Mogwai – Hardcore Will Never Die, But You Will

Po trzech latach wraca nasz ulubiony zespół „bez wokalisty”. Co tym razem nie zaśpiewają?

Ostatki sesji zawsze wymuszają częste wyjazdy po tak zwane wpisy, ostatnia taka wyprawa miała mi zająć większy odłam czasowy, który spożytkowałem na walking po chorzowskich ulicach ze słuchawkami na uszach i podziwianiu miasta o barwach niebieskich. Z wyborem repertuaru nie miałem problemu, bo nie dawno co wrzuciłem kilka nowych wydawnictw. W tym najnowszy krążek szkockiej grupy Mogwai – Hardcore Will Never Die, But You Will (szyderczy tytuł c’nie?). Był to idealny soundtrack do moich obserwacji zatłoczonego miasta przez ludzi wracających dopiero z pracy i dziaciaków w dresach z niebieską „eRką”. I mimo, że piździało na maksa to była to dość spoko wycieczka, umilona przez Mogwai (do maks fajności jednak czegoś zabrakło, nie chodzi bynajmniej o spox muzę).

Nie miałem obaw, że ta płyta będzie stratą czasu, oni nigdy nie schodzili poniżej określonego poziomu. Mają na koncie takie klasyki jak Young Team czy też Happy Songs for Happy People. Na ostatnim longplayu Hawk is Howling czuć był pomału wypalenie formuły, zbyt ciężkie gitary i brak pomysłu. O nowej płycie tego nie mogę powiedzieć. W ich kompozycjach pojawiło się sporo świeżego powietrza, i widać, że próbują już troszkę więcej elektroniki, więcej klawiszy, ciut więcej wokalu w swoich utworach. Może w końcu ktoś chwyci się mikrofonu i powie to co powinno być powiedziane już dawno temu? Mogwai ogólnie wydaje się bardziej melodyjny i tak jakby bardziej indje. Słychać na tym albumie, że swoje parę groszy dorzucił producent Paul Savage, który wcześniej między innymi angażował się w produkcję Franz Ferdinand.

Nadal bawimy się w rozszyfrowywanie tytułów. Po raz kolejny nie zabrakło ironicznych nazewnictw tracków. Taki You’re Lionel Richie to niemalże angielskie tłumaczenie naszego Jesteś Bogiem a How to be a werewolf raczej nie wytłumaczy nam dosłownie jak być wilkołakiem, mimo, że tytuł wskazuje na to kategorycznie.

Warto dodać, że Mogwai będzie również w tym roku headlinerem na OFFie. Rojek po raz drugi ich zaprosił na swoją imprezę. Jestem przekonany, że wszyscy wynudzeni gigiem z 2008 roku powinni odczuć satysfakcję po tegorocznym koncercie.  Domieszka klasycznych utworów typu Mogwai Fear Satan, Tracy czy też Hunted by a Freak z utworami z Hardcore Will Never Die, But You Will powinna zadziałaś absorbująco na nasze umysły.Poza tym być może będzie rewanż rzucona pałeczka vs. Rafauu Rduch.

Można się przyczepić, że mało nowatorski ten album, jednakże jest z pewnością on mocnym punktem w ich dyskografii. Dawaj na balet, elo ziomale. Ocena: 8/10.

posłuchaj

Liars – Sisterworld

Przesłuchując ostatnio różnorakie zespoły grające raczej muzę ciężką do zakwalifikowania natrafiłem na płytę Sisterworld zespołu Liars. Nowojorski band już był mi wcześniej znany, w sensie kojarzyłem go i ciężko mi było zawsze nakłonić się do ich przesłuchania. Gdy w końcu to zrobiłem… Nie żałowałem.

Ci kolesie na tej płycie brzmią mocno konkretnie i przekonywająco. Liczyłem się… a w zasadzie spodziewałem się jakiegoś miauczenia, seplenienia i bóg wie jeszcze jakich nudnych rzeczy. I w sumie Scissor zaczyna się cicho, chórowo, wręcz a capella. Jednak coś się stało w momencie 1:41 i zaczął się totalny muzyczny huragan. Walący crash i nieokrzesana gitara. Potem znowu zwolnienie, ale jakie?!? klawisz i wokal. Kurcze, świetnie to brzmi. Już od pierwszego utworu mnie zachwycili. No Barrier Fun zaczyna prosty bas, ale potem kawałek się rozwija i powstaję coś nieźle psychodelicznego i pokręconego. Klimatycznego. Jest jakiś mrok, jakaś tajemnica  w tym wszystkim. Ja jestem na tak.

Podoba mi się, że jest dość żywiołowo i czasami mam wrażenie, że spontanicznie. Tak jakby grali nie myśląc co grają a utwory same powstawały. Zmiany tempa też na poziomie. Może wokalista EAngus Andrew ma dość dziwną manierę wokalną i w sumie to chyba nie umie za bardzo śpiewać, ale brzmi to dobrze z muzyką w tle. Jedno z drugim współgra. Riffy mają całkiem, całkiem. Istotnym minusem może być fakt, że w sumie płyta nie jest na tyle fajna by do niej wracać przez dłuższy czas. Jest to raczej produkt do aktualnego spożycia. Jest różnorodnie, ale czasem mam wrażenie, że może zbyt rożnie jest. Obciachu nie ma słuchając Liars.

Mimo wszystko udało im się przez te kilkadziesiąt minut słuchania albumu zaintrygować mnie swoim brzmieniem. Grają już od jakiegoś czasu na określonym poziomie poniżej którego nie schodzą co chwalebne, ale i też nie przewyższają go. Polecam na nudne, majowe, deszczowe wieczory. Natura szaleje ostatnio a przecież majowe dni powinny wyglądać inaczej, jakieś wyjazdy, beztroska, bliskość, juwenalia. Wszystko wywróżył nasz parafialny ksiądz. W jego przepowiedniach jest jeszcze mowa o katastrofach w lipcu i na jesień. Mam nadzieje, że to nie chodziło sesje hehe. Może na ten czas zrecenzuje wam Built To Spill czy coś. Póki co sprawdźcie Liars jak nie macie nic innego do roboty.Ocena: 6/10.

To może Scissor?