Alessandro Nesta

Sandro Nesta jak to każde dziecko w jego wieku lubił biegać za piłką do późna. Jako, że mieszkał w stolicy Włoch to nie brakowało mu kompanów do gry i nie musiał grać ze swoim psem…

Jego pasja była tak wielka, że rodzice postanowili zapisać go do szkółki piłkarskiej w Rzymie. Z dzisiejszego punktu widzenia dobrze zrobili bo Sandro wyrósł na najlepszego obrońcę Świata i zarabia rocznie parę milionów grając w najlepszym klubie Świata.

Nesta swoją przygodę z wielką piłką rozpoczynał w stołecznym Lazio a mało brakowało by trafił do odwiecznego rywala – Romy. Pierwszy jego talent zauważył Francesco Rocca – wyszukiwacz talentów Romy. Młodzieniaszek Sandro był gotowy już podpisać kontrakt z Romą gdy całą sprawę kontraktu sprowadził do parteru jego ojciec – fan Lazio. I tak o to w 1985 roku Alessnadro Nesta trafia do primavery Lazio. Grywał tam na różnych pozycjach, od obrońcy po napastnika. Jego debiut w Serie A następuje 8 lat później. Następnie w 1997 roku Sandro zostaje kapitanem Lazio. Trafiło mu się akurat, że Lazio wtedy było jedną z najlepszych drużyn nie tylko we Włoszech. Zdobył z nią wiele pucharów a i grał z wieloma gwiazdami takimi jak Nedved, Crespo, Veron czy też Vieri. Punkt kulminacyjny nastąpił w 2000 roku, gdy drużyna zdobyła Scudetto.

Dalej było już tylko gorzej. Klub popadł w długi i rozpoczął sprzedawanie gwiazd. długo nie było wiadomo, gdzie Nesta trafi. ostatniego dnia sierpnia, 15 minut przed zamknięciem okienka transferowego za 30 milionów dolarów trafił do Milanu.

Tu także Sandro dobrze trafił. Drużyna akurat miała nowy skład i walczyła o najwyższe cele. Z Milanem Nesta wygrał między innymi Scudetto i dwa razy zdobył Puchar Mistrzów. Poza tym przez cały ten czas prezentował barwy Włoch na arenie międzynarodowej. W 2006 roku zdobył z drużyną tytuł Mistrza Świata, jednak sam Nesta nie pograł zbyt wiele po nabawił się kontuzji na etapie gier grupowych.

Nesta to nie tylko najlepszy obrońca. Uchodzi za największego przystojniaka we włoskim futbolu. W końcu włoska uroda. Można go także nazwać uzdrowicielem. Zdarzyło mu się, że dzięki niemu jego nastoletnia idolka wybudziła się ze śpiączki. Rodzina poprosiła by pomógł. Śpiącej dziewczynie puszczano w kółko kasetę z nagranym monologiem Nesty do dziewczyny. Po kilku godzinach nastolatka się obudziła.

Na koniec dodam, że Nesta kończy w dniu dzisiejszym 32 urodziny stąd ta nota. Forza Sandro.

Green Street Hooligans

Ostatnimi czasy temat piłki nożnej i środowiska wokół tego sportu jest modny w światowej kinematografii. Nie mówię, że wychodzą same genialne filmy o najpiękniejszym sporcie na świecie i o kibolach bo wręcz odwrotnie. Ten kto widział choćby Football Factory albo Goal może się przekonać o tym, że mecze choćby polskiej ekstraklasy są ciekawsze.

Green Street Hooligans to nie jest film o pseudokibicach jakby wskazywał na to tytuł. Oczywiście nasi bohaterowie są ulicznymi rozrabiakami, ale to wszystko i tak jest w tle. Film w zasadzie opowiada o wszystkich ważnych wartościach: o poświęceniu, miłości, wartościach rodzinnych, przyjaźni itd. Amerykański standard został przeniesiony w realia angielskich kibiców. Amerykanie zrobili to perfekcyjnie, należą się za to brawa. Jednak jedno jest pewne, amerykanie nigdy nie zrobią filmu o piłce nożnej, który porwie każdego europejczyka. Oni się nie znają na piłce. Tyle na ten temat. Z reszta zawarta jest w filmie konfrontacja pomiędzy bejsbolem a piłką nożną.

Fabuła jest interesująca. Matt Buckner – student dziennikarstwa na Harvardzie zostaje niesłusznie wyrzucony. Nie mogąc się dodzwonić do ojca postanawia pojechać do swojej siostry mieszkającej w Londynie. Na miejscu poznaje Pete’a Dunhama, który wprowadza go w środowisko kibiców jednej z londyńskich drużyn – West Ham United. Po jednym z meczów Matt zostaje zaatakowany przez kibiców Chelsea, od tego momentu nasz bohater coraz bardziej wchodzi w środowisko kiboli i coraz bardziej mu się to podoba. Wszystko układa się idealnie do momentu gdy jego nowi kumple dowiadują się, że Matt jest niedoszłym dziennikarzem. Trzeba tu wspomnieć, że nasza paczka zwana GSE nie za bardzo przepada za dziennikarzami…

Niewiarygodną niespodzianką tego filmu jest Elijah Wood. Przed obejrzeniem filmu każdy pewnie sobie myślał: „Elijah (czyt. Elajdża) kibolem? Absurd!” No bo jak niby aktor mający 170 cm wzrostu o ślicznej buźce i przeszłości gnoma może zagrać angielskiego dresa? A jednak może, początkowo nasz bohater jest taką „ciotą” na jaką wygląda by ostatecznie przejść przemianę. I tu się udało Amerykanom. Na prawdę dobra rola Elijaha.

Ogólnie dobór aktorów wyjątkowo udany. Charlie Hunnam idealnie pasował do roli angielskiego rozrabiaki co chwile przeklinającego z angielskim akcentem. Mnie przekonał, chodź niektórym osobom wydał się nawet słodki w tej roli. Przemilczmy. Reszta paki także nieźle dobrana, typowe rude, angielskie ryje. Nic dodać, nic ująć.

Podobały mi się sceny z bójkami. Nasi bohaterowi mimo wszystko nie są niezniszczalni. Poleje się dużo krwi. Mocno realistyczne.

Na koniec dodam, że ścieżka dźwiękowa idealnie pasuje do tego obrazu. Warto zobaczyć ten film mimo wszystko. Nie dowiemy się niczego o psychice kibola, ale zobaczymy dobry film. Aż chce się po obejrzeniu jego iść z kumplami na piwo do Pubu. Ocena: 8\10.

Zodiak

Dobre opinie na temat tego filmu oraz fakt, że został wyreżyserowany przez Davida Finchera w zupełności wystarczyły by skłonić mnie do obejrzenia „Zodiaka”. Film został oparty na prawdziwych wydarzeniach, które rozegrały sie na przełomie lat 60. i 70., co dodatkowo zaintrygowało mnie jako odbiorcę tego obrazu.

Film ten przedstawia losy śledztwa w sprawie seryjnego zabójcy „Zodiaka”. Morderca, który sam się ochrzcił Zodiakiem przyznaje się telefonicznie oraz listownie do popełnionych morderstw w regionie San Francisco. Śledztwo prowadzą detektywi David Toschi oraz William Armstrong, natomiast dziennikarz Paul Avery prowadzi także własne dochodzenie. Całą sprawą jest także zainteresowany niedoceniany rysownik komiksów do dziennika San Francisco Chronicle – Robert Graysmith. Po licznych publikacjach artykułów na temat Zodiaka w gazetach i jego rozmowie telefonicznej podczas jednego z programów telewizyjnych następuje masowa histeria. W mediach nie mówi sie o niczym innym, nawet nasz główny bohater rysownik Robert Graysmith podczas wyjścia do pubu z Paulem Avery oraz podczas randki ze swoją przyszłą żoną rozmawia tylko na temat tajemniczego mordercy. Wszyscy za wszelką cenę chcą się dowiedzieć kim jest nieuchwytny psychopata, który zadawala się poprzez zabijanie.

Ten film to kolejny argument by zachwalać Davida Finchera, twórcę takich klasyków kina jak: „Podziemny Krąg„, „Siedem” czy też „Obcy 3”. W Zodiaku wykreował niepowtarzalny klimat lat 70. Ponad to w filmie połączył wszystkie najlepsze cechy kryminału oraz thilleru. Ukazał pełna degradację bohaterów, którzy całkowicie zostali pochłonięci śledztwem Zodiaka. Graysmith im dłużej przyglądał się sprawie tym dalej odsuwał się od rodziny natomiast Paul Avery przez alkoholizm został wyrzucony z redakcji San Francisco Chronicle. Także losy detektywów badających sprawę nie są uwieńczone sukcesem co powoduje wśród nich wielkie rozczarowanie.

W zasadzie ten film to same pozytywy. Ciekawa fabuła, która wprowadza w niektórych momentach wysokie napięcie. Gra aktorska jest na wyjątkowo dobrym poziomie mimo, że nie pojawiają się żadne głośne nazwiska. Na specjalne wyróżnienie zasługuje muzyka, która jest odpowiednia jak na klimat lat 70. Wprowadza doskonały nastrój tamtych lat. Ponadto w filmie pojawia się wiele rekwizytów oraz motywów doskonale oddające realia tamtych lat jak np. pierwsza gra telewizyjna, film o Brudnym Harrym czy też wzmianka o hipisach. Ciekawa jest także praca operatora, pojawia się wiele ciekawych sposobów kadrowania np. z wnętrza samochodu.

Reżyser w swoim dziele zawarł także wiele krytyki związanej z funkcjonowanie policji ukazując wiele zbędnych formalności w procesie złapania Zodiaka a także jak bardzo policjanci są niekompetentni w pracy, która pełnią. Pojawiający się często zwrot: „niebieskie świnie” w pełni ukazuje stosunek Finchera do pracy policji podczas śledztwa. Fincher w pewien także sposób drwi z socjologów poprzez ukazanie jednego z nich w dobie spotkania z mordercą. Wszelkie jego podejścia psychologiczne do agresora okazały się nieskuteczne, gdy ten wyciągnął nóż i go zadźgał.

Jedyną wadą jaką można obarczyć film jest jego długość. Dwie i pół godziny dla niejednego odbiorcy może być męczące przez co nie raz zdarzyć może się zgubienie wątku. Akcja ani na minute nie zwalnia tempa, cały czas pojawiają sie nowe wątki, doniesienia w sprawie psychopatycznego mordercy z San Francisco. Nie małe zamieszanie powodują także częste zmiany miejsca i czasu wydarzeń. Nie ma mowy o zwolnieniu chociaż na chwile, nie ma chwili na przemyślenie całej, zaistniałej sytuacji. Pojawiające się to ciągle nowe daty i nazwiska powodują chaos w naszej głowie. Z drugiej strony, gdyby wprowadzić takie moment zwalniające tempo akcji to automatycznie film by się wydłużył do długości już absolutnie nie funkcjonalnej we współczesnej dobie komercjalizmu, gdzie film, który ma się sprzedać musi trwać półtorej godziny. Jednym słowem to by sie nie przeszło bez wycięcia wielu ważnych wątków.

Mimo, że film w żaden sposób nie zmienia naszego życia, nie wnosi do naszego egzystowania żadnych nowych wartości to spełnia podstawową funkcję. Zapewnia nam ponad dwu godziną rozrywkę. W pewien sposób nas intryguje, zmusza to całkowitego skupienia. Za wszelką cenę wyzwala w nas chęć zrozumienia zagadki Zodiaka i między innymi dlatego warto zobaczyć ten film. Ocena: 7\10.