Fleet Foxes – Fleet Foxes

fleet-foxesNietaktem byłoby nie napisać o tej płycie. A zwłaszcza, że recenzje tej płyty pojawiły się już wszędzie. Na Pitchforku, Porcysie, Screenagers no i na headphonesporno. Dobra, koniec tej darmowej reklamy. Najważniejsze by recenzje pojawiły się tutaj! Ha! I tak jest. Fleet Foxes na Paweuu Alternativ Blog.

Nie chodzi o to, że piszę o Fleet Foxes bo tak wypada, bo ma dobre recenzje, bo ktoś tak sugeruje to ja też muszę tak napisać. Oczywiście przychylne recenzje zachęcają, to naturalne. Jednak nie zawsze trzeba się z nimi zgadzać. W tym przypadku zgadzam się. Fleet Foxes rządzi i dzieli w tym momencie. Jeżeli nie zachęcę Cię w tej recenzji to przeczytaj którąś z wyżej wymienionych. Na pewno skończy się na tym, że Fleet Foxes przesłuchasz przed 2009.

Dlaczego Fleet Foxes rządzi? W moim przypadku wszystko rozbija się o te pozytywne skojarzenia. Co sobie wyobrażacie kiedy słuchacie Fleet Foxes? Ja to widzę tak:

Red Squirrel/Sun Rises: Osada zbudowana z drewnianych domków. Wokół las, góry. Za gór widać piękne, czerwone, zachodzące już słońce. Z domków uwalnia się szary dymek. Przy kominku siedzi wesoła rodzinka, która z uśmiechami na twarzy sobie nuci pieśni. Nad kominkiem widnieje portret rodziny. Obok stoi wazon z słonecznikami.

White Winter Hymnal: Facet z wąsem siedzący w małej wannie szorujący pięty pumeksem. Nuci sobie: ” I was following the pack”. Wszędzie piana, unosząca się para. Za oknem widać prószący, bieluteńki śnieg.

Your Protector: Dzika preria. Z daleka można zauważyć kowboja galopującego na koniu. Oczywiście wszystko na tle ogromnego słońca. Za kowbojem rozprzestrzenia się kurz. Kowboj w gębie trzyma źdźbło trawy. To nasz obrońca.

Meadowlark: Obraz alejki otoczonej  drzewami. ławki, ludzie, radość. Niebieskie niebo, ogólne zadowolenie z życia. Piękna dziewczyna czytająca książkę na ławce. Z pewnością nie jest to park w Mikołowie… To piękne miejsce.

Jak widać wizję dość sielankowe, pozytywne oraz radosne. Oczywiście to wytwory mojej zboczonej wyobraźni. Z pewnością wasze są podobne. Każdy marzy bądź marzył o pięknych miejscach, widokach, dziewczynach (to naturalne!) itp. Fleet Foxes dodatkowo potęguje te wizję. Wypełnia je swoją niebiańską muzyką. Bez zbędnego patosu, popowych melodyjek, durnowatych tekstów, które na siłę mają być fajne. O nie. Zupełna naturalność.

Nie w sposób jest nie docenić tej kreatywności. Bo Fleet Foxes ze swoim debiutanckim albumem to mocny punkt jeżeli chodzi o rok 2008 a nawet początek XXI wieku. Natomiast Robin Pecknold to nazwisko, które koniecznie trzeba gdzieś odnotować.

Pojawia się tylko jeden problem. Jak zdefiniować muzykę amerykanów? Popularny serwis pomagający scroblować muzę podpowiada:  folk, indie, indie rock, folk rock, lo-fi. Dziwne, że nikt nie wymyślił jeszcze czegoś takiego: indie folk. To byłaby jazda. Pionierzy. Chyba, że już to ktoś wymyślił a ja jestem nie w temacie. A tak na serio. Dużo tu z folku. Jednak ja to określę szeroko rozumianą alternatywą. Tak jest wygodniej.

I co? Chcesz posłuchać Fleet Foxes? Jasne, że chcesz. Ocena: 8\10. ” There’s nothing I can do, There’s nothing I can say”. Obejrzyj jeszcze White Winter Hymnal.

Death Cab for Cutie – Something About Airplanes

deathcabsomethingGdy usłyszałem tę płytę po raz pierwszy wiedziałem, że Death Cab for Cutie i ja to jedna drużyna.

Tyle jeżeli chodzi o wprowadzenie. Nie ma co sie rozpisywać bo obecnie recenzja musi być krótka i pisana na tak zwanym „lajcie” by ktoś to w ogóle czytał, w i tak mało oczytanym społeczeństwie. Wracając do DCFC. Generalnie chodzi mi o to, że te melodie z miejsca wpadły mi w ucho. Wszystko się zgrało w jedną całość. Odgrywane nuty zamieniły się w pozytywne odczucia. Tak zwane doznania. Pomyślałem sobie, że Ameryka to mimo wszystko fajny kraj, gdzie fajnie grają. Kraj Obamy ma mnóstwo śmieci, ale ma także i mnóstwo fajnej generalnie muzy. Ambitnej. Niezależnej.

Death Cab for Cutie to z pewnością grupa niezależna. Mimo, że mają kontrakt z wielką wytwórnią. To tylko wpłynęło na to, że stali się bardziej powszechni. Bardziej znani, rozpoznawalni. Odzwierciedlają to rankingi, które są skrupulatnie prowadzone na Last.fm. Nie stracili na swej jakości o której przekonaliśmy się poniekąd po raz pierwszy na tej płycie (wcześniej mieli jedna kasetę). Z reszta dobry debiut powinien być odskocznią do dalszej, bogatszej kariery. To im się udało. Słuch o nich nie zaginął. W 1998 roku, czyli 10 lat temu  nie było jak teraz, że każdy zespół, który nagra płytę i mówi, że to indie zostaje od razu okrzyknięty debiutem roku, gwiazdą dziesięciolecia itd.

Sama płyta Something About Airplanes ma to coś, co intryguje mnie jako słuchacza. Wciąga swym nie banalnym a zarazem chwytliwym dźwiękiem. Wszystkie dziesięć utworów stoją na dobrym poziomie i prezentują się okazale. Nie ma sensu wyróżniać poszczególnych części, fragmentów, utworów. Wszystko jest na równym, porównywalnym poziomie. Posłuchajcie sobie tej płyty w zaciszu swego domu. Na pewno zrobi się wam od razu lepiej. Poczujecie się zrelaksowani. Dobra pozycja na nadchodzące Święta. Nie obraziłbym się na św. Mikołaja gdybym znalazł „coś o samolotach” pod choinką. Ocena: 8\10.

A bym zapomniał, że wokalista Bendżamin Gibbard ma spoko głos. Z resztą sami sprawdźcie: Fake Frowns