Kolejne podboje Trupa Trupy – recenzja albumu „B Flat A”

O tym, że trzymam kciuki za gdański band Trupa Trupa wiecie na blogu już od 2013 roku, kiedy to pisałem o ich drugim albumie „++”. Do ich kolejnego „Headache” często wracam ze względu na ponury, mroczny i psychodeliczny klimat. Jednak dopiero przy okazji wydania „Jolly New Songs„ zrobiło się o nich na prawdę głośno. Zwłaszcza na terenach jeszcze nie podbitych przez polską alternatywę. O Grzegorzu Kwiatkowskim i spółce pisały najbardziej znaczące zachodnie portale muzyczne z Pitchforkiem, The Quietus i Rolling Stone na czele. W 2017 roku okazało się, że mamy całkiem fajny, post-punkowy towar eksportowy, który ponownie zachwycił USA i okolice w 2019 roku przy okazji wydania „Of The Sun„. Od tamtego momentu mijają trzy lata a o zespole znowu zaczyna się robić głośno. Wszystko za sprawą nowego krążka „A Flat B„.

To w ogóle znamienne, że o nowej płycie Trupa Trupy dowiedziałem się z Pitchforka, gdy przeglądałem ich listę najnowszych recenzji. Lider grupy już nie wysyła mi wiadomości o nowych płytach, odkąd ich twórczość recenzują bardziej prestiżowe serwisy. Ja jednak nie zapominam o chłopakach z Gdańska, zwłaszcza kiedy ponownie wydali dobry longplay. A co mnie urzekło w „B Flat A„? O tym nieco więcej poniżej.

Nowa płyta Trupa Trupy to zestaw mocno psychodelicznej i mrocznej odsłony post-punku. Już w otwierającym całość „Moving” słychać całą gammę inspiracji zespołami gitarowymi z lat 80 i 90. Kolejny na liście „Kwietnik” idealnie wprowadza w ponury klimat płyty za sprawą transowej, zimnej gitary, która przywołuje na myśl takie zespoły jak Joy Division czy też Sonic Youth. Z kolei „Twich” to już esencja punku. Skandowany tekst, energiczna perkusja i fala gitar może nam kojarzyć się z dorobkiem Mission of Burma czy też Fugazi. „Lines” nieco spowalnia i wprowadza przerwę na złapanie oddechu. Utwory „Lit” czy „Far Away” utrzymują nas na dłużej w bardziej nostalgicznym stanie, jednak już przy „Uselessness” zespół powraca do swoich cięższych dział. Kwiatkowski ponownie zostawia najdłuższy utwór na sam koniec, jest nim tytułowy „B Flat A„, który brzmieniem przywołuje na myśl takie zespoły jak Swans, Mogwai czy też Yo La Tengo.

„B Flat A” to kolejny album, który wpisuje się w popularny w ostatnim czasie kanon muzyki pandemicznej. Nagrywany w czasie trwania pandemii Covid-19 daje po sobie wyczuć klimat osamotnienia i niepewności. Płyta do tej pory zbiera pozytywne recenzje, które są w pełni zasłużone. Kwiatkowski i spółka odrobili lekcje z muzyki gitarowej lat 80 i 90, co pięknie wykorzystują nagrywając ten materiał. To ich już szósty długograj i póki co pomysły na wciągającą muzykę jeszcze im się nie skończyły. Skoro zachód docenił, doceńmy i my. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Wakacyjne brzmienie – przegląd płyt z czerwca i lipca

Połowa wakacji za nami… Spójrzmy więc do tyłu, co w tym czasie ciekawe ukazało się na rynku muzycznym. Było tego całkiem sporo.

Deerhoof – Future Teenage Cave Artists. 15 już w kolekcji długograj dla tak zasłużonej grupy jak Deerhoof, to po prostu kolejny punkt w ich niezłomnym trudzie pracy artystycznej. Ich historia oczywiście pokazuje, że raz było lepiej, raz gorzej. Niemniej od 1994 roku dali radę natłuc 15 longplayów, 3 EP-ki, 5 albumów na żywo oraz dwie kolaboracje. Niestety tegoroczny krążek to pomysł na jedną, tytułową piosenkę i zapełnienie reszty klasycznym dla nich plumkaniem. Płyta wypada z głowy od razu po przesłuchaniu. Pozycja obowiązkowa tylko dla zagorzałych fanów, reszta niekoniecznie musi znać. Ocena: 4/10.

No Age – Goons Be Gone. Powiem wam tak. No Age już nie nagrywają w Sub Popie i to słychać. O ile przy „Nouns” potrafili zachwycić to na albumie wydanym 12 lat później odgrzewają po raz kolejny tego samego kotleta. Niby pełnymi garściami czerpią z klasyki rocka, ale czy chcemy słuchać mieszanki Rolling Stonesów z Sex Pistols w 2020 roku? Nie kupili mnie tym krążkiem. Ocena: 4/10.

Built to Spill – Built to Spill Plays the Songs of Daniel Johnston. Pisząc o tej płycie należy wpierw wyjaśnić kim jest wspomniana postać w tytule płyty. Mianowicie Daniel Johnston to wokalista, autor tekstów oraz grafik, który zmarł rok temu na zawał serca w wieku 58 lat. Jego piosenki wykonywali m.in. Tom Waits, Pearl Jam, Beck, Sonic Youth czy też Wilco (Sama śmietanka gitarowego grania z lat 90) natomiast sam wydał 21 albumów muzycznych. Built to Spill, czyli inna legenda indie rocka z lat 90 już wcześniej miała do czynienia z twórczością pana Johnstona. W 1994 roku nagrali cover jeden z jego najlepszych utworów jakim było: „Some Things Last a Long Time„. Trzy lata temu nawiązała się współpraca artysty z zespołem Douga Martscha a w tym roku ukazała się cała płyta, gdzie zespół z Boise, w stanie Idaho bierze na warsztat 11 utworów Johnsona. Jak to wyszło? Powiem tak, Biult to Spill wyjątkowo czuje ducha tych utworów dlatego słucha się ich wyjątkowo dobrze. Być może prochu tutaj nie wymyślili, ale też nie o to w tym wszystkich chodziło. Ocena: 7/10.

Bob Dylan – Rough and Rowdy Ways. Dylan udowodnił tym albumem, że jednak nie jest tak starym piernikiem jakim go malują. Co prawda za wiele się w jego muzyce nie zmienia. To wciąż te same folkowe ballady. I też daleko tej płycie do jakiegoś kosmicznego poziomu. To po prostu całkiem fajny i zgrabny album artysty, który na tej scenie jest praktycznie od zawsze (Robert Allen Zimmerman ma już 79 lat!). Nagrywać w tym wieku swój 39 krążek, to spory wyczyn. A jeszcze większy jest ten wyczyn, gdy okazuje się, że płyta stroi na całkiem przyzwoitym poziomie. Ocena: 7/10.

Phoebe Bridgers – Punisher. Generalnie rozumiem czemu Pitchfork dopatrzył się w tym albumie czegoś wybitnego. Ładny głosik, pozornie miłe dla ucha melodie, wszystko w konwencji nieco folkowej. Tylko, że straszne wieje tutaj nudą. Nawet nie wiem ile podobnych wydawnictw w tym roku przesłuchałem. Ocena: 4/10.

Special Interest – The Passion Of. No cóż, Pitchfork okrzyknął ich mianem „Best Music”. Sprawdziłem i stwierdziłem, że chyba już jestem za stary by na poważnie słuchać taką muzykę. Ocena: 3/10.

The Streets – None Of Us Are Getting Out Of This Life Alive. Mike Skinner wrócił po blisko 9 latach przerwy z nowym materiałem. Najnowszy mixtape angielskiego rapera to całkiem ciekawy krążek, który zaczyna się od dość niespodziewanej kolaboracji z grupą Tampe Impala. Niestety im dłużej słucha się tego wydawnictwa to tym mniej zachwytów. Generalnie wolałem wrócić do „A Grand Don’t Come Free„. Ocena: 5/10.

Powrót Króla, King Krule’a – recenzja „Man Alive!”

Przebić osiągnięcie albumu „The OOZ” z 2017 roku dla King Krule’a było nie lada wyzwaniem. W końcu ta płyta ogłosiła go nowym mesjaszem muzyki alternatywnej z pogranicza jazzu i trip-hopu. Pozytywne recenzje (W tym MOJA), czołówki list podsumowujących i propozycja współpracy z Kanye Westem (ODRZUCONA!) to wielkie osiągnięcia rudego artysty z Londynu. Jak to przebić? Proste! Wydając równie genialny krążek „Man Alive!”.

Już po pierwszych odsłuchach singli „Alone, Omen 3” oraz „Cellular” wiedziałem, że Archy Ivan Marshall szykuje wydanie kolejnego wielkiego albumu. Nie myliłem się. Czwarty już w jego dyskografii krążek to ponownie mieszanka gatunków i stylów muzycznych. Czego tu nie ma? Rapujący Archy, śpiewający Archy, milczący Archy. Wpływy post-punku, elementy autoparodii, ponowne zabawy z jazzem i to wszystko pod przykrywką indie rocka. Pełno na tej płycie utworów, które z miejsca stają się klasykami. Weźmy przykładowo taki „Comet Face”, gdzie przy post-punkowym brzmieniu gitary niczym zaczerpniętym od Fugazi czy też Mission on Burma, artysta wrzuca świrujący saksofon i będąc w transie wypowiada kolejne zwrotki. Z kolei „Stoned Again” to nieźle popieprzony kawałek hip-hopowy, który pokazuje, że szczery i nie oblany auto-tunem rap ma sens.

„Man Alive!” to longplay, który dobrze się sprawdzi jako muzyka na wieczór jak i klimatyczny soundtrack filmowy, do obrazu, który jeszcze nie powstał. King Krule pokazuje, że w budowaniu klimatu nie ma sobie równych. Ponownie czujemy się jakbyśmy podążali londyńskimi, zamglonymi ulicami i co jakiś czas wchodzili do dziwacznych barów „na jednego”. To płyta, którą chce się słuchać i łatwo z głowy nie wychodzi za sprawą niebanalnych dźwięków i nieco ekscentrycznego stylu śpiewania Archy’ego.

Mimo, że najnowsza produkcja King Krule’a ma wiele wspólnego z swoją poprzedniczką „The OOZ” to ciężko mi porównywać oba albumy. Ten najnowszy wydaje się świadomym rozwojem artysty i kolejnym, naturalnym krokiem do przodu. To coś co samo się dzieje i co najlepsze w tym jest skutecznie DOBRE. Mimo, że spotkałem się z paroma negatywnym opiniami to uważam, że Marshall podtrzymał poziom i trzymam kciuki by wpadł na dniach do Polski. Ocena: 9/10.