Jeśli dobrze liczę to był mój już 12 Off w karierze. Zaczęło się jeszcze w czasach licealnych, rok 2008 Mysłowice. Kilka dni po tym jak pozbyłem się gipsu z nogi wyruszyłem do miasta Artura Rojka. Było pięknie, spełniłem swoje muzyczne marzenia oglądając na żywo ukochaną Menomenę, Mogwai, Caribou czy też of Montreal. Mimo spuchniętej kostki i bólu narodziło się niezwykłe uczucie, które trwa do dziś.

Tegoroczna edycja była dla mnie wyjątkowa z tego względu, że po ponad 11 latach pojawiam się na niej z akredytacją medialną. Nigdy nie traciłem nadziei i cierpliwości i co roku wysłałem wniosek akredytacyjny, aż w końcu w tym roku otrzymałem pozytywne wieści od organizatora. W odwrotnym kursie niestety wylądował TNMK, który w tym roku nie przewidział żadnych akredytacji (Tauronie wstydź się!). W związku z żółtą opaską pojawiłem się w Dolinie Trzech Stawów na całe trzy dni, a nie jak to planowałem wcześniej tylko na niedzielę. Jak się bawiłem i co zobaczyłem? O tym poniżej.
Dzień I
Dzień pierwszy rozpocząłem od wizyty na Scenie Eksperymentalnej. Swoją drogą, ów scena przeważnie była najmniej przeze mnie uczęszczaną na Offie, a w tym roku wyjątkowo często na niej gościłem. Ma tylko jeden poważny minus. Jest stanowczo za mała, do tego co oferuje. Koncerty tam są niepowtarzalne, a tłum nie potrafi się tam zmieścić. Co gorsza stojąc na zewnątrz namiotu nie jesteśmy w stanie zobaczyć co dzieje się na scenie. Tutaj koniecznie przydałaby się zmiana. Wrócmy jednak do artysty, który tego dnia dał niepowtarzalny występ. Joshua Idehen, Brytyjczyk o nigeryjskich korzeniach to chodzący wulkan energii, który zaraził widownię swoim pozytywnym vibem. Była to idealna rozgrzewka przed całym Offem. Występujący w tym czasie na Scenie Orlen Tercet Imperial udowodnił, że polski folk to niekończące się źródło muzycznych inspiracji. Te mazurki mocno dawały radę. Grająca w namiocie Trójki Celine Dessberg stanowiła spokojne tło do chillowania na łące. Po nieco wydłużonej przerwie na nawodnienie pojawiłem się pod sceną Leśną by zobaczyć na żywo rapera Earla Sweatshirta. Gość ma niepowtarzalny styl i całą masę dobrego rapowego materiału, takiego w starym stylu. Posłuchajcie takich albumów jak „Doris” czy też „Some Rap Songs” to dowiecie się, że tam nie ma żadnego autotune’a ani discopolowych beatów. Generalnie Earl dał radę, jednak jeżeli ktoś oczekiwał fajerwerków to mógł się rozczarować. Te widzom zapewnili chłopaki z Flaming Lips, ale o nich za chwilę. Na moment pojawiłem się w Namiocie Trójki by pobawić się do DJ setu The Dare. Niektórzy narzekali, że momentami była zamuła. Tego nie wiem, bo te pół godziny, które tam byłem to była miazga. Świetna zabawa i dobry dobór utworów. Chciałem zostać dłużej, ale nie mogłem sobie odmówić show Flaming Lips. Widziałem ich w 2010 roku, był to jeden z najlepszych koncertów na którym byłem, dlatego postanowiłem sprawdzić formę Wayne’a Coyne’a. A ta była nieziemska. Gość ma jakieś ADHD. Co chwilę w ruchu, co chwilę z nowym gadżetem. Było wszystkiego dużo. Konfetti, wielkie dmuchane roboty, śpiewanie z kuli itd. No, ale muzycznie się obronili. Świetnie na żywo zabrzmiała płyta „Yoshimi Battles the Pink Robots„. Na mnie jednak największe wrażenie zrobiło odegranie coveru Black Sabbath utwory „War Pigs„. Flaming Lips to jednak gwarancja rozrywki i dobrej muzyki. Mocno hajpowani Los Thutanaka nieco mnie znudzili, nie porwało mnie również HTRK, dlatego też wróciłem do domu by łapać siłę na kolejne dni festiwalu.
Dzień II
Sobotni dzień Offa na papierze wyglądał dla mnie najmniej atrakcyjnie. W przeciwieństwie do widowni, gdyż drugi dzień offa miał największą frekwencję i jako jedyny się wyprzedał. Powód dość prosty, artyści skierowani do młodszego widza, którym niestety albo stety już nie jestem. Po nocnym skurczu nogi nie miałem sił by pojawić się na występie mysłowickiego rapera Drabusheyka. Zobaczyłem natomiast Ludzi Wschodu wykonywający legendarną już płytę zespołu Siekiera „Nowa Aleksandria„. O tym jak ważna to jest płyta dla punk rocka to temat na osobny wpis, trzeba jednak przyznać, że projekt Ludzie Wschodu kapitalnie odegrał ten materiał. Dużym dla mnie zaskoczeniem okazała się polska grupa Mlecze, grająca lekki i przyjemny indie pop przy zachodzącym słońcu na Scenie Głównej. Ponownie przedłużyła mi się przerwa na nawodnienie w efekcie czego przegapiłem występ Chat Pile… Na szczęście nie zabrakło mnie na Scenie Leśnej, gdzie śpiewała francuska Oklou. Jej zeszłoroczna płyta „Choke Enough” to klimatyczny i przyjemny dla ucha materiał. Tak też było w Katowicach. 33-letnia artystka dała niepowtarzalny koncert, który przez wielu został uznany za jeden z najlepszych minionej edycji OFF Festivalu. Francuska trochę snuła się po scenie, trochę huśtała na huśtawce. Kamera jej towarzyszyła nieustanie, czego efektem telebimowy obraz przypominał teledysk. Miało to jednak klimat i na prawdę wciągało. Zawiódł mnie headliner jakim był duet raperów Yung Lean i Bladee. Było dużo ognia i dymu, ale też i autotune’a. Niestety nie jestem drainerem, dlatego też dużo ciekawszą opcją był występ pakistańskiego DAM. Muzyka żywiołowa, taneczna, orientalna wchodząca momentami w funk i disco. Ważne było także przesłanie, gdyż grupa opowiada o trudnym życiu w ich państwie. Wcześniej zamówiony Uber uniemożliwił mi pojawienie się na pozostałych koncertach.
Dzień III
Niedziela dzień święty na papierze zapowiadał się dla mnie najlepiej. Tym razem bez szaleństw pojawiłem się w Katowicach już o 16, by zobaczyć przełożoną z soboty grupę Wednesday. Pomimo bardzo wczesnej pory, amerykanie dali czadu. Słuchałem przed Offem zeszłorocznego „Bleeds” oraz „Rat Saw God” i są to dobre płtyt, ale na żywo zespół z Północnej Karoliny brzmi jeszcze bardziej efektownie. A wszystko za sprawą charyzmatycznej wokalistki Karly Hartzman, która robiła wszystko by nikt nie tęsknił za MJ Lendermanem. Rzucone na start „FUCK ICE AND FREE PALESTINE” już oddawało ducha tego koncertu. Tłum szalał przy „Wound Up Here (By Holdin On), „Townies” czy też „Reality TV Argument Bleeds„, nawet wczesna dość upalna pora nie przeszkadzała. Następnie sprawdziłem projekt Współgłosy, który zaangażował grupę niepełnosprawnych jako wokalistów do swojego projektu. Powiedzcie mi kiedy ostatni raz widzieliście by na jakimkolwiek festiwalu ludzie tańczyli walca? Taki to właśnie był występ! Było uroczo i zarazem chwytliwie. Było inaczej, a taki właśnie ma być OFF Festival. Wizyty na Scenie Eksperymentalnej dostarczyła mi kolejnego odkrycia. Mowa o grupie Getdown Services. Okazuje się, że Anglicy mają swoją własną wersję grupy Wczasy. Duet Ben Sadler i Josh Law przy perkusji z automatu i gitary dali niezwykle charyzmatyczny oraz humorystyczny występ. Chłopaki szybko pozbyli się odzieży i mocno spoceni mieli świetny ubaw z występu przed katowicką publicznością. Ileż było w tym polotu i finezji! Po powrocie do domu pierwsze co odpaliłem to właśnie ich ostatnią płytę. Nie zawiódł Johnny Marr (W odróżnieniu od foszastego Morriseya). Jeżeli komuś brakuje twórczości The Smiths, to powinien koniecznie zobaczyć na żywo Marra. Anglik był wręcz cudowny, a odegrane na żywo klasyki The Smiths „This Charming Man„, „There Is a Light That Never Goes Out” czy też „Please, Please, Please Let Me Get What I Want” tylko tą tezę udowadniają. Nie zabrakło również coverów z klasykiem od Iggy’ego Popa „The Passenger„. Zdziwiło mnie, że Marr nie był headlinerem Offa, ale w sumie konkurencja była mocno i to tylko pokazuje wysoki poziom tegorocznej edycji. Kolejnym moim odkryciem był występ Nu Genea. Ileż tam było dobrej zabawy na Scenie Leśnej (Ups, Sorry Scenie Orlen). Zespół świetnie odgrywał taneczne kawałki a trzy urocze Panie raczyły nas tańcem i śpiewem.
Osobny akapit należy zostawić dla najważniejszego zespołu całej imprezy. Dla mnie nim był Deafheaven. Grupa z San Francisco powróciła do Polski po dwóch latach, a na Offa po dwunastu. Do pory koncertu Offa, udało mi się zobaczyć ich na żywo tylko raz. I w dodatku jako support przed Knocked Loose. Czekałem jednak na coś intensywniejszego i dłuższego przede wszystkim. Na szczęście doczekałem się. Grupa akurat promuje swój zeszłoroczny krążek: „Lonely People With Power”. Dlatego też setlista składała się głównie z utworów z tej płyty takich jak: „Doberman„,”Magnolia” czy zagrana na końcu „Winona„. Nie zabrakło starszych utworów takich jak: „Sunbather„, „Brought to the Water” czy też już klasycznego „Dream House”. Powiedzieć, że był to najlepszy koncert tego festiwalu to jakby nic nie powiedzieć. Wiem, że mogę nie brzmieć obiektywnie, bo kocham George’a Clarke’a i spółkę ponad wszystkie zespoły. Jednak zwróćcie uwagę na ich brzmienie, które było wręcz perfekcyjne! Kolesie poza tym z ogromem energii i zaangażowaniem technicznie zmietli wszystkich. Świetny kontakt z publiką, która została z marszu porwana do skakania (do tej pory nie potrafię doczyścić butów z kurzu). No i dobór utworów. Jasne, brakowało mi czegoś z mojego ukochanego „Ordinary Corrupt Human Love„, ale nie można mieć wszystkiego. Zwłaszcza, że ich setlista zawsze będzie wąska z racji długości utworów. Nie mniej ten koncert zachwycał, porywał i wzruszał. Niby bardzo mocne brzmienie, ale jak bardzo przejmujące. Za to kocham Deafheaven. No i świetnie, że udało mi się dorwać chłopaków do wspólnej foty i podpisania płyty. Emocje były tak wielkie, że słuchając grającego na scenie Sunny Day Real Eastate jeszcze do siebie dochodziłem. A szkoda, bo to również był wybitny koncert. Niedziela była niesamowita!
Podsumowując, OFF Festival 2026 to jedna z lepszych edycji, którą udało mi się zobaczyć. Te koncerty, które chciałem zobaczyć nie zawiodły a przede wszystkim poznałem dużo nowej, świetnej muzyki a o to chyba w tej imprezie chodzi? Miło spędziłem czas na terenie festiwalu, spotkałem wielu starych znajomych i oddałem się muzycznym emocjom w pełni. Fajnie, że pojawiła się ta platforma z miejscami siedzącymi przy Scenie Głównej i spoko, że toalety już nie są zwykłym plastkiowym tojem. Mam nadzieję, że widzimy się za rok!































