Chłopaki nie płaczą – recenzja serialu „The Boys”

Na początku zaznaczę, że kino superbohaterskie nie jest moim konikiem. Szanuje jedynie Batmana, aczkolwiek nie wszystkie filmy. Oczywiście widziałem ważniejsze pozycje ze Supermanem, Strażnikami Galaktyki czy Avengersami na czele. Nie mniej film zawsze traci w moich oczach, gdy na ekranie dzieją się wyjątkowe głupoty a główni bohaterowie mają ubrane majtki na rajtuzy. Dlatego też po przeczytaniu opisu serialu „The Boys” nie nastawiałem się na coś wybitnego. I jakiż byłby to błąd, gdybym nie sięgnął po serial stworzony przez Erica Kripke.

Słów kilka o fabule. Serial przedstawia losy Hughie Campbella (Jack Quaid), którego dziewczyna ginie przez jednego z popularnych superbohaterów A-Traina (Jessie T. Usher). Na swojej drodze spotyka Billy’ego Rzeźnika (Karl Urban), który również szuka zemsty na tak zwanej siódemce, której dowodzi psychopatyczny Homelander (Antony Starr). W ten sposób nawiązuje się walka pomiędzy grupą Rzeźnika a popularnymi w Stanach Zjednoczonych Superbohaterami.

Główną zaletą tej produkcji jest świat przedstawiony. Superbohaterowie tutaj są wyłącznie „super” z nazwy. Przeważnie są to dość odrażające postacie, które dla realizacji własnych celów używają supermocy. Twórcy serialu nie kryli się zbytnio z odniesieniami politycznymi i ostatnimi wydarzeniami, które miały miejsce za Oceanem, które pokazywane są w podobny sposób na ekranie. Homelander to w zasadzie karykatura obecnego prezydenta Stanów Donalda Trumpa. Ogromne ego, leczenie własnych kompleksów władzą, supermoce jako metafora ogromnej fortuny. Z kolei przedstawiona w późniejszych sezonach walka wyznawców Homelandera z tak zwanymi „Starlighterami” to klasyczny podział republikanie – demokraci. Ponadto znajdziemy kwestie religijne, manipulacje telewizyjne, problem mniejszości seksualnych czy też imigracji. Każdy odcinek mógłby być analizowany przez doktorów politologii i socjologii, pod kątem współczesnych problemów Stanów Zjednoczonych. W związku z tym fikcyjny świat serialu wydaje się być bardzo rzeczywistym.

Druga główna zaleta to łączenie akcji z humorem. Niektóre sceny są tak „odjechane”, że nie można na nie patrzeć przez pryzmat komedii. Swoją drogą nazwa „The Boys” jest mocno adekwatna do tego serialu. To na prawdę mocno męska rzecz. Nieustanne pokazywanie środkowego palca, przeklinanie, żartowanie z odbytów, napominanie o pornosach czy też przywoływanie kultowej muzyki to jak wejście pomiędzy chłopaków z podwórka i wsłuchanie się w ich życie i rozmowy. Ponadto niektóre supermoce, niekórych postaci to istne kuriozum jak np. gość z nadludzkim przyrodzeniem, człowiek kret, który kopie tunele jedząc ziemię i ją wydalając czy gość z moszną jak worek z kamieniami.

Dobrze napisane postacie to kolejny pozytywny aspekt omawianej produkcji. Pozornie dobre postacie jak chociażby Butcher nie zawsze są pozytywnymi postaciami, a pozornie negatywne nie do końca są złę. Świat nie jest czarno-biały, ma pierdyliard odcieni szarości. Dlatego też główny złol serialu – Homelander momentami mógł nas przejmować swoją samotnością a wspomniany wcześniej Rzeźnik wkurzać swoją nonszalancją i brakiem empatii. To w zasadzie duża zasługa pierwowzoru serialu jakim jest komiks autorstwa Garetha Ennisa oraz Daricka Robertsona. Nie tylko ta dwuznaczność zachowań przyciąga naszą uwagę. Każdy z bohaterów ma w sobie coś, co przykuwa naszą uwagę. Cycuś w każdym odcinku ma koszulkę z innym legendarnym rapowym składem, kibicujemy związkowi Francuza z Kimiko a nade wszystko uwielbiamy wstawki od Soldier Boya (Jensen Ackles).

Niestety nie obeszło się bez pewnych rozczarowań czy też negatywnie komentowanych aspektów. Dla wielu rozczarowujące są dwa ostatnie sezony serialu, zwłaszcza mocno odbiegająca od komiksowego główne zakończenie. Niestety dla mnie, także było nieprzekonywujące. Nie chcę spolierować, ale po takim dawkowaniu napięcia, jakie dostawaliśmy od początku serialu spodziewałem się większych fajerwerków. Nie mniej potrafię przyjąć ów zakończenie i nie stanowiło to dla mnie takiego problemu jak chociażby w wypadku „Gry o Tron” czy też „Zagubionych„. Szeroko komentowana była także nagła zmiana Starlight. I nie chodzi tutaj, że zmieniono grającą nią aktorkę (W tym przypadku Erin Moriarty) a to, że sama aktorka pomiędzy sezonami przeszła operacje plastyczną i jej wygląd zmienił się na moim zdaniem dużo gorszy.

Generalnie jestem zachwycowny tym serialem i chętnie sięgnę w wolnej chwili po komiks, gdyż ta historia totalnie od mnie trafiła. Serial Erica Kripke to jedna z lepszych serialowych rzeczy, jakie widziałem w ostatnim czasie. Czekałem na tą recenzję do końca serial, gdyż wolę oceniać dzieło z perspektywy zakończonego by mieć pełen obraz. Pomimo słabszych dwóch ostatnich sezonów z czystym sercem polecam produkcję dostępną na Amazon Prime Video.

CARBON Silesia Festival 2026 – Zapowiedź

Już na prawdę nie wiele dni dzieli nas od rozpoczęcia kolejnej edycji zabrzańskiego CARBON Silesia Festival. Tradycyjnie już, wrzucam w tym miejscu najważniejsze informacje dotyczące tego wyjątkowego wydarzenia.

Gdzie i kiedy?

Standardowo festiwal odbędzie się w samym czarnym sercu Górnego Śląska, czyli Sztolni Królowa Luiza w Zabrzu w dniach 19-20 czerwca. Miejsce to ma niesamowity, industrialny klimat, który idealnie komponuje się z muzyką, którą można usłyszeć ze scen Carbona.

Kto wystąpi?

Głównymymi headlinerami tegorocznej edycji festiwalu są WhoMadeWho oraz Jan Blomqvist. Pierwsi to duńskie trio, składające się z: Tomasa Høffdinga, Jeppe Kjellberga oraz Tomasa Barfoda. Ich początki sięgają roku 2003, kiedy to powstała formacja w stolicy Danii – Kopenhadze. Ich styl muzyczny to mieszanka elektroniki z rockowymi instrumentami, coś pomiędzy dance-punkiem a muzyką klubową czy też tech-housem. Do tej pory wydali 8 albumów długogrających oraz wiele (na prawdę wiele) innych wydawnictw. Miałem kiedyś okazję zobaczyć ich na żywo podczas TNMK i uwierzcie, sprawdzają się na żywo! Zwłaszcza z żywymi instrumentami. Drugi headliner to pochodzący z Berlina (stolicy techno) Jan Blomqvist. Swoją przygodę rozpoczynał od grania na gitarze w zespole punkowym. Dla muzyki rzucił inżynierię lotniczą oraz matematykę, którą studiował. Dziś jego pasje słychać w jego twórczości. Do tej pory wydał pięć długograjów, z czego ostatni „Mute” ukazał się w zeszłym roku. Na jego występie możemy także się spodziewać żywych instrumentów oraz wiele wzniosłych chwil!

Niezwykle ciekawie zapowiada się występ Demi Riquisimo. Ten urodzony w Wielkiej Brytanii i wychowany w Detroit producent oraz DJ, obecnie mieszka i tworzy w Londynie. Karierę pod tym pseudonimem rozpoczął w 2019 roku, szybko zdobywając uznanie dzięki brzmieniom inspirowanym acid house’em, italo disco oraz house’em lat 90. Jest założycielem cenionej wytwórni Semi Delicious, która świętuje już 7 lat działalności. Artysta regularnie występuje na największych festiwalach, takich jak Glastonbury, Lost Village czy Love Saves The Day. Jego nagrania ukazują się w barwach Life & Death, Ninja Tune czy Higher Ground, a do fanów artysty zaliczają się m.in. The Chemical Brothers, Pete Tong, Seth Troxler czy Job Jobse. Inną ciekawą nazwą z line-upu jest Axel Boman. Urodzony w Szwecji DJ i producent swoją drogę rozpoczął w sztokholmskiej akademii DJ-skiej Fryshuset, gdzie zamiast hip-hopu odkrył pasję do techno i house’u. Warto także wspomnieć o takich artystach jak: Sally C, Folkness, Halogenix czy też Sofia Kourtesis, którzy także pojawią się w Zabrzu.

Po raz kolejny ciekawie zapowiada się rodzima reprezentacja na Carbonie. Wystąpi m.in. legendarny duet Skalpel, którego fanom muzyki elektronicznej przedstawiać zbytnio nie trzeba czy też Kuba Sojka, Last Robots, Michał Macewicz, NOV1K, Julia Rover czy też DJ Polkomtel.

Koszt biletu?

W chwili obecnej są sprzedawane karnety dwudniowe w cenie 362,9 zł. Dostępne są również bilety jednodniowe w cenie 191,90 zł.

Pozostałe informacje?

Wszystko znajdziecie na stronie http://www.carbonfestival.pl

Apokaliptyczna wizja świata po wojnie nuklearnej – recenzja filmu „Threads”

Zimna wojna, sytuacja geopolityczna, napięte stosunki na linii Stany Zjednoczone – Związek Radziecki, kryzys kubański a przede wszystkim zrzucenie bomb atomowych w Hiroszimie i Nagasaki w 1945 roku miały bezpośredni wpływ na powstanie wielu filmów, których głównym tematem była wojna nuklearna i jej efekty. Od lat 60 do 80 powstało wiele takich produkcji jak chociażby „Dr. Strangelove” Stanleya Kubricka z 1964 roku, „Gry Wojenne” (1983), „The Day After” (1983), „Fail Safe” (1964), „On The Beach” (1959) czy też „Threads” (1984). Ostatni z wspomnianych tytułów zrobił na mnie największe wrażenie, dlatego też w dzisiejszym wpisie skupie się na filmie „Nici„.

Threads” to brytyjski obraz z 1984 roku w reżyserii Micka Jacksona wyprodukowany przez stacje BBC. Fabuła skupia się na kilku bohaterach, mieszkańcach angielskiego miasta Sheffield. Ich codzienność miesza się z wiadomości na temat nadchodzącego konfliktu zbrojnego pomiędzy Nato a Układem Warszawskim. Gdy nadchodzi to co nieuchronne, jesteśmy świadkami walki o przetrwanie. Jackson w filmie „Threads” obrał formę chłodnego paradokumentu. Momenty fabularyzowane mieszają się z formą dokumentu i komentarzem narratora. Film można podzielić na trzy akty. Pierwszy pokazujący życie na chwilę przed atakiem, drugi to moment wybuchu i jego pierwsze następstwa oraz finałowy ukazujący życie mieszkańców na długo po ataku. Napięcie budowane jest stopniowo poprzez wkradające się życie bohaterów komunikaty prasowe, wiadomości radiowe i telewizyjne. Film dość rzetelnie i surowo ukazuje wszystkie wydarzenia. Bez żadnej oceny, opiniowania oraz zbędnego komentarza. Widoczne na ekranie straszliwe następstwa wojny nuklearnej są już komentarzem same w sobie.

Film nie epatuje przemocą ani zbędnym rozlewem krwi. Jednak jego seans jest wstrząsający i może być dla wielu traumatyczny. Gdyż, to co widzimy na ekranie to rzeczy realne i wydawać by się mogło coraz bardziej prawdopodobne. Zwłaszcza, że w ostatnim czasie nie brakuje konfliktów zbrojnych w różnych częściach naszego globu. Widzimy tutaj moment paniki w chwili ataku, próby ratowania dobytku, szukanie schronienia, wszelakie efekty choroby popromiennej, umieranie z głodu, wyczerpania, wyziębienia (w lipcu była zima) czy też morderstwa pomiędzy ludźmi walczącymi o żywność. Pieniądze straciły ważność, jedynie poprzez pracę można uzyskać do i tak skromnych racji żywnościowych. Do ocalałych domostw są przypisywanie ludzie do zamieszkania, całe grupy ludzi są zamykane w obozach karnych za kradzieże. Okazuje się, że Państwo całkowicie przestaje działać, a przetrwają tylko najsilniejsi.

Podsumowując, „Threads” to obraz na pewno smutny i wstrząsający. Dający jedna do myślenia. Jego dokumentalizowana forma wpływa na odbiór czegoś autentycznego. Nie ma tutaj miejsca na typowo hollywodzkie zabiegi jak nieśmiertelni i ponad naturalnie silni główni bohaterzy, wielkie wybuchy i ucieczki samochodem, wysokobudżetowe efekty specjalne oraz finałowy happy end. Jesteśmy świadkami napiętego oczekiwania na początek wojny, walki o przetrwanie i wieloletnich następstw ataków jądrowych. Pomimo upływu ponad 40 lat od premiery film wciąż przeraża i prowadzi nas do dyskusji, czy do takiego Świata dążymy? Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.