Yo La Tengo – Popular Songs

PopularsongsNo na początku myślałem, że tytuł płyty jest ironicznym żartem w stylu Mogwaia i ich Happy Songs for Happy People. Znamy Yo La Tengo. Ich piosenki nie są popularne, ale te najnowsze jak najbardziej mogą takie być!

Nie spodziewałbym się po „Jolce”, że wyda typowo wakacyjną płytę. Bo tak trzeba mówić o Popular Songs i zawartości w środku zapakowanej w kolorowy papier. Oczywiście Yo La Tengo nie odchodzi jednocześnie od swoich mrocznych, depresyjnych klimatów. Jednak trzeba przyznać, że ta płyta nadaje się jako tło do leżenia brzuchem do góry i wygrzewaniu się na słońcu. W końcu jakaś alternatywa dla indje młodzieży. Jeżeli jednak nie jesteśmy na plaży w Tunezji to możemy sobie zamknąć oczy, wsłuchać się w dźwięki a wyobrażenie pięknych, malowniczych miejsc samo przyjdzie. Przy takim Nothing to Hide jeździmy małym skuterem bo wąskich włoskich uliczkach, Periodically Double or Triple to kolejne skojarzenie z małym europejskim miasteczkiem w upalny dzień. Ahhh szkoda, że idzie zima…

Nie jest to oczywiście najlepsza płyta w szerokiej dyskografii amerykańskiej niemal już legendy indie. Jednak mocny punkt. Trochę szkoda, że im dalej idziemy to płyta jakby traci swoje jaskrawe barwy. Taki początkowy Here To Fall jest wyśmienity. Chwila niepokoju, werbel niczym cios Kliczki, bas. By było wakacyjnie pojawiają się skrzypce jak w zeszłorocznym Coldplay’u. No po prostu jest dobrze. Jednak trzy ostatnie kawałki zdecydowanie za długie. Ostatni And the Glitter Is Gone w szczególności. Można było to bardziej po mogwai’owsku rozwiązać a tak pojawiają się dłużyzny i nie jest tak fajnie jak na początku albumu.

Czekamy teraz na koncert w Katowicach. Ocena: 6/10. Posłuchajcie Here To Fall


The XX – XX

the-xxRaz do roku pojawia się mała ilość płyt, których hype określa się tym słusznym. Mówimy wtedy o odkryciu muzycznym roku, debiucie mijających dwunastu miesięcy. W tym momencie chyba jest już taka płyta i jeżeli nie pojawi się nic ciekawszego to o Londyńczyków nie zabraknie na żadnej liście podsumowującej rok 2009.

Mimo, że nazwa mało radiowa to muzyka interesująca. Początkowo nie byłem zbyt chętny posłuchać tego albumu. Screenagers wcale nie zachęcił zwłaszcza, że u nich każda płyta dostaje 7. Daje radę. Najmocniejszym punktem płyty jest fakt, że te piosenki podobają się od pierwszego odsłuchu. Spodobać się powinna każdemu. Najbardziej chyba jednak fanom „zimnego” grania. Joy Division na pewno mocno wpłynął na ich muzykę. Fakt, że wokal jest podzielony pomiędzy dwie osoby płci przeciwnych powoduje u mnie skojarzenia z Iowa Super Soccer. I mimo, że nasz polski duet ma swój urok to Romy Madley Croft i Oliver Sim wywołują dreszcze. Idealnie się dopełniają wokalnie. Pojawią się magia.

Posłuchajcie sobie płyty w zaciszu domu, czy tam gdzie chcecie. Udzieli się wam niepowtarzalny klimacik. Taki Shelter na przykład. Przywołuje na prawdę fajne myśli. Płyta cała nie mal, że akustyczna. Jest w dodatku melodyjnie. Mocny punkt to partia basu w każdym utworze.15 kawałków może na początku odstraszać, ale jest to szybka, przyjemna i wygodna podróż w głąb Londynu. Przy Basic Space można spróbować nawet baunsować. Każdy kawałek trzyma poziom i generalnie warto polecić płytę znajomemu bez siary. Chociaż jak mówiłem na wstępie The XX to hype tego roku. Nie znanie to w pewnych snobistycznych kręgach faux pas.

Warto odnotować także dobre teksty co coraz częściej jest rzadkością u młodych, debiutujących zespołów. W szczególności fajna wymiana zdań w Stars„But if stars, shouldn’t shine/ By the very first time/ Then dear it’s fine, so fine by me/ ‚Cos we can give it time/ So much time With me”. Podsumowując. Płyta bardzo dobra, może bez szału. Nie wali na kolana, ale cieszy uszy. Ocena: 7/10.

Jamie T – Kings & Queens

jamietDużo ostatnimi czasy się dyskutuje na temat wydawnictw muzycznych. Zwłaszcza o formie w jakiej mają być dostępne. O ile jestem przeciwnikiem sprzedawania wyłącznie bezpłciowych mp3 zamiast płyt cd. Wiadomo półka z płytami lepiej wygląda niż dysk z milionem gigabajtów mp3. Jednak już nagrywanie wyłącznie singli zamiast całych albumów powinno niektórym wykonawcom wyjść na dobre.

Taki Jamie T to tylko kropla w morzu  na brytyjskim (i nie tylko) rynku muzycznym pełnym bezwartościowego grania. Skuszony dwoma singlami postanowiłem sprawdzić całą płytę. Nuuuuudyyyy. Ta płyta Kings & Queens to tylko dwie w miarę fajne piosenki: Sticks ‚N’ Stones oraz Chaka Demus. Oba single. Reszta to totalne zapchaj dziury tylko po to by nagrać cały album. Single jak wiadomo są przebojowe. Jamie T łączy hip-hop z indie rockiem. Chórki dodają do tego popowości. Mamy hity. Całościowo jednak wygląda to dość mizernie. Piosenki są płytki, nijakie, nudne, ciągnące się w nieskończoność. Po przesłuchaniu płyty dochodzi do nas: „Jej co ja w zasadzie słuchałem?”.

Wolę młodego angola jako żywo rapującego kolesia do fajnych melodii o brytyjskim społeczeństwie itd. Na płycie to różnie wygląda. Emily’s Heart to typowy gitarowy wzruszacz. Nie przekonywuje mnie tutaj Jamie. Już taki Castro Dies lepiej brzmi. Słychać inspiracje amerykańskim wpływem. RUN/DMC zapewne jest znany młodej gwieździe MTV2. To taki w zasadzie jaśniejszy punkt tej płyty poza wspomniani dwoma singlami. Earth, Wind & Fire generalnie ma dobre momenty to i by uszło. British Intelligence ma natomiast nawet fajną gitarkę w tle. Jednak to za mało na dobrą ocenę. Za mało. Lubię The Streets bo wiem, że Mike Skinner na pewno miał ogromny wpływ na to co teraz robi Jamie T. Jednak Kings & Queens to słaba płyta. Nie ma co przeciągać tą i tak już naciągniętą recenzje. Ocena: 3/10

Posłuchajcie Chaka Demus.