
W minioną sobotę miałem okazję brać udział po raz piąty z rzędu w najlepszej imprezie z muzyką elektroniczną na śląsku. Mowa o Carbon Silesia Festival, który tradycyjnie miał miejsce w Sztolni Królowa Luiza w Zabrzu. Tym razem nie mogłem pojawić się na całej imprezie, ale poniżej dowiecie się jak wyglądał sobotni dzień festiwalu.
Klasycznie każdy Carbon rozpoczynam od spaceru po całym obiekcie, by zapoznać się z nowościami podczas imprezy. Tych w tym roku nie doświadczyłem, a nawet miałem wrażenie, że na uczestników imprezy czeka jakby mniej atrakcji niż zwykle. Wystawa sztuki skupiła się na prezentacji zdjęć ze poprzednich edycji festiwalu, uboższa wydawała mi się także strefa gastronomiczna i strefa drinków. Klasycznie nie mogłem się opędzić od „zachęcaczy” do Iqosów. Ciekawą za to inicjatywą jest scena Fresh Faces, która daje szansę pokazania się klubowym debiutantom.
O 20:30 pojawiłem się pod sceną główną by sprawdzić duet Newskin. Stojący za tym projektem Bartosz Utracki i Kamil Dąbrowski dali bardzo ciekawy i przyjemny występ. Zwłaszcza, że zadanie mieli trudne, gdyż grali o wczesnej porze, która nie sprzyjała na początku frekwencji. Jednak Ci, którzy się pojawili pod główną sceną z pewnością nie żałowali. Duet całkiem zgrabnie łączy muzykę elektroniczną z gitarową, co dawało momentami efekt przypominający muzykę nie odżałowanej grupy The Rapture. Generalnie, wydaje mi się, że dobrze by było, gdyby festiwal poszedł w tą stronę przy doborze artystów na główną scenę. Z całą pewnością projekt pokazujące coś więcej niż człowieka za konsoletą cieszyłyby się większym zaintersowaniem i dodały więcej kolorytu projektowi.
W końcu udało mi się sprawdzić duet Last Robots. Co prawda pojawiają się na każdym Carbonie oraz Snowfeście, w końcu członek tej grupy Igor Fleiszer jest organizatorem tych przedsięwzięć. Jednak przeważnie ich występ kończył imprezę, a nie zdarzyło mi się wytrwać dłużej niż do czwartej rano. Tym razem ich występ był przewidziany dość wcześnie na godzinę 21:30. Nie mogłem się rozgościć dłużej na Carnall Stage, gdyż o 22:00 swój występ rozpoczynał Skalpel. Wrocławski duet uchodzi za legendę polskiej sceny muzyki elektronicznej. Początek ich działalności to rok 2000, a cztery lata później podpisali kontrakt z brytyjską wytwórnią Ninja Tune (U nich nagrywali m.in. Bonobo, Dj Shadow czy też The Cinematic Orchestra). Miałem okazję usłyszeć parę, dobrych lat temu podczas OFF Festivalu, dlatego cieszyłem się na ponowne spotkanie, tym razem w Zabrzu. Był to dobry set, który zaciekawił zabrzańską publikę. Grali około godzinę, podczas której usłyszeliśmy downbeatowy i elektro-jazzowy klimat grupy. Już mnie nie dziwi, że ich występy to zawsze duże wydarzenie. Całkowicie na to zasłużyli.
23:30 to występ tegorocznego headlinera Jana Blomqvista. Słuchałem go zawzięcie przed Carbonem, dlatego też miałem dużo frajdy w wyłapywaniu utworów, które grał na żywo. Co prawda liczyłem na jakieś żywe instrumenty, ale w zamian dostałem wokal niemieckiego DJa. Jak było? Bawiłem się równie świetnie, jak na zeszłorocznym The Blaze. Jan Blomqvist zagrał cały, swój najlepszy materiał z skupieniem się na swoim zeszłorocznym albumie „Mute„. Najmniej czasu poświęciłem Jungle Stage, gdzie byłem dosłownie chwilę by sprawdzić duet Halogenix i SP:MC. Bardzo przyzwoicie zaprezentował się brytyjski DJ Demi Riquismo, który gra mocno taneczne klimaty. Jego też występem zakończyłem tegorocznego Carbona.
Carbon Silesia Festival ponownie udowodnił, że muzyka elektroniczna na Śląsku ma się dobrze. Co prawda, tegoroczna edycja wydawała mi się uboższa, niż poprzednia. Niemniej jest to festiwal o niespotykanym klimacie, który jest dopiero odkrywany przez ludzi. Z jednej strony cieszyłoby mnie, gdyby festiwal się ciągle rozwijał i zapraszał coraz lepsze nazwy. Z drugiej strony lubię ten industrialno-kameralny klimat. Chętnie pojawię się na tym festiwalu za rok, gdyż nie ukrywam jest to mój ulubiony festiwal w ostatnim czasie.















