Drogie garnitury i gitary dalej są w modzie – recenzja płyty „This Mirror Weighs a Ton” Interpolu

Parę dni temu Nowojorczycy z Interpolu wypuścili swój najnowszy, ósmy krążek zatytułowany „This Mirror Weighs a Ton„. Jeżeli śledzicie moją twórczość na blogu, to z pewnością wiecie, że Interpol należy do ścisłego grona moich ulubionych zespołów. Dlatego pojawienie się tej recenzji było tylko kwestią czasu.

Z twórczością Interpolu bywało jednak różnie. Początek było mocarny! Jak to przeważnie miało miejsce w okresie lat 2000, kiedy gitarowe zespoły grające indie rocka przeżywały swoje tłuste lata. Album „Turn on the Bright Lights” oraz jego kontynuacja „Antics” to klasyka gatunku. Wydane w 2007 „Our Love to Admire” uważam za album w miarę dobry, problem zaczął się w 2010 przy okazji wydania albumu „Interpol„. Wszechobecna nuda na tym krążku sprawiła, że sam zespół niechętnie wraca do twórczości z tamtego czasu. Kolejne dwa krążki „El Pintor” oraz „Marauder” potwierdziły tylko brak pomysłu i świeżości w twórczości grupy. Sytuację poprawił „The Other Side of Make-Believe„, który przede wszystkim miał dobre single. Tegoroczne wydawnictwo zmienia jednak wszystko, gdyż zespół znowu wydaje się być rześki i atrakcyjny w tym co robi, gdyż „This Mirror Weighs a Ton” to na prawdę kawał dobrej muzyki!

Na pierwszy rzut oka nie wiele się zmienia w samym graniu zespołu. Ponownie mamy tutaj typowy post-punk, nawiązujący do Joy Division czy też Talking Heads. Energiczna perkusja miesza się tutaj z zimnymi gitarowymi riffami, które wzbogaca charakterystyczny wokal Paula Banksa. Co więc tak dobrze zadziałało? Być może przemeblowanie w składzie zespołu? Do zespołu dołączyli Brandon Curtis oraz Brad Truax, którzy wcześniej wspierali zespół wyłącznie na trasie. Generalnie czuć, na tym albumie sporo dobrej energii, przez co płyta wydaje się świeża i pomysłowa. Już od pierwszych dźwięków openera „The Mirror Weighs a Ton” słychać, że to będzie przyjemna podróż z Interpolem, choć sam utwór jest dość niepozorny. Więcej energii dostarcza nam kolejny „See Out Loud„. Pięknym utworem jest „Iron City„, który opowiada o więzi z Nowym Jorkiem. Pomimo, że jestem w drużynie West Coast, to bywają momenty, że Nowy Jork wydaje mi się najpiękniejszym miejscem na Świecie, chociaż nigdy tam nie byłem i miasto znam tylko z seriali, filmów i właśnie muzyki indie rockowej. „Wings on Fire” to z kolei ta odsłona Interpolu, którą cenię. Zespół tutaj z lekkością po prostu porywa słuchacza. To zadziwiające bo słychać tutaj sporo matematyczności w tym co robią, ale i sporo luzu, tak jakby wrócili prosto z imprezy i po prostu zagrali najlepiej jak potrafią. I tak jak to lubię w tego typu utworach, napięcie i dynamika zwiększa się z każdą sekundą trwania tego utworu. Nie do opisania jest partia gitar w refrenie „Ever The Actor„, jak dla mnie jest to jeden z najmocniejszych punktów tej płyty. Innym takim punktem jest dla mnie „Bird and The Serpent„, gdzie partia gitary oraz wstawki klawiszowe robią swoją robotę. Całość kończy melancholijny „Sudden„, który pozostawia w nas poczucie niedosytu i myśl w głowie „TO JUŻ KONIEC?!? I wtedy robimy replay. A przynajmniej ja tak robię od paru dni.

Podsumowując, ósmy w dorobku album Interpolu to materiał świeży, energiczny, z dobrą muzyką, jeszcze lepszymi pomysłami do którego po prostu chce się wracać i miło się słucha. Może trochę heroizuję ten longplay ze względu na moją miłość do nowojorskiej grupy, które w ostatnim czasie nie nagrywała wybitnej muzyki. Nie mniej opisuje swoje odczucia, jakie towarzyszyły mi przy pierwszych oraz ostatnich odsłuchach tego krążka. No i tak sobie myślę, że w sumie to trzeba się cieszyć, że zostało jeszcze parę zespołów z tamtego ciekawego dla muzyki okresu, które wciąż koncertują i nagrywają płyty. Bo uwierzcie, że nie jest to regułą. Wiele innych świetnych zespołów z tamtego czasu już nie istnieje, albo ich działalność jest mocno ograniczona. A szkoda, bo ja wciąż czekam na takie powroty. Może jestem zbyt sentymentalny i oldschoolowy. Może, ale pieprzyć to. Podkreślę to jeszcze raz, nowa płyta Interpolu to świetna płyta. Elo. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Muzyczne zaległości z 2025

Klasycznie już o tej porze zamieszczam małe zestawienie wydawnictw o których nie zdążyłem napomknąć na łamach bloga, a myślę, że warto to zrobić. Miłej lektury, a niebawem na blogu podsumowanie muzyczne i wchodzimy na pełnej petardzie w rok 2026.

Dijon – Baby. „Baby” to drugi w dorobku album Diojna Duenasa. Amerykański wokalista to istny człowiek renesansu. Poza śpiewaniem zajmuje się muzyczną produkcją, aktorstwem, tworzeniem piosenek oraz jest multiinstrumentalistą. Debiutował w 2021 roku za sprawą „Absolutely„, jednak to za sprawą tegorocznego „Baby” rozbił bank. Pozytywne opinie w najważniejszych muzycznych serwisach z Pitchforkiem, NME oraz AllMusic na czele. A co najważniejsze odbiór publiczności także był wysoki, ocena 94/100 na metacritic nie wzięła się znikąd. Ten co prawda krótki materiał (Całość trwa trochę ponad 37 minut) to zestaw przejmujących i zapadających w pamięć utworów z pogranicza soulu, R&B oraz eksperymentalnego popu. „Baby” to muzyczny koktajl, który na myśl przywołuje takich artystów jak Bon Iver, Frank Ocean, Prince’a czy też D’Angelo. I w odniesieniu do ostatniego nazwiska jest to najbardziej znaczące, bo okazuje się, że po śmierci Micheale Archera mamy już jego godnego następce. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Oneohtrix Point Never – Tranquilizer. Stojący za tym projektem, pochodzący z Bostonu Daniel Lopatin jest dobrze znany polskiej publiczności związanej z muzyką elektroniczną. Oneohtrix Point Never występował podczas OFF Festiwalu, Tauronu Nowa Muzyka Katowice, festiwalu Unsound czy też Sacrum Profanum. Jako producent muzyczny współpracował z takimi artystami jak James Blake, Charli XCX, The Weekend, FKA Twigs czy też Iggy Pop. Na scenie muzycznej działa nieprzerwanie od 2007 roku, w tym czasie wydał 11 albumów studyjnych. Za jego najlepszy krążek uważa się wydany w 2011 roku album „Replica„, jednak tegoroczny „Tranquilizer” już teraz pojawia się w większości muzycznych list końcowych. I trudno się nie zgodzić, bo Daniel Lopatin, wciąż potrafi nas zaskoczyć swoją twórczością. „Tranquilizer” to album mocno równy, i pięknie eksplorujący ambient oraz muzykę elektroniczną. Słuchając jego czujemy się jakby nasz umysł podróżował w najprzeróżniejsze miejsca, a dźwięki klawiszy potrafią wprowadzić nas w stan relaksu. I to jest najważniejsze przy tym krążku, że jest to muzyka, która swoją ciekawością potrafi nas rozprężyć. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Geese – Getting Killed. Stojący za tym projektem Cameron Winter działa na scenie muzycznej od 2016 roku. W tym czasie Geese wydało cztery albumy długogrające. Jednak dopiero tegoroczny „Getting Killed” pozwolił zespołowi z Nowego Jorku wypłynąć na szerokie wody. Pojawił się na listach podsumowujących rok najważniejszych muzycznych serwisów, zyskał wiele pozytywnych recenzji od krytyków jak i publiczności, a także zaznaczył swoją obecność na listach sprzedażowych. Pierwsze skojarzenie przy słuchaniu Geese jest takie, że falset Camerona Wintera łudząco przypomina ten od Thome’a Yorke’a. Jest to z pewnością zaleta, ale także momentami może działać na niekorzyść. Jednak poza wokalem na „Getting Killed” muzyka także się broni. Ten trwający co jedna piłkarska połowa materiał to przede wszystkim muzyka gitarowa z pogranicza rocka alternatywnego, folku i indie rocka. Cameron Winter dużo inspiracji brał od muzycznych legend takich jak: Lou Reed, Tom Waits, Bob Dylan czy też Leonard Cohen. I to słychać na tym albumie, że nie stara się być nowoczesny, tylko wraca do starych, rockowych dziejów. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Bads Bunny – Debí Tirar Más Fotos. Urodzony w Portoryko Benito Antonio Martínez Ocasio to w ostatnim czasie głośne nazwisko. Zwłaszcza za Oceanem. Przyznam szczerze, że nie zdawałem sobie z tego sprawy, gdyż nie jestem na bieżąco z amerykańskim (a zwłaszcza tym latynoskim) mainstreamem. W każdym bądź razie nie zagłębiając się w szczegóły zły królik to celebryta za Oceanem, i z całą pewnością nie jest to żaden debiutant, gdyż „Debí Tirar Más Fotos” to już jego szósty album. Dlaczego o nim wspominam? Trochę z nakazu serwisów pokroju Pitchfork czy też AllMusic, jednak po sprawdzeniu tego albumu muszę przyznać, że ta muzyka się broni. Ci co śledzą mój blog, wiedzą, że piszę o różnorakich gatunkach muzycznych, jednak jeżeli chodzi o latino-trap jest to chyba mój debiut. Ta płyta jednak przypadła mi do gustu od pierwszego odsłuchu. Mieszanka trapu, r’n’b, salsy czy też reggeatonu brzmi tu niezwykle prawdziwie. I mimo, że to był najmroźniejszy grudzień do lat, to przy tym albumie czułem się jakby były wakacje pod palmą. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

ROSALIA – Lux. Nie porzucając latynoskich klimatów, pora poświęcić klika słów innej popularnej płycie zeszłego roku. Mowa o czwartym studyjnym albumie „Lux” w wykonaniu hiszpańskiej wokalistki Rosalii. Co tutaj dużo mówić? Album nagrany z ogromnym rozmachem. Wystarczy spojrzeć na listę osób, które brały udział przy tworzeniu tego albumu. Bjork, Pharrell Williams, Charlotte Gainsbourg, Daniel Wilson, The-Dream czy też Orkiestra Symfoniczna z Londynu. Album nagrywany w dziesięciu studiach muzycznych na obu kontynentach w dwunastu językach. Jednym zdaniem: „Mieli rozmach skur…„. Ale opłaciło się, bo album rozbił bank. Czołówka odtworzeń na Spotify, praktycznie wszędzie płyta roku i dużo rozgłosu w mediach… Nawet w tych polskich, za sprawą kręcenia teledysku w Warszawie do piosenki „Berghain„. A jakie są moje odczucia? Szczerze powiedziawszy, gdy pominie się tą całą otoczkę to są bardzo przeciętne. Nie wbił mi się w pamięć ten krążek, chyba jest jednak przerost formy nad treścią. Nie jest to też totalny niewypał, po prostu Rosalia mnie tutaj nie porwała. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Blood Orange – Essex Honey. Przyznam szczerze, że zapomniałem nieco o Brytyjskim artyście. Devonté Hynes ukrywający się pod szyldem Blood Orange ostatni swój longplay wydał w 2018 roku, czyli 7 lat temu. W obecnym świecie muzycznym jest to wieczność. Jednak warto było czekać, bo jego najnowszy, piąty w kolekcji długograj to album WYBITNY pod każdym względem. Przede wszystkim kompozycyjnym, gdzie każdy kolejny track skrada show. Trwający nieco ponad 46 minut „Essex Honey” to materiał poruszający się pomiędzy Alt Popem, jazzem a R’n’B. Jest Melancholinie, wręcz introwertycznie, retrospektywnie oraz intymnie. To duża zmiana w porównaniu do poprzednich płyt, gdzie Pan Hynes po prostu bawił się muzyką i kombinował z funkiem oraz soulem. Wrażenie robi bogata lista gości, gdzie znajdziemy takie nazwiska jak chociażby: Lorde, Caroline Polachek czy też Brendan Yates z zespołu Turnstile. Mam wrażenie, że to najlepszy materiał jaki nagrał Blood Orange do tej pory. Oczywiście cenię jego poprzednie dzieła, ale w tej odsłonie przemawia do mnie totalnie! Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Dystymia – Klatki. Pora na trochę lokalnego, despresyjnego grania gitarowego z Mikołowa. Dystymia to projekt muzyczny, który powstał w 2021 roku. Skład zespołu to Kamil Rykowski (wokal), Mateusz Palka (gitara), Patryk Brzęk (gitara basowa oraz wokal) oraz Paweł Jarczyk na bębnach. Po raz pierwszy o nich wspominałem w grudniu 2023 roku przy okazji wydania EP-ki „Wszystko zostało już powiedziane„. Wtedy urzekli mnie inspirowaniem się moim ukochanym Kombajnejm Do Zbierania Kur Po Wioskach. Na tegorocznej EP-ce „Klatki” już tych inspiracji nie słychać tak wyraźnie. Całość zaczyna energiczny „Sen jak każdy inny„, gdzie gitara przywołuje mi na myśl inny legendarny polski zespół – Muchy (Zwłaszcza z okresu wydania „Notorycznych Debiutantów”). W pozostałych utworach, zwłaszcza „M.A.” te skojarzenia dalej ze mną pozostają. Najmniej „muchowe” wydaje mi się jedynie „Dystymia„, która uderza w nieco inne tony. Nowością jest śpiewnie jednego, ostatniego utworu w języku angielskim. Jednak nie bez powodu jest to chyba ostatni utwór na tym krótkim wydawnictwie, „Ask yourself” jest bowiem jego najsłabszym ogniwem. Doceniam inspirowanie się śmietanką polskiego niezalgrania, jednak wciąż mi tutaj brakuje tego czegoś, swojego. Ale jak to mówią, szukajcie, a znajdziecie. Wydaje mi się, że jest to już coraz bliżej. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Powrót do 2022 – pominięte płyty, o których trzeba wspomnieć

Klasycznie jak co roku, jest pewna liczba płyt przeze mnie pominięta. Wiadomo, czasu wiecznie brak. Dlatego też na szybko wrzucam szybki przegląd albumów z minionego roku, które warto znać i o których musiałem napisać parę zdań.

Ab-Soul – Herbert. Przyznam, że nie słuchałem za wiele rapu w minionym roku. Całkiem możliwe, że to mój najsłabszy rok dla tego gatunku muzycznego od lat. Dość przykra sprawa, gdyż od zawsze byłem orędownikiem rapsów i stoczyłem wiele batalii by otworzyć ludziom oczy na ten piękny muzyczny styl. Ten poziom był tak niski, że aż zatęskniłem za porządnymi czarnymi rytmami. I tak trafiłem na zimnego „Herberta” od Ab-Soula. Dla muzyka ze Top Dawg Entertainment był to powrót po sześciu latach, gdyż jego ostatni krążek tafił na rynek w 2016 roku. Jak wyszło? Całkiem spoko. Może nie mam porównania do tego co inni wydawali w tym czasie, nie mniej doceniam Ab-Soula za styl i nienaganną technikę. Z miłą chęcią wróciłem do 2013 roku. „Herbert” to album równy, nieco oldschoolowy i co najważniejsze dobrze wpadający w ucho. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Beyoncé – Renaissance. Każde liczące się pismo uznało „Renaissance” za płytę roku (albo przynajmniej umieściło je w czołówce), dlatego wstyd nie wspomnieć o tym krążku. Zwłaszcza, że ostatni jej solowy album „Lemonade” ukazał się 6 lat temu. A to we współczesnej muzyce ogrom czasu. Rozumiem, dlaczego na większości portali ta płyta zyskała numer jeden. Jest ona na tyle dobra, a sama Beyonce cieszy się szacunkiem u każdego typa słuchacza, że w ogólnym głosowaniu każdej redakcji zawsze zbierze sporo punkcików. No chyba, że wybór płyty roku odbywa się w innym, mniej demokratyczny sposób. Wtedy wystarcza jeden autokrata, który lubi po prostu Panią Knowles. Nie będę jednak marudził, bo to generalnie dobra płyta. Beyonce serwuje tutaj wpadających w ucho dojrzały pop, oparty na fajnych hookach i świetnych wokalnych popisach. Piosenek jest 16 i generalnie nie ma sensu nad każdą się rozwodzić, bo każda z nich stanowi równoważną cegiełkę budującą monumentalną całość. Najlepsza płyta roku? Może, jednak nie dla mnie. Najlepsza płyta Beyonce? Raczej też nie. Nie mniej warto znać. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Black Midi – Hellfire. Trzeci album Brytyjskiego tria wydaje się być ich najlepszym jak do tej pory. „Hellfire” to jakaś szalona podróż przez gatunki muzyczne, poprzez jazz, country, flamenco a kończąc na post-punku, math rocku i art rocku. Co prawda Londyńczycy balansują momentami na bardzo cienkiej granicy pomiędzy sztuką a zwykłą grafomanią. Jednak zawsze po jakimś przypałowym momencie łagodzą sytuację całkiem ciekawym brzmieniem. Nie jest to może album do którego będę często wracał (albo w ogóle wracał), ale myślę, że warto znać. Zwłaszcza, że mało eksperymentalnej muzyki tutaj opisuje. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Charli XCX – Crash. Angielską wokalistkę z Cambridge wspieram dobrym słowem od 2011 roku, kiedy to usłyszałem jej singiel „Stay Away„. Od tamtej pory staram się być na bieżąco z wydawnictwami Pani Charlotty Aitchison. „Crash” to piąty w dorobku długograj wokalistki. Jednak nie należy zapominać, że w między czasie było sporo mixtape’ów i EP-ek, dlatego Charli XCX jest całkiem płodną artystką. Na „Crash” otrzymujemy porządną dawkę popu, gdzie momentami lądujemy w latach 90 a momentami zahaczamy o dekadę 00. Generalnie jest fajnie, aczkolwiek chwilami dostajemy po uszach za dużo auto-tune’a. Generalnie wolę jej bardziej nostalgiczne utwory, ale też trzeba mieć do czego potuptać nóżką. Ocena: 7/10. A i na koniec słów parę o tej okładce. Nie, żeby mi przeszkadzało eksponowanie swoich atutów. Bo nie przeszkadza. Tylko się zastanawiam kiedy artystki będą się eksponować bez żadnych zahamowań? W zasadzie już mają coraz mniej do zakrycia 🙂

Ocena: 3.5 na 5.

Pusha T – It’s Almost Dry. Terrence Thornton ukrywający się pod pseudonimem Pusha T ma u mnie plusa za dwie ogromne zalety. Pierwsza, może mało oczywista to zdjęcie rapera w koszulce Milanu, które można wygrzebać w Internetach. Każdy przyjaciel Rossonerich, jest moim przyjacielem. Druga, bardziej oczywista to kozacka dyskografia. Jego każda ostatnia płyta to był strzał w dziesiątkę. Tak samo jest z jego czwartym już długograjem. „It’s Almost Dry” znalazło się w czołówkach wielu podsumowań rocznych, dlatego też ciężko nie docenić urodzonego w Nowym Jorku rapera. Pusha T ponownie trzyma poziom, nie przesadza z długością trwania i ilością tracków na albumie i odpowiednio dobiera featuringi. I znowu udało mu się. Zaintrygował, ucieszył i pozostawił mnie z odczuciem „mało, małooo”. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

SZA – SOS. O Solánie Imani Rowe wspominałem już na blogu przy okazji recenzji jej ostatniego albumu „Ctrl„. W 2017 roku załapał się w moim TOP 10 roku, w tym powinno być lepiej bo „SOS” wydaje mi się lepszym albumem. Jest też na pewno znacznie dłuższy. 23 to z całą pewnością więcej niż 14. Zaszalała nasza wokalistka ze St. Louis. Nie zaszkodziło to jednak w odbiorze „SOS„, gdyż całość jest na równi wysokim poziomie. Otrzymujemy tutaj całkiem przyjemny w odbiorze i dość elastyczny materiał opierający się głównie o R’N’B z elementami popu. Momentami jest lirycznie i smutno, a momentami poetycznie i słodko. Do gustu przypadł mi zwłaszcza singiel „Kill Bill„, ale jest także fanem wciągającego „Blind” czy też trapowego „Low„. Fajne mamy featuringi. Phoebe Bridgers czy Travis Scott są tym razem wartościami dodatnimi. Na koniec wskrzeszony zostaje sam Ol’ Dirty Bastard, czyli najlepszy (lub najgorszy?) członek Wu-Tang Clan. Dzięki temu zabiegowi „Forgiveless” zabiera nas jeszcze na chwilę do Nowego Jorku w latach 90. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Weyes Blood – And in the Darkness, Hearts Aglow. Czytałem wiele dobrego o płycie Pani Natali Laury Mering, znanej szerzej jako Weyes Blood. To już piąta płyta w dorobku artystki z Doylestown w stanie Pennsylwania, jednak dopiero mój pierwszy kontakt z jej muzyką. I jak jest? Zaczyna się strasznie niepozornie. Niby zwykły chamber pop wymieszany z psychodelicznym folkiem i soft rockiem, jednak im dłużej słucham tego materiału tymbardziej dochodzi do mnie jak MONUMENTALNE to jest dzieło. Piękne, chwytliwe i chwytające za serducho melodie to główny atut płyty. Poza tym jest sam wokal Pani Mering oraz niebiański klimat otaczający tą płytę. Nie dajcie się zwieźć, to nie Beyonce jest królową minionego roku. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.