Pomimo tego, że duet sióstr Sierra Rose „Rosie” i Bianca Leilani „Coco” Casady jest na rynku muzycznym już od ponad dwudziestu lat, to nigdy nie miałem okazji wspomnieć na blogu o jakimkolwiek wydawnictwie od amerykanek. A jest tego sporo. Debiutancki „La maison de mon rêve” ukazał się w 2004 roku. Przez wielu uznawany za najlepszy w dorobku album sióstr, jednak wydane rok później „Noah’s Ark” jest równie dobre. Kolejne płyty wychodziły dość systematycznie w odstępie od 3 do 5 lat. Ostatni krążek, przed wydaniem tegorocznego „Put the Shine On” ukazał się w 2020 roku. Do tej pory CocoRosie ma w dorobku osiem długograjów.
Pomówmy jednak trochę o tegorocznym „Little Death Wishes„. Przyznam się, że nie jestem na bieżąco z dyskografią CocoRosie dlatego ciężko mi porównać ten album do ostatnich wydawnictw. Dlatego skupie się całkowicie na swoich wrażeniach odnośnie najnowszej pozycji od siostrzanego duetu. Przede wszystkim najnowszy album CocoRosie to zestaw 12 piosenek poruszających się w indie-popie, trip-hopie i muzyce elektronicznej. Całość trwa blisko 43 minuty, które upływa nam niezauważenie. Mimo tego, że początek płyty jest niemrawy za sprawą „Wait For Me„, które nie narzuca zbyt szybkiego tempa. I w sumie dobrze, bo po co się śpieszyć? Następny w zestawieniu singlowe „Cut Stich Scar” dodaje nieco więcej energii, ale dalej pozostaje w poważnym klimacie.
Dobrą robotę robi „Yesterday” oparty na ciekawych trip-hopowych wstawkach. „Paper Boat” to z kolei kawałek, który nawiązuje do wczesnej twórczości dziewczyn. Nieco archaiczne syntezatory i dźwięki niczym nagrane z zabawek, są tylko tłem do monologów dziewczyn. Lubię ten utwór. Kolejny to balladowy „It Ain’t Easy” oraz nudnawy „Nothing But Garbage„. To najmniej ciekawy fragment „Little Death Wishes„. Na szczęście pojawia się „Least I Have You„, które jest jednym z najlepszych tracków na omawianej płycie. A zaraz po nim wchodzi kolejny banger jakim jest „Girl In Town„, gdzie swoją (całkiem udaną) zwrotkę ma nieco zapomniany w ostatnim czasie raper Chance The Rapper. „Pushing Daisies” to również świetna pozycja, pokazująca dobitnie ile tak na prawdę ten duet ma jeszcze słuchaczowi do zaoferowania. Całość kończy się równie niemrawo jak zaczyna za sprawą „Unbroken„.
Podsumowując, ósmy w dorobku długograj od CocoRosie to całkiem udana pozycja. Ma on swoje słabsze momenty, jednak takie utwory jak: „Girl In Town„, „Pushing Daisies” czy też „Least I Have You” wynagradzają nam w pełni te bardziej niemrawe i nudne fragmenty „Little Death Wishes„. Siostry Casady już niebawem zaprezentują nowy materiał podczas jubileuszowej XX edycji Tauron Nowa Muzyka Katowice. Jest niesamowicie ciekaw efektu na żywo. A póki co najnowszy krążek oceniam na: 7/10.
Rysy – 4GIVE. Trzeci w dorobku długograj od warszawskiego duetu Rysy to z pewnością nie lada gratka dla wszystkich fanów muzyki elektronicznej. Łukasz Stachurko oraz Wojciech Urbański ponownie poruszają się w klimatach trance, techno czy też acid-techno. Jest mniej przebojowo jak na ich ostatnim albumie „4GET„, ale nie oznacza, że gorzej. Ten album wpada w ucho. To 9 utworów, gdzie każdy ma coś do powiedzenia i każdy coś tutaj dla siebie znajdzie. Czekam na wersje live na Carbonie albo Tauronie. Ocena: 7/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 3.5 na 5.
Franz Ferdinand – The Human Fear. Co prawda z oryginalnego składu pozostał tylko wokalista Alex Kapranos oraz basista Bob Hardy, jednak brzmienie pozostało to samo. Franz Ferdinand grają wciąż te same indie rockowe ballady, co w 2005 roku. I z jednej strony jest to spoko, bo jeżeli jest się fanem tego grania to będzie ono wciąż nam pasowało. Ja jednak oczekiwałbym minimalnego rozwoju, a tego tutaj nie ma. Był moment w okolicach 2009 roku, gdy wydawało mi się, że Szkoci będą odważniej podchodzili do muzyki. „The Human Fear” jest jednak zaprzeczeniem tej tezy. Ten krążek brzmi jak żywcem wyciągnięty sprzed dwóch dekad. Ogólnie spoko, bo zawsze lubiłem Franz Ferdinand i nawet specjalnie na nich cisnąłem do Łodzi by w słuchać ich na łódzkim osiedlu w milionowym tłumie. Jednak zaraz po wyłączeniu, zapomina się o tym albumie. Ocena: 4/10.
⭐⭐
Ocena: 2 na 5.
Cameron Winter – Heavy Metal. Niech tytuł was nie zmyli. Nie jest to granie w stylu Slayera. Wręcz przeciwnie. To gitarowe brzdąkanie, z łamiącym się wokalem Pana Camerona Wintera. Płyta mocno hajpowana przez Pitchfork, w moim jednak odczuciu przesadnie. Dałem szansę kilkukrotnie wokaliście Geese w jego solowym debiucie. Nie są to jednak totalnie moje klimaty, wieje tutaj straszną nudą. Nie jest to też całkowity niewypał bo doceniam takie kompozycje jak: „Nausicaa (Love Will Be Revealed)” z fajnym soulowym vibe’em czy też sufjanowy „Love Takes Miles„. Może to wina wokalu Camerona Wintera, a może sam zamysł na materiał do mnie do końca nie przemawia? Nie wiem, i zbytnio mnie to nie obchodzi. Bo nie wszystko musi się nam podobać, prawda? Ocena: 4/10.
⭐⭐
Ocena: 2 na 5.
FKA Twigs – EUSEXUA. O Pani Tahliah Debrett Barnett pisałem na blogu wielokrotnie, i zawsze były to bardzo pozytywne opinie. W końcu w jej dyskografii nie ma słabych pozycji. Zaczynając od debiutanckiego „LP1” po ostatni mixtape „Caprisongs” wydany w 2022 roku. „EUSEXUA” to jej trzeci długograj i już od pierwszego, tytułowego utworu „Eusexua” otrzymujemy nietypowy miks elektronicznego transu z balladowym wokalem. Kolejny „Girl Feels Good” zabiera nas w przeszłość na przełom lat 90 i 2000, przywołując na myśl płyty Madonny z tamtego czasu. Ponadto jest tutaj sporo eksperymentowania z brzmieniem, wystarczy posłuchać takich utworów jak „Drums of Death” czy też „Sticky” by się o tym przekonać. To być może najmniej piosenkowa i popowa płyta artystki, ale podoba mi się droga, którą obrała. Połączenie elektroniki z jej charakterystycznym wokalem to idealna mieszanka. Ocena: 8/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
Ringo Starr – Look Up. Ringo Starr nie należał nigdy do gronach najbardziej wielbionych Beatlesów. I nic w tym dziwnego, gdy ma się przed sobą takich tuzów jak John Lennon, Paul McCartney czy George Harrison. I nawet w momencie, gdy pozostało ich już tylko dwóch to najnowsza płyta Ringo przeszła raczej bez większego echa. Nie jest to wydarzenie na miarę powrotu The Rolling Stones czy też nowej płyty Beyonce bądź innej gwiazdy pop/rock. Być może to z powodu tego, że Ringo wydaje swoje płyty dość systematycznie. Od rozpadu żuczków w 1970 roku wydał ich 21! Do tego trzeba dorzucić 6 Ep-ek, 2 albumy live, 8 albumów jako Ringo Starr & His All-Starr Band, oraz wiele innych kompilacji i kolaboracji. Koleś pomimo 84 lat na karku nie próżnuje i wciąż ma nowe pomysły na muzykę. „Look Up” w odróżnieniu od ostatniego rockowego „What’s My Name” zostało nagrane w rytmach country. I to brzmienie jak i ten kowbojski kapelusz całkowicie pasuje do eks-perkusisty The Beatles. Materiał składa się z 11 utworów, które słucha się sprawnie i dość przyjemnie. To 37 minut lekkiego, gitarowego grania i śpiewania o dawnych miłościach i dziejach. Jednak Starr nie popada zbytnio w rozpamiętywanie i nagrywa utwory tak, jakby dalej były lata 60. Ocena: 6/10
Od około trzech lat jestem w stanie budowy własnego domu. Ostatnie miesiące stoją pod znakiem wykańczania wnętrz, dlatego większość płyt, które tutaj opisuje towarzyszyły mi albo na samej budowie bądź przy czynnościach towarzyszących jak przeglądanie kabin prysznicowych w internecie lub zakupy w hurtowniach i sklepach budowlanych. Stąd też tytuł „Budowa vibes”… A co w tym czasie było słuchane? Same dobre nuty, o których poniżej.
Jamie XX – In Waves. Dziewięć lat temu James Thomas Smith tworzył kolory za sprawą albumu „In Colours„. Dziś członek grupy The XX postanowił pójść w fale. I uwierzcie, że czuć te wibrujące fale na tym kapitalnym albumie. Nowa płyta Dua Lipy? Sabriny Carpenter? Zapomnijcie! najbardziej taneczny krążek tego roku to właśnie omawiany longplay od 36-letniego Brytyjczyka. Te bliskie połowy piłkarskiego widowiska odsłuchy mijały mi niewyobrażalnie szybko. Do tego stopnia, że klika razy sprawdzałem, czy aby na pewno ten krążek trwa 45 minut? Zwłaszcza, że wydawało mi się, że w ciągu nieco ponad godziny przesłuchałem go trzy razy z rzędu. Świetna muzyka, mocno taneczna, rytmiczna i wciągająca. Sporo ciekawych gości z branży muzyki elektronicznej: Robyn, The Avalenches, Panda Bear. Zdecydowanie bardziej do gustu przypadł mi ten CD-ek od poprzedniego (również dobrego!) „In Colours” oraz debiutanckiego „We’re New Here„. Jeżeli macie problem z wejściem w deszczowy i ponury klimat tegorocznej jesieni oraz tęsknicie za minionym latem to „In Waves” jest, jak znalazł. Co więcej artysta na początku listopada wystąpi w Polsce. Mam nadzieje, że organizatorzy Carbona i Taurona obserwują temat. Ocena: 9/10.
⭐⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4.5 na 5.
Nilüfer Yanya – My Method Actor. 29-letnia Brytyjka dorastająca w dzielnicy Chelsea w Londynie miała dość ciekawe dzieciństwo pod względem muzycznym. Matka o korzeniach irlandzko-barbadoskich zapoznawała Nilüfer z muzyką klasyczną, z kolei ojciec (Turek) torpedował swoją córkę muzyką turecką. W końcu sama zainteresowana sama zaczęła tworzyć muzykę i poszła w brzmienie gitarowe, a dokładnie indie rocka. Taka też jest płyta „My Method Actor„. Co prawda brzmi ona jak debiut artystki – jest pełna dobrej energii i takiej lekkości w procesie twórczym. Jednak nic bardziej mylnego, to już trzeci longplay Brytyjki po wydanym w 2019 debiucie „Miss Universe” oraz „Painless” z 2022 roku. Pamiętacie Soccer Mommy? Tak właśnie by brzmiała jej płyta, gdyby urodziła się w Anglii a w domu stykały by się dwie odmienne kultury. Wracając jednak do „My Method Actor” to świetna, bardzo piosenkowa, dojrzała i pełna luzu płyta. Pomimo swojej lekkości, tematy na niej poruszane już takie nie są. Jednakże pełna samoakceptacji artystka nie daje nam tego w ogóle odczuć. Nie napiszę, że warto ten krążek sprawdzić tylko, że koniecznie trzeba znać. Ocena: 8/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
Molchat Doma – Belaya Polosa. Kojarzycie te filmiki na tiktoku z budownictwem wschodnioeuropejskim (brutalizm) lub ogólnie obrazkami rosyjskich osiedli z tą ponurą,elektroniczną muzyką? To właśnie Molchat Doma i ich „Sudno„. Początkowo wydawało mi się, że to jakiś stary radziecki kawałek z lat 80. New wave’owy i dość specyficznie ponury klimat tego utworu sprawiał, że brzmiał jak żywcem wyjęty z moskiewskiego klubu muzyki elektronicznej z 1984 roku. Co prawda rodowód się prawie zgadzał, bo to białoruski band założony w Mińsku, jednak w zupełnie innych latach (2017 rok). Obecnie Molchat Doma przebywa w Stanach Zjednoczonych i tam też został stworzony i nagrany album „Belaya Polosa„, który jest ich czwartym w dorobku krążkiem. I wciąż czuć na nim ten surrealistyczny i ponury klimat wschodnioeuropejskiego blokowiska z odrapanymi klatkami schodowymi i przygnębiającymi barwami. Chłopaki odrobili lekcje z historii muzyki, bo pięknie nam serwują ten post-punk, dark-wave i synth-pop. Po raz kolejny otrzymujemy niezwykła podróż w czasie. I być może, nie jest tak intensywna jak na „Etazhi„, ale wciąż sprawia frajdę. Ocena: 6/10.
⭐⭐⭐
Ocena: 3 na 5.
MJ Lenderman – Manning Fireworks. MJ Lenderman, czyli Mark Jacob Lenderman to 25-letni amerykański wokalista i multiinstrumentalista. Od momentu debiutu w 2019 roku wydaje on swoje płyty dość regularnie, co roku. I tak oto mamy ich już pięć, z czego najnowszy „Manning Fireworks” już otrzymał miano „Best New Music” na Pitchforku. Dlatego też sprawdziłem ten album. I generalnie już rozumiem dlaczego Pitchfork nazywa się pitchfork, czyli widły. Mimo, że mieszkam na wsi, w Mrągowie miałem jedne z lepszych wakacji i cenię Boba Dylana to takie folkowo-country’owe brzmienie zupełnie mi nie leży. Co prawda jest tutaj parę fajnych momentów jak chociażby „She’s Leaving You” to generalnie do samej płyty racze nie wrócę. Ocena: 5/10.
⭐⭐⭐
Ocena: 2.5 na 5.
Charli XCX – Brat. Co prawda najnowsze wydawnictwo Brytyjki słuchałem już jakiś czas temu, to dopiero teraz jest okazja wspomnieć o nim parę słów. Jestem zdumiony jak pięknie nam rozwija się Charli. Jeszcze nie tak dawno temu (A w zasadzie to dawno temu bo w jakimś 2011 roku) słuchałem jej pierwszych utworów i byłem pod wrażeniem jej zdolności. Nie sądziłem jednak wtedy, że wyda 6 dobrze przyjętych albumów, będzie pojawiać się na galach, grać w filmach i nagrywać utwory z topowymi artystkami. A najnowszy album? No zrobił furorę. Charakterystyczny kolor okładki krążył w socialach. Jednak to tylko obrazek, ważniejsza jest zawartość muzyczna. A ta jest świetna. Charli XCX ponownie sięga po retro stylistykę lat 90, a więc mamy sporo muzyki klubowej, dance oraz electropop. Jednak brytyjka potrafi się także odnaleźć w balladzie, tak jak w utworze: „I might say something stupid„, który nagle się urywa po blisko dwóch minutach trwania a artystka ponownie wraca do tanecznej wersji siebie. Oby więcej takich popowych płyt nam towarzyszyło w przyszłości. Ocena: 8/10.