Cold War Kids – Behave Yourself (EP)

Mocno rozpoczęli ten rok chłopcy zimnej wojny. Trochę ponad rok po nagraniu płyty Loyalty to Loyalty wyskoczyli z EPką potwierdzając tym samym, że każde ich nagranie nie schodzi poniżej dobrego poziomu.

Po przesłuchaniu ich pierwszej płyty Robber & Cowards byłem przekonany, że Nathan Willett i spółka są z Nowego Jorku. Brzmiało to specyficznie, ale czuć było w tym depresje wschodniego wybrzeża. Było tam przecież Hang Me Up To Dry kojarzące się z brudnym śniegiem Światowej stolicy muzyki i inne nutki także, które kierowały moje myśli w stronę Statuy Wolności. Tym czasem okazało się, że oni są z innej strony. Z Kalifornii. Tam jest ciepło, tam po boiskach podczas jesieni biega David Beckham, tam kręci się Wielkie filmowe produkcje i generalnie już dało się to trochę odczuć na drugim albumie grupy jednak dopiero najnowszy singiel Audience z Behave Yourself ma klimat kaliforni.

Teledysk nakręcony z swoimi dziewczynami a w tle morze, łódź, kabriolet, palmy, słońce, okulary przeciwsłoneczne. Wszystko okraszone tą sympatyczną piosenką. Systematyczny klawisz, hi-hat, przyjemna gitarka i głos Nathana. Generalnie mamy lato w środku zimy. Całkiem inna twarz Cold War Kids. Podoba mi się to. Jednak cała Epka to 5 kawałków. Fajnie, że jest tutaj Sermons, który wcześniej pojawił się już na ich wydawnictwie jako ukryty bonus track. Coffe Spoon też mocno przyjemny. Te chórki na początku, lekki bas. Bardzo przyjemnie się tego słucha. I mimo, że to tylko EPka to jest to dobra oznaka w kontekście przyszłych wydawnictw grupy. Na razie nie zawiedli mnie jeszcze. 14 minut żywej energii prosto z Kalifornii. Ocena : 8/10.

Posłuchaj Audience

Paweuu Playlist Styczeń

Nie wiem jak zacząć, przejdę do rzeczy. Trzy utwory o których chciałbym wspomnieć w styczniowej playliście.

Potato Faces – Mr. Hoover vs Potato Faces (for pańcz) – Pod koniec 2009 roku na dniach pojawiła się wiadomość o nowym, solowym tym razem projekcie Szaszłyka. Multiinstrumentalista z Mikołowa znany chyba najbardziej jako wokalista i basista jabol punkowego zespołu The Cember 29, który jest niemal legendą w środowisku małoletniej młodzieży z powiatu Mikołowskiego postanowił tworzyć tym razem muzykę w pojedynkę. Biorąc wszystko co miał pod ręką, nawet odkurzacz. Co by mogło być nawet odkryciem w środowisku niezalu gdyby nie Micachu, którzy wcześniej pomyśleli o użyciu tego sprzątającego sprzętu domowego. Pomijając końcową solówkę wokalną, można uznać te 60 sekund za psychodeliczne. Z pewnością jest to najlepsza rzecz jaką stworzył szaszłyk a co najlepsze nie może się to rozpaść bo tworzy solo.

Posłuchaj

Robbie Williams – You Know Me. Nie słuchałem całej płyty Robbiego, żadnej płyty Robbiego nie przesłuchałem całej. Z prostego powodu, nasz ulubieniec z Anglii jest typowym wykonawcą, który błyszczy głównie dzięki singlom. Feel, Millenium, She’s The One, Supreme, Love Light, Let Me Enterain You… Można wymieniać. Wszystko na poziomie. Nikt już go nie kojarzy z boysbandem Take That i generalnie jest szykowana dla niego nagroda Brit Award za zasługi. Takich nagród nie należy brać na serio, ale to co tworzy już tak. Bo i tym razem Robbie stanął na wysokości zadania. You Know Me, czyli popowa ballada może nie zmienia muzyki, ale nie o to chodzi. Miało być melodyjnie i miał być to hit. Wyszło. Williams to istny wyjadacz w muzycznym Świecie. Poza tym dobry, typowy dla niego teledysk. Dużo poczucia humoru. Żabie chórki (pampampam) mocne.

Posłuchaj

Mini Daddy – El Nino Mas Bonito. O ile kinder pop był mi znany już od dawna (Fasolki, Schnappi etc.) to z kinder rapem jako tako nie miałem do czynienia pomijając oczywiście Pana Yapę, którego ciężko zakwalifikować do jakiekolwiek gatunku. Oczywiście widziałem już rapujących dzieciaków (Kriss Kross), ale ten grubasek z meksyku ma 9 lat i jest to zupełnie inna bajka. Nie będę się rozpisywał nad dziarskością teledysku, który jest najmocniejszy w tym zabawnym przedstawieniu. Dzieciak ma flow na poziomie kolesia gadającego do mikrofonu w hipermarkecie, ale nie tego oczekiwano zapewne. W końcu targetem są bogate dzieci z przedmieścia.

Posłuchaj

Muzyczne podsumowanie roku 2009: Płyty

To już ostatnia część trylogii jak zapewne się domyślacie. Moje podsumowanie 2009 roku zakończę zestawieniem dziesięciu albumów, które najczęściej słuchałem. A słuchałem z prostego powodu: bo podobały mi się. Ostatnie 12 miesięcy to okres płodny w dobre wydawnictwa także miałem w czym wybierać. I na koniec, nie oczekujcie żadnych niespodzianek oraz wybaczcie mi brak niektórych płyty. Wiem, że na pewno pominąłem wiele znakomitych albumów, ale jestem tylko człowiekiem.

10. Girls – Album. Listę rozpoczniemy od debiutantów tegorocznych. Mocno hypowani przez Pitchfork, ale trzeba przyznać… słusznie. Niby nie ma tu nic oryginalnego, wszystko było, pomysł też, ale kurtka coś w tym jest, że chce się tego słuchać. Oni są jak ta czekoladka z pociągu: „zgadnij kotku co mam w środku”. Dla każdego jest to coś innego i mu to pasuje.

Przeczytaj

9. Dinosaur Jr – Farm. Kolej teraz na starego wyjadacza, prawdziwe dinozaury. Oni są legendami. I w sumie ciekawa sprawa z nimi. To oni tworzyli w latach 80 prawdziwe indie, esencje tej muzyki. Żadne New Rock Revolution, tylko oni i inne zespoły wówczas grające miały największy wpływ na to co się dzieje teraz w muzyce rockowej. Potem nie grali a gdy wrócili w 2007 roku to jak się okazało nadal potrafią zaintrygować słuchacza. Można pomyśleć nawet, że oni są jak wino. Na prawdę mało zespołów potrafi się odnaleźć i pójść z biegiem czasu do przodu, im się to udało. Szacunek.

Przeczytaj

8. The Flaming Lips – Embryonic. Ciężko dojść czy ta płyta jest wypasem czy nie. Czy Wayne Coyne i spółka się wypalili? Zdania są podzielone. Z pewnością ich wydawnictwa z lat wcześniejszych bardziej się zapisały w świadomości słuchaczy, jednak przy tej płycie wytworzyło się tyle emocji, że trzeba było to docenić. Na pewno będę próbował jeszcze to rozgryźć.

Przeczytaj

7. Bat for Lashes – Two Suns. Główną zaletą tej płyty jest to co robi wokalnie Natasha Khan, ale nie jedyna pamiętajcie moi drodzy. Bo linie melodyjne na tej płycie dają mocno radę. A w połączeniu z pięknym głosem wytwarza się coś spektakularnego, co trudno nie zauważyć i nie zatrzymać się na chwilkę.

Przeczytaj

6. The Pains of Being Pure At Heart – The Pains of Being Pure At Heart. Jestem przekonany, że to najbardziej melodyjna, letnia, radosna płyta tego roku. Nie ma co siedzieć w domu i się zasmucać. Należy czerpać z życia pełnymi garściami, cieszyć się. Oni to robią na tej płycie i ja jestem na TAK. Poza tym podoba mi się wzorowanie na My Bloody Valentine, skorzystali na tym na pewno.

Przeczytaj

5. The XX – XX. Chyba debiut roku na wyspach, zachwalani jeszcze przed wydaniem płyty w środowisku muzycznym. Swoimi balladami podbili serca słuchaczy. Mimo, że wyglądają okropnie zabawnie to muzyka w sercach im gra. Dla mnie XX to pewnego rodzaju dźwięki zamknięte gdzieś w piwnicy, płaczące, chcące wyjść na zewnątrz. jednak gdy wychodzą na zewnątrz odkrywają, że tutaj u góry nie jest lepiej. Trochę za czarno-biało by mogło być wyżej.

Przeczytaj

4. Neon Indian – Psychic Chasms. Neonowy Indianin to moje małe odkrycie tego roku, taką muzykę lubię. Jest popowo, elektronicznie, melodyjnie i co przede wszystkim ciekawie. Spodobali mi się od razu po pierwszym przesłuchaniu i tu mają duży plus, bo do niektórych zespołów musiałem dużo czasu poświęcić by się przekonać. A Ta płyta od razu trafiła w moje gusta. Już sama okładka sugeruje, że jest tutaj kolorowo a ja lubię szerokie palety kolorów dlatego Psychic Chasms wyżej niż XX.

Przeczytaj

3. Phoenix – Wolfgang Amadeus Phoenix. Nie prawda, że mocną stroną tej płyty są wyłącznie single. Bo pomijając 1901 i Lisztomanie to mamy tutaj przecież Fences gdzie wokal stanowi falset i idealnie się komponuje z resztą. Rome, który uwzględniłem w mojej liście singli a także przebojowe Lasso czy dwu częściowe, instrumentalne Love Like A Sunset. Wszystkie dziesięć utworów stoi na wysokim poziomie i nie ma tutaj żadnej zapchaj dziury, dlatego też doceniłem Francuzów i uwzględniłem ich na 3 lokacie w podsumowaniu. Poza tym chodzą głosy, że to najlepsza ich płyta. Być może, jedno jest pewne: Phoenix w tym momencie jest jednym z bardziej przebojowych zespołów niezależnych.

Przeczytaj

2. Grizzly Bear – Veckatimest. Prawdę mówiąc tylko oni mogli zagrozić Animal Collective. I mimo, że ta płyta jest na prawdę dobra to czegoś zabrakło by było to miejsce numer jeden. Nie uważam jednak, że ten album jest w którymś momencie słaby. Po prostu wyprzedzić obecnie AC to duże wyzwanie. Mógłbym ich umieścić na pierwszym miejscu, ale chyba nie miałbym argumentów by potem usprawiedliwić swoją listę. A to, że lubi ich Johnny Greenwood to wciąż za mało. Jednak mocno trzymam za nich kciuki bo to co robią nie jest stratą czasu.

Przeczytaj

1. Animal Collective – Merriweather Post Pavilion. Od czasu Strawberry Jam mocno lansowani jako jeden z najwięcej znaczących zespołów obecnie grających. Z pewnością jest wiele w tym prawdy bo ich wydawnictwa za każdym razem zdumiewają krytyków i słuchaczy. Najnowsza płyta zwierzaków oceniana jest jako najlepsza w dorobku. Być może, nie wiem, nigdy nie miałem okazji przesłuchać ich całej dyskografii. Jednak przyznaje, że ta płyta mimo, że hypowana aż do obrzydzenia na prawdę jest wyśmienita. Nie bez powodu znajduje się na mojej liście jako numer jeden, bo trzeba przyznać, że w tym roku kolektyw z Baltimore wydał płytę do której będzie się wracało jeszcze wiele, wiele lat. Nie chciałem być na siłę oryginalny to oni najbardziej zasłużyli na to wyróżnienie.

Przeczytaj