Król King Krule – recenzja „The Ooz”

By odrzucić propozycję nagrania wspólnego kawałka z Kanye Westem, trzeba mieć tupet i jaja. Sukces gwarantowany, a kasa też by się zgadzała. Nie dla Archy’ego Ivana Marshalla, znanego szerzej jako King Krule. Rudzielec z Londynu stwierdził szczerze, że… się mu nie chciało. Winszuje odważnej decyzji, bo jak się okazało sława u boku Kanye Westa wcale nie jest mu potrzebna, gdy nagrywa się takie albumy jak tegoroczny „The Ooz„.

Wspomniana płyta do tej pory zbiera same pozytywne recenzje. Co więcej sam King Krule zalicza czołówki tegorocznych podsumowań muzycznych. I słusznie. U mnie pewnie będzie podobnie, gdy tylko nadrobię stertę albumów z 2017 roku. Taka moja grudniowo-styczniowa tradycja.

Wróćmu jednak do samego „The Ooz„. To chyba najbardziej niejednoznaczny i dzięki temu charakterystyczny zestaw piosenek, jaki usłyszałem w mijającym roku. Archy porusza się tutaj w gęstej mgle punkowego jazzu i post-punku, dorzucając elementy indie rocka i trip-hopu. Taki angielski odpowiednik Thundercata, który też lubi eksperymenty z brzmieniem. Z tym, że o ile Thundercat na tegorocznym „Drunk” miał wiele ciekawych motywów, to jednak żaden z nich nie doczekał się rozwinięcia. Inaczej wygląda sprawa na „The Ooz„. King Krule każdy temat ciągnie od początku do końca, dzięki słuchacz nie pozostaje w kropce.

Pomimo młodego wieku artysty (23 lata) to opisywany krążek brzmi niezwykle dojrzale. Nie jest to też jego pierwsze dzieło, gdyż wcześniej ukazały się dwa długogrające albumy: „6 Feet Beneath the Moon” z 2013 roku oraz „A New Place 2 Drown” wydany dwa lata później pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Ponadto od 2010 roku anglik wydał też parę EP-ek. Jak widać, jak na dość młody wiek zdążył już zgromadzić całkiem ciekawą kolekcję. Obok dojrzałego brzmienia i oryginalności, największego zaletą tego materiału jest jego innowacyjność. Uwierzcie, że w następnych dwóch-trzech latach kolejne post-punkowe albumy w mniejszym lub większym stopniu będą nawiązywać do „The Ooz„. Dawno nie słyszałem tak oryginalnego i innego od pozostałych albumów, który przypadłby mi tak mocno do gustu. King Krule nie bawi się w naśladowanie innych, a jego inspiracje są tak niejednoznaczne, że ciężki mi na poczekaniu wymienić jakiekolwiek nazwy.

The Ooz” to album zupełnie inny niż wszystkie inne. Mroczny, mglisty klimat łączy się tutaj z gitarową energią. Poczujecie się tutaj zarówno jakbyście byli w jednym z angielskich jazz pubów jak i na koncercie post-punkowych tuzów z lat 90. Natomiast sam King Krule pozostaje niezwykle szczery i naturalny w tym co robi. O takie płyty jak ta walczyłem, dziękuje. Ocena: 9/10.

These New Puritans – Field of Reeds

these-new-puritansWstyd się przyznać, ale gdy pierwszy raz przesłuchałem „Field of Reeds” pomyślałem: „o matko, ale nudy. Tutaj totalnie nic się nie dzieje”. Kilka tygodni później rozważałem przyznanie statusu albumu roku nowemu wydawnictwu dla brytoli. Skąd ta zmiana zdania? Później to wyjaśnię, zacznijmy jednak od początku.

These New Puritans to zespół założony w 2005 roku w Southend-on-Sea (ta miejscowość ma wymierne znaczenie dla trzeciej płyty). Pierwszy ich longplay z 2008 roku zatytułowany „Beat Pyramid” był połączeniem indie rocka z matematyką. Niby wydawali się kolejny brytyjskim, gitarowym tworkiem, ale nie do końca. Generalnie dobra płyta to była. Rojek odebrał mi szansę sprawdzenia ich na żywo podczas Offa ’08 wciskając ich koncert na imprezę klubową, było mi naprawdę szkoda. Dwa lata później powrócili z „Hidden”. Album trochę niedoceniony i wzbudzający mieszane uczucia, ale ważny w kontekście recenzowanego przeze mnie w tym momencie krążka. Już wtedy było słychać tam, że rezygnują z indie rockowych gitar i idą w eksperymentalne granie. Jednocześnie co jakiś czas patrzyli za siebie.

Minęły trzy lata i znów wracają. Z najlepszą ich jak dotąd płytą. Jak wspomniałem na początku mocno mnie znudzili. Powiem więcej… rozbolała mnie głowa! Winę upatruje w nieodpowiedniej porze na tego typu muzykę. Był pierwsze ciepłe dni a ciało dało mi jasny sygnał – JESZCZE NIE TERAZ. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, i być może nie wróciłbym do tej płyty gdybym nie zobaczył na internetowym streamie końcówki ich openerowego koncertu. Zagrali „V (Island sond)” i była to magia. Jeszcze bardziej poczułem żal, że mnie tam nie ma. Konkret jednak pojawił się w drugiej połowie sierpnia, kiedy po raz pierwszy można było poczuć nieubłaganie zbliżającą się jesień. Czyli porę zgniłych owoców, zapachu rozjechanego rosomaka, zimnych poranków i coraz wcześniej zaczynających się wieczorów. To wszystko czuć na tej płycie, czuć na niej smutek. Początek „Nothing Else” czy też nawet te dziwne jastrzębie dźwięki w „Organ Eternal” przypominające mi jęki mojego kota błagającego o wpuszczenie do pokoju z zimnego balkonu tworzą klimat tej płyty.

These-New-Puritans-Field-of-Reeds1Czuć progres w ich muzyce. Przyznam szczerze, że mało było ostatnio płyt, które by na mnie tak wpłynęły jak ta. Jack Barnett momentami brzmi jak Thom Yorke, wsłuchajcie się w początek „V (Island Song)”. Jego „On the island / there are no places or people” brzmi mocno obrazo twórczo. Słuchając tej płyty widzę wybrzeże Southend-on-Sea, widzę miejsce gdzie do morza wpływają ścieki z Tamizy. Rodzinne strony są wyczuwalne na „Fields of Reeds” zarówno w muzyce jak i tekstach. Wracając jednak do porównań do innych artystów to poza Radiohead wysuwają się także jeszcze skojarzenia z Sigur Ros i nie jest to tylko takie gadanie, bo takich bandów było wiele. Za wiele. Tutaj faktycznie czuć duch „Agaetis Byrjun” i mówię to z czystym sumieniem.

Generalnie jest to muzyka nieco dołująca, ale piękna, magiczna i taka prawdziwa. Posłuchajcie jak mieszają się wokale Barnetta i Elisy Rodrigues w „The Light in Your Name”, które kończy efektowne rozbicie szkła oraz trąbki w „Fragment Two” to zrozumiecie. Mimo, że muzyka momentami brzmi surowo i minimalistycznie to mamy tutaj bogaty wachlarz dźwięków. Jest pianino, wiolonczela, klarnet, trąbki, tuba, dziecięcy chór z kościoła św. Marii, jastrząb Shiloh itd. Ocena: 9/10. Dałbym więcej, ale boje się, że to ta zbliżająca się jesień tak na mnie działa.

New Order – Lost Sirens

New-Order-Lost-SirensSzkoda, że muszę pisać o tym wielkim zespole przy okazji tak słabiutkiej płyty.

New Order, czyli zespół składający się z byłych członków Joy Division, który nie trzeba nikomu przedstawiać. Nie miałem nigdy wcześniej okazji pisać o Joy Division (Trzeba kiedyś to nadrobić!) ani tym bardziej o jego kontynuacji jaką stanowi New Order. Jednak kiedyś musi być ten pierwszy raz, szkoda tylko, że w takich okolicznościach.

„Lost Sirens” to płyta do bólu przewidywalna, nudna, nic nie wnosząca do mojego życia. Nie jest to jednak żadne zaskoczenie dla tych, którzy, wiedzieli, że krążek będzie oparty na odrzutach z poprzedniego albumu. Początek jeszcze w miarę jakoś brzmi, zespół stara się być melodyjny, taneczny. Jednak im dalej w las tym ciemniej. Nie rozumiem jakimi kryteriami kierowali się byli członkowie Joy Division puszczając ten materiał? Od ostatniego roku z niepokojem się przyglądam wyczynom moich idoli. Wpierw akcja z Peterem Hookiem, który postanowił dla celów komercyjnych wrócić do odgrywania „świętości” Joy Division. Następnie dowiaduje się, że Disney wypuszcza t-shirty „zainspirowane” Joy Division. Później konflikt na linii Hook – New Order się zaostrza do retoryki nienawiści a teraz ta płyta… WTF?

Skok na kasę. To oczywiste i zarazem przykre. Kolejna wielka legenda upada. Nawet łagodne słowa Piotra Metza na temat „Lost Sirens” w ostatnim Wproście nic nie zmienią, to płyta po prostu słaba i nie potrzebna nikomu. Nie wliczając może ultrafanów, do których niestety się nie zaliczam. Nie widzę tutaj ani żadnych wartości, ani żadnego post scriptum. Dalsze słowa są zbędne, nie polecam. Ocena: 3/10.

Posłuchaj