co skończyli szkołę. Te jedenaście utworów (38 minut) bardzo dobrze wchodzi i pokazuje, że indie rock wciąż ma wiele do przekazania. Zwłaszcza, gdy o jego sile stanowią świetne teksty. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Coals – Magia. Czwarty album studyjny w dorobku Coals, to materiał najmniej singlowy i jednocześnie najbardziej spójny. Duet: Katarzyna Kowalczyk i Łukasz Rozmysłowski postawili na oniryczne, senne melodie doprawione charakterystycznym wokalem Kachy. Tym razem znajdziemy tutaj więcej akustycznej gitary aniżeli syntezatorów i około hip-hopowych rytmów. W zasadzie zespół podąża tą drogą już od jakiegoś czasu. Tak samo jak poprzedni album „Sanatorium„, tak i ten jest śpiewany w języku polskim. I uważam, że to to bardzo dobra koncepcja. Podoba mi się droga, jaką podążają. No i mam nadzieję, że przyjadą jeszcze do mnie na dzielnie nakręcić jakiś teledysk. Tak tylko wspomnę, że w teledysku do utworu „pierrot” jest sporo śląskich scenerii (zwłaszcza rodzinny Mikołów i sąsiedzki Chudów). Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Modest Mouse – An Eraser and a Maze. Jak dobrze słyszeć, że legendarni Modest Mouse są w dobrej formie. A trzeba przyznać, że nie była to rzecz oczywista. Oczywiście dla mnie zapisali się jako jeden z najlepszych indie rockowych bandów za sprawą albumów z przełomu lat 90 i 2000. Późniejsze ich krążki stały już na rożnym poziomie, ale zawsze dobrym poziomie. Nie mniej najnowszy materiał to rzecz najlepsza jaka im się przytrafiła od 2004 roku, kiedy to wydali „Good News for People Who Love Bad News„. Już otwierający całość „Picking Dragons’ Pockets” zdradza dość energiczne i przebojowe oblicze zespołu. Podobne mam odczucia co do singla „Life’s a Dream„, gdzie bardzo ładnie brzmią gitary. Trochę szkoda, że wspominam o tej płycie w takiej zbiorówce, ale tak pokrótce jeszcze wspomnę, że świetny jest utwór „Third Side of the Moon„. Z kolei „Speaks’N Spell (Or Not)” brzmi jak ich utwory z lat 90 a „Absolutely Necessary Never” tak mi wszedł do głowy, że go już po dwóch odsłuchach nuciłem w aucie. Szkoda, że nie wszystkie legendarne indie rockowe kapele trzymają taki poziom. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Boards of Canada – Inferno. 13 lat. Dokładnie tyle minęło od wydania ostatniej płyty szkockiego duetu Boards of Canada. W ogóle, jak na grupę istniejącą już 40 lat to nie wydali za wiele muzyki. Mają w dorobku 5 albumów, z czego debiutowali dopiero w 1998 roku za sprawą „Music Has The Right to Children„. Dla porównania wspomniany wcześniej Lambchop istnieje cztery lata krócej, a albumów nagrał 17. No, ale nie liczy się ilość, a jakość. A ta jest wyborna, najnowszy album „Inferno” już zdążył wkupić się w łaski recenzentów i słuchaczy. Na metacritic osiągnął 85%, a wszystkie najpoważniejsze portale muzyczne nie szczędzą mu pochwał. I racja bo „Inferno” to kawał dobrego mięsiwa. Jest mrocznie, ponuro, wciągająco, filmowo. Co prawda piszę o tym albumie w kontekście minionego lata, ale to idealna muzyka na jesienny okres. Powrót z nowym materiałem to dobry moment na koncerty, w tej materii mocno liczę na TNMK lub Carbona. Bo to w końcu ich dziedzina. A tym czasem oceniam wysoko, bo jest to jednak z lepszych płyt jakich słuchałem w ostatnich miesiącach. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Hubert. – Się porobiło… Drugi album studyjny szczecińskiego rapera zbiera same pozytywne oceny. I nic dziwnego, bo w obecnej zalewie tandetnego hip-hopol Hubert pozostaje prawdziwy. Nie ma tutaj dyskotekowych podkładów, autotune’a i wielkiej listy gościnnych występów. Obserwuje Huberta od Taurona Nowa Muzyka 2024, kiedy to wystąpił w amfiteatrze. Mocno przypadła mi jego współpraca z Coals, którzy de facto jako jedyni pojawiają się na płycie jako występ gościnny. Gość ma ciekawą barwę głosu, dobre flow i opowiada sensowne, osobiste historie. Podkłady tak jak wspomniałem wcześniej nie urządzają nam dyskoteki, a bardziej uderzają w alternatywne tony. Brzmi to trochę jak stary, dobry Fisz Emade Tworzywo. Zaprawdę powiadam Wam, że właśnie takich raperów pamięta się po latach. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Muzyczne zaległości z 2025

Klasycznie już o tej porze zamieszczam małe zestawienie wydawnictw o których nie zdążyłem napomknąć na łamach bloga, a myślę, że warto to zrobić. Miłej lektury, a niebawem na blogu podsumowanie muzyczne i wchodzimy na pełnej petardzie w rok 2026.

Dijon – Baby. „Baby” to drugi w dorobku album Diojna Duenasa. Amerykański wokalista to istny człowiek renesansu. Poza śpiewaniem zajmuje się muzyczną produkcją, aktorstwem, tworzeniem piosenek oraz jest multiinstrumentalistą. Debiutował w 2021 roku za sprawą „Absolutely„, jednak to za sprawą tegorocznego „Baby” rozbił bank. Pozytywne opinie w najważniejszych muzycznych serwisach z Pitchforkiem, NME oraz AllMusic na czele. A co najważniejsze odbiór publiczności także był wysoki, ocena 94/100 na metacritic nie wzięła się znikąd. Ten co prawda krótki materiał (Całość trwa trochę ponad 37 minut) to zestaw przejmujących i zapadających w pamięć utworów z pogranicza soulu, R&B oraz eksperymentalnego popu. „Baby” to muzyczny koktajl, który na myśl przywołuje takich artystów jak Bon Iver, Frank Ocean, Prince’a czy też D’Angelo. I w odniesieniu do ostatniego nazwiska jest to najbardziej znaczące, bo okazuje się, że po śmierci Micheale Archera mamy już jego godnego następce. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Oneohtrix Point Never – Tranquilizer. Stojący za tym projektem, pochodzący z Bostonu Daniel Lopatin jest dobrze znany polskiej publiczności związanej z muzyką elektroniczną. Oneohtrix Point Never występował podczas OFF Festiwalu, Tauronu Nowa Muzyka Katowice, festiwalu Unsound czy też Sacrum Profanum. Jako producent muzyczny współpracował z takimi artystami jak James Blake, Charli XCX, The Weekend, FKA Twigs czy też Iggy Pop. Na scenie muzycznej działa nieprzerwanie od 2007 roku, w tym czasie wydał 11 albumów studyjnych. Za jego najlepszy krążek uważa się wydany w 2011 roku album „Replica„, jednak tegoroczny „Tranquilizer” już teraz pojawia się w większości muzycznych list końcowych. I trudno się nie zgodzić, bo Daniel Lopatin, wciąż potrafi nas zaskoczyć swoją twórczością. „Tranquilizer” to album mocno równy, i pięknie eksplorujący ambient oraz muzykę elektroniczną. Słuchając jego czujemy się jakby nasz umysł podróżował w najprzeróżniejsze miejsca, a dźwięki klawiszy potrafią wprowadzić nas w stan relaksu. I to jest najważniejsze przy tym krążku, że jest to muzyka, która swoją ciekawością potrafi nas rozprężyć. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Geese – Getting Killed. Stojący za tym projektem Cameron Winter działa na scenie muzycznej od 2016 roku. W tym czasie Geese wydało cztery albumy długogrające. Jednak dopiero tegoroczny „Getting Killed” pozwolił zespołowi z Nowego Jorku wypłynąć na szerokie wody. Pojawił się na listach podsumowujących rok najważniejszych muzycznych serwisów, zyskał wiele pozytywnych recenzji od krytyków jak i publiczności, a także zaznaczył swoją obecność na listach sprzedażowych. Pierwsze skojarzenie przy słuchaniu Geese jest takie, że falset Camerona Wintera łudząco przypomina ten od Thome’a Yorke’a. Jest to z pewnością zaleta, ale także momentami może działać na niekorzyść. Jednak poza wokalem na „Getting Killed” muzyka także się broni. Ten trwający co jedna piłkarska połowa materiał to przede wszystkim muzyka gitarowa z pogranicza rocka alternatywnego, folku i indie rocka. Cameron Winter dużo inspiracji brał od muzycznych legend takich jak: Lou Reed, Tom Waits, Bob Dylan czy też Leonard Cohen. I to słychać na tym albumie, że nie stara się być nowoczesny, tylko wraca do starych, rockowych dziejów. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Bads Bunny – Debí Tirar Más Fotos. Urodzony w Portoryko Benito Antonio Martínez Ocasio to w ostatnim czasie głośne nazwisko. Zwłaszcza za Oceanem. Przyznam szczerze, że nie zdawałem sobie z tego sprawy, gdyż nie jestem na bieżąco z amerykańskim (a zwłaszcza tym latynoskim) mainstreamem. W każdym bądź razie nie zagłębiając się w szczegóły zły królik to celebryta za Oceanem, i z całą pewnością nie jest to żaden debiutant, gdyż „Debí Tirar Más Fotos” to już jego szósty album. Dlaczego o nim wspominam? Trochę z nakazu serwisów pokroju Pitchfork czy też AllMusic, jednak po sprawdzeniu tego albumu muszę przyznać, że ta muzyka się broni. Ci co śledzą mój blog, wiedzą, że piszę o różnorakich gatunkach muzycznych, jednak jeżeli chodzi o latino-trap jest to chyba mój debiut. Ta płyta jednak przypadła mi do gustu od pierwszego odsłuchu. Mieszanka trapu, r’n’b, salsy czy też reggeatonu brzmi tu niezwykle prawdziwie. I mimo, że to był najmroźniejszy grudzień do lat, to przy tym albumie czułem się jakby były wakacje pod palmą. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

ROSALIA – Lux. Nie porzucając latynoskich klimatów, pora poświęcić klika słów innej popularnej płycie zeszłego roku. Mowa o czwartym studyjnym albumie „Lux” w wykonaniu hiszpańskiej wokalistki Rosalii. Co tutaj dużo mówić? Album nagrany z ogromnym rozmachem. Wystarczy spojrzeć na listę osób, które brały udział przy tworzeniu tego albumu. Bjork, Pharrell Williams, Charlotte Gainsbourg, Daniel Wilson, The-Dream czy też Orkiestra Symfoniczna z Londynu. Album nagrywany w dziesięciu studiach muzycznych na obu kontynentach w dwunastu językach. Jednym zdaniem: „Mieli rozmach skur…„. Ale opłaciło się, bo album rozbił bank. Czołówka odtworzeń na Spotify, praktycznie wszędzie płyta roku i dużo rozgłosu w mediach… Nawet w tych polskich, za sprawą kręcenia teledysku w Warszawie do piosenki „Berghain„. A jakie są moje odczucia? Szczerze powiedziawszy, gdy pominie się tą całą otoczkę to są bardzo przeciętne. Nie wbił mi się w pamięć ten krążek, chyba jest jednak przerost formy nad treścią. Nie jest to też totalny niewypał, po prostu Rosalia mnie tutaj nie porwała. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Blood Orange – Essex Honey. Przyznam szczerze, że zapomniałem nieco o Brytyjskim artyście. Devonté Hynes ukrywający się pod szyldem Blood Orange ostatni swój longplay wydał w 2018 roku, czyli 7 lat temu. W obecnym świecie muzycznym jest to wieczność. Jednak warto było czekać, bo jego najnowszy, piąty w kolekcji długograj to album WYBITNY pod każdym względem. Przede wszystkim kompozycyjnym, gdzie każdy kolejny track skrada show. Trwający nieco ponad 46 minut „Essex Honey” to materiał poruszający się pomiędzy Alt Popem, jazzem a R’n’B. Jest Melancholinie, wręcz introwertycznie, retrospektywnie oraz intymnie. To duża zmiana w porównaniu do poprzednich płyt, gdzie Pan Hynes po prostu bawił się muzyką i kombinował z funkiem oraz soulem. Wrażenie robi bogata lista gości, gdzie znajdziemy takie nazwiska jak chociażby: Lorde, Caroline Polachek czy też Brendan Yates z zespołu Turnstile. Mam wrażenie, że to najlepszy materiał jaki nagrał Blood Orange do tej pory. Oczywiście cenię jego poprzednie dzieła, ale w tej odsłonie przemawia do mnie totalnie! Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Dystymia – Klatki. Pora na trochę lokalnego, despresyjnego grania gitarowego z Mikołowa. Dystymia to projekt muzyczny, który powstał w 2021 roku. Skład zespołu to Kamil Rykowski (wokal), Mateusz Palka (gitara), Patryk Brzęk (gitara basowa oraz wokal) oraz Paweł Jarczyk na bębnach. Po raz pierwszy o nich wspominałem w grudniu 2023 roku przy okazji wydania EP-ki „Wszystko zostało już powiedziane„. Wtedy urzekli mnie inspirowaniem się moim ukochanym Kombajnejm Do Zbierania Kur Po Wioskach. Na tegorocznej EP-ce „Klatki” już tych inspiracji nie słychać tak wyraźnie. Całość zaczyna energiczny „Sen jak każdy inny„, gdzie gitara przywołuje mi na myśl inny legendarny polski zespół – Muchy (Zwłaszcza z okresu wydania „Notorycznych Debiutantów”). W pozostałych utworach, zwłaszcza „M.A.” te skojarzenia dalej ze mną pozostają. Najmniej „muchowe” wydaje mi się jedynie „Dystymia„, która uderza w nieco inne tony. Nowością jest śpiewnie jednego, ostatniego utworu w języku angielskim. Jednak nie bez powodu jest to chyba ostatni utwór na tym krótkim wydawnictwie, „Ask yourself” jest bowiem jego najsłabszym ogniwem. Doceniam inspirowanie się śmietanką polskiego niezalgrania, jednak wciąż mi tutaj brakuje tego czegoś, swojego. Ale jak to mówią, szukajcie, a znajdziecie. Wydaje mi się, że jest to już coraz bliżej. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Klubowa twarz Kevina Parkera – recenzja albumu „Deadbeat” Tame Impala

Australijczyk Kevin Parker, który tworzy projekt Tame Impala wyrobił sobie już taką markę, że każda jego nowa płyta jest wydarzeniem w świecie muzyki. Na koncie ma już pięć wydawnictw, a maszyna ruszyła przy premierze drugiego krążka pt. „Lonerism„. Efektowny album w klimacie psychodelicznego rocka z lat 60, nadał muzyce gitarowej świeżości i polotu. Wydany trzy lata później „Currents” powtórzył ten sukces, a Parker ponownie znalazł się w czołówce muzycznych podsumowań roku 2015. Jednak już wtedy, dało się odczuć, że artysta zmierza w kierunku bardziej elektronicznym. Całkowitym tego dowodem było wydanie „The Slow Rush” w 2020 roku. Pomimo tego, że sprzedaż stała na wysokim poziomie to krążek został dość chłodno przyjęty, gdyż była to za duża zmiana dla fanów szukających gitarowych brzmień.

Podobnie ma się rzecz z tegorocznym „Deadbeat„. Kevin Parker ponownie eksploruje elektroniczne klimaty. Usłyszymy tutaj zarówno house’owe melodie, jak i elementy chillwave’u czy też ambientu. Poza singlowymi „Dracula” czy też „Loser” próżno tutaj czegoś co nawiązywałoby w jakikolwiek sposób do materiału z okresu „Lonerism„. Trochę szkoda, bo faktycznie tym najbardziej artysta przyciągał. Jednak rozumiem potrzebę nagrywania czegoś nowego i całkowicie to doceniam. Gdy nie patrzy się na ten krążek przez pryzmat wcześniejszych dokonań to okazuje się, że „Deadbeat” to całkiem dobry materiał.

Całość zaczyna nagrany w dość wolnym tempie „My Old Ways„. Jednak już na kolejnym „No Reply” dostajemy przedsmak tego, z czym będziemy się mierzyć podczas odsłuchu „Deadbeat„. Kolejne dwa singlowe „Dracula” i „Loser” to tak jak wspomniałem wcześniej jedyne kawałki, które nawiązują do wcześniej, gitarowej twórczości Australijczyka. Tanecznego vibe’u dostarcza „Not My World„, gdy z kolei „Piece of Heaven” przenosi nas do przełomu lat 80 i 90 za sprawą kapitalnego syntezatora. Podobny nastrój towarzyszy „Obsolete„, który sprawia, że lądujemy na jednej z gorących australijskich plaż. „Ethereal Connection” to już prawdziwy elektroniczny misz-masz, który pokazuje, że obecnie bliższa Parkerowi jest dj-ska konsoleta aniżeli gitary i perkusja. Album kończy się utworem o znamiennej nazwie „End of Summer„.

Kevin Parker nie ukrywa, że największy wpływ na proces twórczy miało jego życie osobiste. W czasie od wydania ostatniej płyty założył rodzinę i urodziła mu się dwójka dzieci. Być może to był ten moment, kiedy postanowił pójść drogą muzyki elektronicznej. „Deadbeat” udowadnia, że Austrijczyk potrafi się odnaleźć zarówno z gitarą jak i syntezatorem. Warto sprawdzić ten krążek, zwłaszcza, że artysta pojawi się niebawem na dwóch koncertach w Polsce. Konkretnie w gliwickiej PreZero Arenie. Póki co w środku zimnej i ciemnej zimy słucham „Deadbeat” i marzę o wakacjach pod palmą i kokosem. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.