Interpol – Turn on the Bright Lights

turn-on-the-bright-lightsInterpol. Oni mogą być tylko z jednego miasta…

New York City. NYC. Obczajcie jak oni wyglądają. Elegancja, klasa, dostojność. Drogie marynarki, wspaniałe garnitury, złote zegarki, staranie uczesane fryzury. Wszystko przemyślane co do centymetra. Dlaczego o tym wspominam? W ten sam sposób nagrali płytę. Muzyka idealnie pasuje do ich ubioru, wyglądu. Są oczywiście minusy. Na scenie muszą zgrywać mrocznych. No cóż, marketing.

Wracając już do samej płyty. Turn on the Bright Lights to ich pierwsza płyta i zarazem najlepsza do tej pory. Antics trzyma poziom, Our Love To Admire natomiast momentami przynudza. Skąd my to znamy? Jednak debiut mieli pełną gębą. Każdy się zachwycał Interpolem a Obstacle 1 puszczali nawet na Vivie! Hype był i to zasłużony, bo debiut nowojorczyków to moim zdaniem jedna z najlepszych płyt tego dziesięciolecia. Mimo, że przed nimi byli The Strokes to Interpol też miał duży udział w New Rock Revolution.

Sama płyta może nie zachwyca od początku, ale wciąga na maksa. Opener stoi na średnim poziomie i nie za bardzo mnie pociąga. Prawdziwa zabawa zaczyna się od Obstacle 1. Pełen energii post-punk z świetnym tekstem. NYC to już 4 minutowy toczący się w powolnym tempie wyjadacz z płyty. PDA –  singiel, który trzeba znać. Żywiołowy Say Hello to the Angels z zajebistą gitarką. Przelatujemy przez Hands Away i Obstacle 2 by dotrzeć do dwóch najlepszych kompozycji na płycie. Stella Was a Diver and She Was Always Down. Utwór w którym jesteśmy w stanie zadurzyć się po pierwszych jego dźwiękach. I te klimatyczne jęki Banksa „Steeeelllla, Stellllllaa I loveee youuu”. Roland to utwór o naszym ziomku, co miał szesnaście noży. Skierujcie swoją uwagę na bębny i bas! To one tworzą ten mroczny klimat! Cudo. Całość kończy smętny Leif Ernikson.

Co by nie mówić o Interpolu to jest to dobry zespół. Mimo, że z płyty na płytę coraz gorszy poziom prezentują to nadal mają to coś. Mimo, że na scenie zauważalne jest pozerstwo to warto wpaść na ich koncert. I mimo, że słyszy się, że Interpol to marna podróbka Joy Division to warto posłuchać Turn on the Bright Lights. 9/10.

Zapoznajcie się z Obstacle 1. Teledysk na poziomie. Zrobiła go Floria Sigismondi ta od Supermassive Black Hole albo Blue Orchid.

Muse – Showbiz

muse-showbiznot everyone likes Muse… FUCK THEM!!!

Zgadza się. Muse to band, który nienawidzisz z wielu powodów. Bo tak Borys napisał, bo Bellamy jest zbyt natchniony, bo utwory przepełnione patosem, bo Starlight ma denerwującą melodyjkę, bo mają swoją armię wyznawców. Muse to także band, który kochasz z wielu powodów. Bo Paweuu tak powiedział, bo dają wspaniałe koncerty, bo ich muzyka na Ciebie wpływa, bo sprawiają Ci frajdę, bo mają niezłe solówki itd.

Pomijając tą całą otoczkę trzeba stwierdzić, że udało im się osiągnąć status gwiazdy. W Wielkiej Brytanii uważani za najlepszy zespół w dziejach obok Radiohead, The Beatles, Rolling Stones, Joy Divisiom. Na koncertach zbierają tysiące ludzi, sprzedawalność płyt rośnie, na last.fm Muse w czołówce odsłuchań mimo, że ostatnią płytę wydali 3 lata temu. Anglicy są popularni i być może to najpopularniejszy zespół rockowy XXI wieku, tak jak niegdyś Queen czy Nirvana. Muse to zjawisko.

Jednak jak bym chciał przypomnieć czasy o których sami muzycy chcą zapomnieć. Czasy z XX wieku. Dokładnie z 1999 roku, kiedy Muse debiutował. Wtedy wydali swój pierwszy album zatytułowany Showbiz. Według niektórych najlepszy. Inni sądzą, że najgorszy. Ja sądzę… ani tak, ani tak. Na pewno lepszy niż ostatnie dwie płyty Muse: Black Holes and Revelations i Absolution. Wydaje mi się, że Origin of Symmetry było bardziej przemyślana płytą.

Szczerze powiedziawszy nie kupiłbym w 1999 roku ich płyty. Zespół, który nie tak dawno temu grał gothic metal i nazywał się Rocket Baby Dolls szczerze powiedziawszy nie przyciągnąłby mojej uwagi. Mimo to zespołowi udało się zabłysnąć. Obyło się bez pomocy NME bez której wiele zespołów nie miało by racji bytu.

Skupmy się teraz na samej płycie. Ma fajny początek. Hipnotyzująca partia klawiszowa w Sunburn zniewala. Bellamy poza tym, że naprawiał rury w Teignmouth to także świetnie grał na pianinie. Efekty zauważalne. Muscle Museum to pierwszy utwór z którego emanuje patos. Nazwa piosenki ma wiele wspólnego z nazwą zespołu. W słowniku pomiędzy wyrazami Muscle i Museum znajduje się słowo Muse. Po drodze mamy utwory bardziej energetyczne jak Cave czy Uno w którym Bellamy wykrzykuje: „You could’ve been number one / And you could’ve ruled the whole world / And we could’ve had so much fun / But you blew it away”. Czyżby złamane serduszko panie Bellamy? Są także wzruszające ballady jak Unintented w której Bellamy dalej drąży temat: „You could be my unintended / You could be the one Ill always love”. Showbiz to najbardziej rozbudowany utwór pod względem rytmicznym jak i melodyjnym. Od tego momentu na każdej płycie Brytyjczyków można znaleźć taką perełkę: Citizen Erased, Butterflies and Hurricanes, Knights of Cydonia.

Nie wiem jak wy, ale mi się ta płyta podoba. Szkoda, że sam zespół sam mało nawiązuje do tych czasów. Zamiast tego nagrywa utwory z Skinnerem (ten z The Streets) imitując Linkin Park. Na koncertach także unikają utworów z tej płyty. A szkoda. Jeżeli kojarzysz Muse tylko z ostatnich dwóch płyt to warto byś sprawdził drugie oblicze zespołu. Zanim pojawiły się przeogromne  koncerty i teledyski z helikopterami. Ocena: 8/10.

To może jednak Sunburn? Smacznego!

Pozwól mi wejść / Låt den rätte komma in

let-the-right-one-inHorror to mój ulubiony gatunek filmowy. Jestem fanem tego klasycznego horroru jak na przykład  „Dziecko Rosemary” czy „Egzorcyzmy” jak i tych najnowszych produkcji, które nie zawsze są tak wciągające. Horrory z wampirami to akurat jedne z moich ulubionych. W każdym z nich wampir był przedstawiany jako potwór, którego jedynym celem egzystencji jest konsumpcja ludzkiej krwi.

W Szweckiej produkcji pt. Låt den rätte komma in, czyli Pozwól mi wejść troszeczkę to inaczej wygląda. Lata ’80 w Szwecji. 12-letni Oskar mieszka z matką na obrzeżach Sztokholmu. Chłopak nie ma przyjaciół, jest prześladowany przez rówieśników, jego rodzice są rozwiedzeni z powodu alkoholizmu ojca. Pewnego wieczoru podczas zabawy na osiedlowym placu zabaw Oskar poznaje Eli. 12-letnia dziewczynka, która wraz ze swoim opiekunem niedawno się wprowadziła jest nową sąsiadką Oskara. Z czasem ich przyjaźń przemienia się w coś więcej. Chłopakowi nie przeszkadza nawet fakt, że jego jedyna koleżanka jest… wampirem.

Trzeba zaznaczyć, że ten film z horrorem mało ma do czynienia. Parę scen z krwią i fakt, że jedna z głównych postaci to wampir to za mało by określić Låt den rätte komma in horrorem. Dlatego pokazywanie tego filmu w Halloween w kinach było małym wprowadzeniem w błąd. Bliżej temu filmowi do dramatu z elementami psychologicznymi. Bo historia Oskara i Eli nie przeraża a raczej wzrusza.

Historia znajomości opartej na zrozumieniu, akceptacji oraz przede wszystkim poświęceniu. Tomas Alfredson ukazał w pełni psychologiczny portret dziewczynki wampira. Jako osoby zagubionej, poszukującej szczęścia itd. Poza tym świetne zdjęcia, klimat lat 80, uroki srogiej skandynawskiej zimy. Polecam wszystkim tym, którzy oczekują od kina czegoś więcej niż ganiających za sobą ogłupiałych zombie, tryskającej krwi z każdej części ciała czy niedorozwiniętych nastolatków uciekających przed stworami z kosmosu. Ocena 9/10.

P.S.

Embalmer napisał/a: Remake made in US jest szykowany na 2010.

Skaras napisał/a: Chyba żartujesz Jeśli to prawda to należy tylko współczuć tej „potędze świata” jakimi są Stany.