Gorący weekend w Zabrzu – relacja z Carbon Silesia Festival 2026

W minioną sobotę miałem okazję brać udział po raz piąty z rzędu w najlepszej imprezie z muzyką elektroniczną na śląsku. Mowa o Carbon Silesia Festival, który tradycyjnie miał miejsce w Sztolni Królowa Luiza w Zabrzu. Tym razem nie mogłem pojawić się na całej imprezie, ale poniżej dowiecie się jak wyglądał sobotni dzień festiwalu.

Klasycznie każdy Carbon rozpoczynam od spaceru po całym obiekcie, by zapoznać się z nowościami podczas imprezy. Tych w tym roku nie doświadczyłem, a nawet miałem wrażenie, że na uczestników imprezy czeka jakby mniej atrakcji niż zwykle. Wystawa sztuki skupiła się na prezentacji zdjęć ze poprzednich edycji festiwalu, uboższa wydawała mi się także strefa gastronomiczna i strefa drinków. Klasycznie nie mogłem się opędzić od „zachęcaczy” do Iqosów. Ciekawą za to inicjatywą jest scena Fresh Faces, która daje szansę pokazania się klubowym debiutantom.

O 20:30 pojawiłem się pod sceną główną by sprawdzić duet Newskin. Stojący za tym projektem Bartosz Utracki i Kamil Dąbrowski dali bardzo ciekawy i przyjemny występ. Zwłaszcza, że zadanie mieli trudne, gdyż grali o wczesnej porze, która nie sprzyjała na początku frekwencji. Jednak Ci, którzy się pojawili pod główną sceną z pewnością nie żałowali. Duet całkiem zgrabnie łączy muzykę elektroniczną z gitarową, co dawało momentami efekt przypominający muzykę nie odżałowanej grupy The Rapture. Generalnie, wydaje mi się, że dobrze by było, gdyby festiwal poszedł w tą stronę przy doborze artystów na główną scenę. Z całą pewnością projekt pokazujące coś więcej niż człowieka za konsoletą cieszyłyby się większym zaintersowaniem i dodały więcej kolorytu projektowi.

W końcu udało mi się sprawdzić duet Last Robots. Co prawda pojawiają się na każdym Carbonie oraz Snowfeście, w końcu członek tej grupy Igor Fleiszer jest organizatorem tych przedsięwzięć. Jednak przeważnie ich występ kończył imprezę, a nie zdarzyło mi się wytrwać dłużej niż do czwartej rano. Tym razem ich występ był przewidziany dość wcześnie na godzinę 21:30. Nie mogłem się rozgościć dłużej na Carnall Stage, gdyż o 22:00 swój występ rozpoczynał Skalpel. Wrocławski duet uchodzi za legendę polskiej sceny muzyki elektronicznej. Początek ich działalności to rok 2000, a cztery lata później podpisali kontrakt z brytyjską wytwórnią Ninja Tune (U nich nagrywali m.in. Bonobo, Dj Shadow czy też The Cinematic Orchestra). Miałem okazję usłyszeć parę, dobrych lat temu podczas OFF Festivalu, dlatego cieszyłem się na ponowne spotkanie, tym razem w Zabrzu. Był to dobry set, który zaciekawił zabrzańską publikę. Grali około godzinę, podczas której usłyszeliśmy downbeatowy i elektro-jazzowy klimat grupy. Już mnie nie dziwi, że ich występy to zawsze duże wydarzenie. Całkowicie na to zasłużyli.

23:30 to występ tegorocznego headlinera Jana Blomqvista. Słuchałem go zawzięcie przed Carbonem, dlatego też miałem dużo frajdy w wyłapywaniu utworów, które grał na żywo. Co prawda liczyłem na jakieś żywe instrumenty, ale w zamian dostałem wokal niemieckiego DJa. Jak było? Bawiłem się równie świetnie, jak na zeszłorocznym The Blaze. Jan Blomqvist zagrał cały, swój najlepszy materiał z skupieniem się na swoim zeszłorocznym albumie „Mute„. Najmniej czasu poświęciłem Jungle Stage, gdzie byłem dosłownie chwilę by sprawdzić duet Halogenix i SP:MC. Bardzo przyzwoicie zaprezentował się brytyjski DJ Demi Riquismo, który gra mocno taneczne klimaty. Jego też występem zakończyłem tegorocznego Carbona.

Carbon Silesia Festival ponownie udowodnił, że muzyka elektroniczna na Śląsku ma się dobrze. Co prawda, tegoroczna edycja wydawała mi się uboższa, niż poprzednia. Niemniej jest to festiwal o niespotykanym klimacie, który jest dopiero odkrywany przez ludzi. Z jednej strony cieszyłoby mnie, gdyby festiwal się ciągle rozwijał i zapraszał coraz lepsze nazwy. Z drugiej strony lubię ten industrialno-kameralny klimat. Chętnie pojawię się na tym festiwalu za rok, gdyż nie ukrywam jest to mój ulubiony festiwal w ostatnim czasie.

OFF Festival 2026 – Zapowiedź

Tradycyjnie już na początku sierpnia w katowickiej Dolinie Trzech Stawów odbędzie się kolejna, jubileuszowa Dwudziesta edycja legendarnego już OFF Festivalu. Miałem okazję brać już w jedenastu edycjach tej muzycznej imprezy, dzięki temu wiem jak wspaniałym doświadczeniem jest obecność na OFFie. Sprawdźmy jak zapowiada się tegoroczna edycja.

Gdzie i kiedy?

Tak jak wspomniałem we wstępie, OFF odbędzie się w katowickiej Dolinie Trzech Stawów w dniach 7-9 sierpnia. Ten, kto był w stolicy Górnego Śląska to wie, jak wiele zieleni jest w tym kojarzonym głównie z ciężkim przemysłem mieście. Dolina Trzech Stawów w sąsiedztwie lotniska Muchowiec jest właśnie taką zieloną oazą, która idealnie pasuje dla tego typu imprezy.

Kto zagra?

Główni headlinerzy to The Flaming Lips, Amyl and the Sniffers oraz Yung Lean & Bladee. Pierwszych nie trzeba zbytnio przedstawiać fanom alternatywnego grania. Założona w 1983 roku zespół z Oklahomy ma na koncie 20 albumów, jednak na OFF Festiwalu usłyszymy materiał tylko z jednej płyty. Mowa o legendarnym krążku: „Yoshimi Battles the Pink Robots”, gdzie znajdziemy takie utwory jak „Do You Realize” czy też „Fight Test”. Wayne Coyne i chłopaki wystąpili już podczas OFF Festivalu w 2010 roku i był to jeden z najlepszych koncertów na tym festiwalu. Liczymy na powtórkę! Pochodzący z Australii Amyl and the Sniffers to punk rockowa grupa, która na scenie jest od 2016 roku. Do tej pory wydali trzy albumy, z czego ostatni „Cartoon Darkness” ukazał się dwa lata temu. Yung Lean & Bladee to duet szwedzkich raperów, którzy mają na koncie wiele płyt oraz występy na najważniejszych festiwalach w Europie. Pierwszy z nich już wystąpił na OFF Festiwalu w 2016 roku, teraz pora usłyszeć duet, który wspólnie nagrał album „Psykos” w 2024 roku.

Z pozostałych nazw uwagę zwraca obecność legendarnego gitarzysy i wokalisty Johna Marra, który wybił się jako gitarzysta i kompozytor grupy The Smiths. Ma jednak także w dorobku występy w takich grupach jak m.in. Modest Mouse oraz The Cribs oraz całkiem spory zestaw solowych dokonań. Z całą pewnością artysta ma na tyle dobrego materiału, że uczestnicy OFFa poczują się doskonale. Inną głośną nazwą jest Deafheaven, o którym szerzej pisałem TUTAJ. Ciekawą pozycją wydaje się francuska wokalistka Oklou. Grająca eksperymentalny pop artystka ma do tej pory jeden album „Choke Enough” z 2025, który spotkał się z doskonałym przyjęciem przez recenzentów. Świat rapu poza szwedzkim duetem będzie reprezentował Earl Swaetshirt, którego albumy za każdym razem spotykają się z gorącym przyjęciem. Na scenę powraca Sunny Day Real Estate, którzy tworzyli z przerwami od 1992 roku do 2013 i nagrywali w legendarnym już Sub Popie. Inną legendą, która pojawi się w Katowicach jest niemiecki zespół Einstürzende Neubauten, który na koncie ma 13 albumów, z czego ostatni „Rampen” ukazał się dwa lata temu. Reprezentanci Nowej Niemieckiej Fali to przede wszystkim zamiłowanie do eksperymentów z gatunkami muzycznymi i niezwykła sceniczna ekspresja. To powinno być show.

Wyjątkowo mocno zapowiada się polska reprezentacja. Ludzie Wschodu zagrają kultową już „Nową Aleksandrię” od Siekiery. Sporo dobrego można powiedzieć o polskiej grupie jazzowej Błoto. Debiutowali w 2020 roku albumem „Erozje”, jednak to ich piąty album z zeszłego roku przniósł im spory rozgłos. Mowa o krążku „Grzyby”. Ciekawie zapowiada się występ rapera Drabusheyka. Pochodzący z Mysłowic raper (Sąsiad Artura Rojka, hehe) to reprezentant eksperymentalnego underground. Jedno jest pewnie – nie oczekujcie tradycyjnego koncertu. Poza tym wystąpią m.in. Współgłosy, Dom Zły, Mlecze, AGNT, Michał Anioł czy też Niechęć.

W jakiej cenie bilety?

W chwili obecnej trzydniowy karnet to koszt 769 zł, bilet weekendowy to wydatek rzędu 569 zł.

Pozostałe informacje?

Wszelkie informacje znajdziecie na stronie http://www.off-festival.pl

https://www.tiktok.com/@paweuu.alternativ/photo/7656400399993163040

Chłopaki nie płaczą – recenzja serialu „The Boys”

Na początku zaznaczę, że kino superbohaterskie nie jest moim konikiem. Szanuje jedynie Batmana, aczkolwiek nie wszystkie filmy. Oczywiście widziałem ważniejsze pozycje ze Supermanem, Strażnikami Galaktyki czy Avengersami na czele. Nie mniej film zawsze traci w moich oczach, gdy na ekranie dzieją się wyjątkowe głupoty a główni bohaterowie mają ubrane majtki na rajtuzy. Dlatego też po przeczytaniu opisu serialu „The Boys” nie nastawiałem się na coś wybitnego. I jakiż byłby to błąd, gdybym nie sięgnął po serial stworzony przez Erica Kripke.

Słów kilka o fabule. Serial przedstawia losy Hughie Campbella (Jack Quaid), którego dziewczyna ginie przez jednego z popularnych superbohaterów A-Traina (Jessie T. Usher). Na swojej drodze spotyka Billy’ego Rzeźnika (Karl Urban), który również szuka zemsty na tak zwanej siódemce, której dowodzi psychopatyczny Homelander (Antony Starr). W ten sposób nawiązuje się walka pomiędzy grupą Rzeźnika a popularnymi w Stanach Zjednoczonych Superbohaterami.

Główną zaletą tej produkcji jest świat przedstawiony. Superbohaterowie tutaj są wyłącznie „super” z nazwy. Przeważnie są to dość odrażające postacie, które dla realizacji własnych celów używają supermocy. Twórcy serialu nie kryli się zbytnio z odniesieniami politycznymi i ostatnimi wydarzeniami, które miały miejsce za Oceanem, które pokazywane są w podobny sposób na ekranie. Homelander to w zasadzie karykatura obecnego prezydenta Stanów Donalda Trumpa. Ogromne ego, leczenie własnych kompleksów władzą, supermoce jako metafora ogromnej fortuny. Z kolei przedstawiona w późniejszych sezonach walka wyznawców Homelandera z tak zwanymi „Starlighterami” to klasyczny podział republikanie – demokraci. Ponadto znajdziemy kwestie religijne, manipulacje telewizyjne, problem mniejszości seksualnych czy też imigracji. Każdy odcinek mógłby być analizowany przez doktorów politologii i socjologii, pod kątem współczesnych problemów Stanów Zjednoczonych. W związku z tym fikcyjny świat serialu wydaje się być bardzo rzeczywistym.

Druga główna zaleta to łączenie akcji z humorem. Niektóre sceny są tak „odjechane”, że nie można na nie patrzeć przez pryzmat komedii. Swoją drogą nazwa „The Boys” jest mocno adekwatna do tego serialu. To na prawdę mocno męska rzecz. Nieustanne pokazywanie środkowego palca, przeklinanie, żartowanie z odbytów, napominanie o pornosach czy też przywoływanie kultowej muzyki to jak wejście pomiędzy chłopaków z podwórka i wsłuchanie się w ich życie i rozmowy. Ponadto niektóre supermoce, niekórych postaci to istne kuriozum jak np. gość z nadludzkim przyrodzeniem, człowiek kret, który kopie tunele jedząc ziemię i ją wydalając czy gość z moszną jak worek z kamieniami.

Dobrze napisane postacie to kolejny pozytywny aspekt omawianej produkcji. Pozornie dobre postacie jak chociażby Butcher nie zawsze są pozytywnymi postaciami, a pozornie negatywne nie do końca są złę. Świat nie jest czarno-biały, ma pierdyliard odcieni szarości. Dlatego też główny złol serialu – Homelander momentami mógł nas przejmować swoją samotnością a wspomniany wcześniej Rzeźnik wkurzać swoją nonszalancją i brakiem empatii. To w zasadzie duża zasługa pierwowzoru serialu jakim jest komiks autorstwa Garetha Ennisa oraz Daricka Robertsona. Nie tylko ta dwuznaczność zachowań przyciąga naszą uwagę. Każdy z bohaterów ma w sobie coś, co przykuwa naszą uwagę. Cycuś w każdym odcinku ma koszulkę z innym legendarnym rapowym składem, kibicujemy związkowi Francuza z Kimiko a nade wszystko uwielbiamy wstawki od Soldier Boya (Jensen Ackles).

Niestety nie obeszło się bez pewnych rozczarowań czy też negatywnie komentowanych aspektów. Dla wielu rozczarowujące są dwa ostatnie sezony serialu, zwłaszcza mocno odbiegająca od komiksowego główne zakończenie. Niestety dla mnie, także było nieprzekonywujące. Nie chcę spolierować, ale po takim dawkowaniu napięcia, jakie dostawaliśmy od początku serialu spodziewałem się większych fajerwerków. Nie mniej potrafię przyjąć ów zakończenie i nie stanowiło to dla mnie takiego problemu jak chociażby w wypadku „Gry o Tron” czy też „Zagubionych„. Szeroko komentowana była także nagła zmiana Starlight. I nie chodzi tutaj, że zmieniono grającą nią aktorkę (W tym przypadku Erin Moriarty) a to, że sama aktorka pomiędzy sezonami przeszła operacje plastyczną i jej wygląd zmienił się na moim zdaniem dużo gorszy.

Generalnie jestem zachwycowny tym serialem i chętnie sięgnę w wolnej chwili po komiks, gdyż ta historia totalnie od mnie trafiła. Serial Erica Kripke to jedna z lepszych serialowych rzeczy, jakie widziałem w ostatnim czasie. Czekałem na tą recenzję do końca serial, gdyż wolę oceniać dzieło z perspektywy zakończonego by mieć pełen obraz. Pomimo słabszych dwóch ostatnich sezonów z czystym sercem polecam produkcję dostępną na Amazon Prime Video.