Vampire Weekend – Contra

Istna nowojorska dżungla, ciąg dalszy. Po głośnym w mediach debiucie Vampire Weekend wraca z nową płytą, która (co nie jest zdziwieniem) absolutnie, kategorycznie nie wnosi nic nowego…

Jest to po prostu kontynuacja debiutu sprzed dwóch lat. Łączenie Indie z elementami muzyki afrykańskiej. Pomysłowe co prawda, można było się zachwycić na moment dwa lata temu przy singlach Vampire Weekend i zapomnieć. Dziś chłopaki wracają. Przyznaje, że utrzymują poziom. Nawet wydaje się nowa płyta być ciut lepsza od debiutu, z pewnością niezeszli niżej. Jednak fakt, że grają dalej swoje w pewien sposób ich „upupia”. Bo tak na prawdę Contra to nic innego jak ciąg dalszy tych samych pomysłów, które w pewien sposób sie sprawdziły w 2008 roku przy okazji wydania debiutanckiego krążka.

Nie ma czym się zbytnio ekscytować. Contra to zlepek średnich piosenek, najczęściej nie trwających dłużej niż 180 sekund (dzięki Bogu), dopiero przy końcu pojawiają się jakieś 5 minutowe nutki. Cousins, czyli pierwszy singiel jest co prawda przebojowy, melodyjny i wpadający w ucho, ale słuchając jego masz wrażenie, że cofnąłeś się w czasie dwa lata. Chyba nie ma sensu się rozwodzić, który utwór najlepszy. Wszystko wydaje się być na równym poziomie, co czyni tą płytę w sumie lepsza od debiutu, gdzie pojawiły się gorsze i nudne momenty. Nie zmienia to jednak faktu, że płytę tak jak szybko się jej słucha tak równie szybko się o niej zapomina. Wieczorem nie pamiętasz już o bułce z masłem, którą wcinałeś rano. Ja osobiście nie czekałem na ta płytę, z góy było wiadome czego będzie można się po nich spodziewać mimo, że niektóre media lansują ich na gwiazdy Indie. Widocznie już taki los tych celebrytów… Ocena: 5/10

Zobaczcie teledysk do Cousins.

Piosenki o miłości nietylko na walentynki

Tak jak w tytule. Dziś 14 luty, dzień zakochanych. Zdania na temat tego dnia są podzielone. Jedni uważają, że komercja, Ameryka, po co? Inni natomiast obdarowują soje sympatie prezentami, wychodzą w ten dzień do kina na specjalna walentynkową produkcję, krążą po centrach handlowych z kwiatami. Fajnie, że jest taki dzień kiedy ludzie czują miłość. Moim zdaniem walentynki powinny być każdego dnia, w każdej nawet najzwyklejszej chwili. Jeżeli się kocha, to w każdej sytuacji. Dlatego przedstawię wam zestaw kilku piosenek miłosnych, które można posłuchać nie tylko 14 lutego, ale każdego dnia.

Elton John – Sacrifice. Czyli wyrzeczenie, poświęcenie. Bez tego nie możemy mówić o miłości. Ta druga osoba powinna być najważniejsza. Elton śpiewa o miłości, która straciła kierunek. Zabrakło poświęcenia. Nie będę wnikać jak to odnosi się do samego Eltona Johna. Piosenka jest uniwersalna dla wszystkich. Niech przypomina co powinno być najważniejsze. Poza tym jest miła do słuchania. Lekki sielankowy klimacik, powolne tempo, głos Eltona no i ten motyw gitary. A i sprawdźcie jeszcze to, tak przy okazji.

Lionel Richie – Hello. Klasyk. Tylko w oryginalnym wykonaniu, bez żadnego Liroya. On jest zbędny. Pomińmy fryzurę Lionela i jego wąsik. Piosenka mocno wymiata w kategorii wyciskacza łez. Historia tak mocnego uczucia, przeżywanie tego całym sobą i silna chęć powiedzenia prostych, ale czasem tak trudnych słów „I Love You”. Oraz refrenowe Hello wyśpiewane przez Richiego. Wymiękam. „It’s me you’re looking for?” czyjeś spojrzenie czasem tyle nam mówi. Chłopie wiemy o czym śpiewasz, podoba nam się to. I mimo, że CKOD to dissuje to nie uważam, że jest tutaj banalnie. A i nie zapomnijmy o saksofonie, który dodaje tego klimatu.

Muse – Endlessly. Matthew Bellamy, specjalista od liryki miłosnej. Czasem ciężko zrozumieć go, czasem rozumie się go zbyt dobrze. Jednak przyznam, że teksty i muzykę piszę pasującą w moje gusta. I gusta wielu, którzy docenili. Dlaczego Endlessly? Bez końca. „Hopelessly, I’ll love you endlessly. Hopelessly, I’ll give you everything”. Esencja w tych dwóch zdaniach. Posiadanie nadziei na to, że będzie się kochało zawsze, do końca i da się tej osobie totalnie wszystko. Może być coś piękniejszego? Dlaczego tylko nadzieja a nie całkowite przekonanie? Można tylko zgadywać. Być może nie mógł być z tą osobą, może inny powód? Teraz muzyka. Ten klawisz, ta linia melodyjna, perkusja, chórki. Wszystko oddaje ten podniosły klimat. Wykonanie live zdecydowanie lepsze.

Seweryn Krajewski – Wielka Miłość. Czas na reprezentanta znad Wisły. Któż nie zna Seweryna Krajewskiego? Znany zarówno z Czerwonych Gitar jak i twórczości solowej. Tyle znanych piosenek. Wielka miłość. Szlagier każdego wesela. Lekki klawisz, disco bit, chórki i wokal samego Krajewskiego, narodowego wymiatacza jeżeli chodzi o serie hitów na skalę całego kraju, zapisujących się mocno w naszą świadomość. Na pewno znacie nie jeden jego utwór bardzo dobrze. Tak odnosząc się do tekstu, to zgadzam się, że czasem czas szybko leci. „Wielka miłość nie wybiera”

The Beatles – Oh! Darling. Nie mogło zabraknąć Beatlesów. Klasyka, klasyki, ponadczasowi, zawsze modni, zawsze na miejscu. Tylko oni. Paul, John, George i Ringo. Ich twórczość to głównie piosenki miłosne, było w czym wybierać. Zdecydowałem się na Oh! Darling. Uwielbiam ten kawałek. Prośba o uwierzenie, o zaufanie. „Believe me when I tell you I’ll never do you no harm”. Chyba bez sensu jest się rozpisywanie na ten temat. Każdy wie o co chodzi. Po prostu The Beatles.

The Beach Boys – Wouldn’t It Be Nice. Czyż nie byłoby wspaniale cieszyć się razem każdym dniem? Spędzać go ze sobą w radości, szczęściu? Mieć zawsze uśmiech na twarzy? Być ze sobą zawsze? wsiąść ślub? budzić się każdego ranka ze sobą? Być dla siebie wszystkim? Czuć miłość? Czuć to, że komuś zależy i dawać to samo uczucie drugiej osobie? Bądźcie szczęśliwi. Posłuchajcie Beach Boysów.

Whitney Houston – I will always love you. Tytuł jest już fajny, reszta także. Hit znany równie tak dobrze jak film z którego pochodzi. Mowa o Bodyguard. Spokojne wejście, saksofonik i ten wokal w refrenie: „And I will always love you”. Nie ma co polemizować. Whitney ma głos, potężny, wspaniały głos, którego używa w dobrym celu, ale nie zawsze w dobrych piosenkach. W przypadku tej piosenki świetnie się składa, że ona ją śpiewa. Wszystko pasuje. O ile film nudzi się po którymś obejrzeniu na Polsacie czy TVN to piosenkę spokojnie można słuchać i słuchać. To by były wszystkie propozycje z mojej strony. Jest mnóstwo piosenek o miłości, ja wymieniłem ledwie parę. Na koniec życzę wam byście poczuli to o czym marzycie.

Paweuu Playlist Luty

Tym razem o 3 kawałkach, które zaistniały całkiem nie dawno bądź są już od jakiegoś czasu w mojej świadomości jednak napisze o nich coś teraz.

30 Seconds to Mars – The Kill. Ja wiem, wiem, że niby ta cała otoczka emo itd. Zgadza się, ale wizualnie. Bo Jared Leto (znany między innymi z filmu Requiem dla Snu albo Fight Club) i reszta ekipy nie stronili od malowaniu oczów i ciemnych kolorów odzieży. Jednak to zabieg czysto marketingowy by targetem stały się licealistki z problemami. Muzycznie? Nie ma mowy o emo. Przyzwoity screamo pop-rock. Przyznam się, że jak ten kawałek rządził na listach przebojów MTV to niemiłosiernie mnie drażnił. Teledysk a la Lśnienie z dłużyznami. Teraz? Nawet lubię sobie puścić. Są tu całkiem dobre momenty, taki 1:10 a 1:25. Podoba mi się to jak Leto w tym momencie śpiewa. Nie jest zbyt oryginalnie. Perkusja polegająca na nie miłosiernym waleniu w crasha, nawet dobry bas, jednak basista już się wypisał z bandu, gitara pod koniec daje rade, lirycznie natomiast bez powalenia na nogi, problemy miłosne na pierwszym planie. Do My Chemical Romance raczej im daleko, ale niektóre single można posłuchać.

Posłuchaj

The Auchan Band – Auchan Song. Michael Jackson pewnie przewraca się w grobie. Jego We Are The World, który powstał w korporacji z wieloma sławami dla szczytnego celu pomocy Afryce został sprofanowany przez sieć hipermarketów Auchan. Wszystko niby byłoby dobrze, gdyby ten film nie wyciekł. Teraz hipermarket zbijający ceny zawodowo grozi sądem, ciekawe jednak czy sami posiadali prawa do wykorzystania melodii Michaela? To nie istotne. Spójrzmy jednak na to jak w ciągu 4 minut i 37 sekund można stworzyć coś wywołującego tak skrajne emocje. Linia melodyjna wspomnianego hitu Michaela Jacksona uproszczona niemal do formatu midi idealnie komponuje się do wokali pracowników wyjętych z recepcji, kasy itd i postawionych w studio. Nie ma co oceniać tego jak Ci ludzie śpiewają, nie za to im płacą. No poza twardzielem w okularach o feelingu Jamesa Browna niemalże. Zajmijmy się tekstem. Ten kto go napisał musiał długo główkować by wymyślić taki majstersztyk. „Nasz Auchan niezniszczalny jest” zwłaszcza gdy leci woda z dachu. Mam wrażenie, że miało być patetycznie. Wyszło jak wyszło, niestety tego kawałka nie sprzedali by mi nawet z promocją 99% na kartę Skarbonka.

Posłuchaj

Blondie – Dreaming. Chyba nawet gdzieś, w jakimś filmie słyszałem tą piosenkę. Filmu nie pamiętam, ale to, że słyszę Debbie Harry od razu skojarzyłem. Opener z Eat To The Beat zaczyna się charakterystycznie od bębnów. Co tu dużo pisać. Clem Burke rządzi  w tej materii, jeden z moich ulubionych perkusistów. Jest konkretny w tym co robi. Oczywiści nie zabrakło dziarskiej gitary a la Chris Stein. Poza tym mamy pojawiający się klawisz dodający melodyjności. Wszystko ozdobione wokalem Debbie. Klasyk w wykonaniu Blondie, odkryłem ten kawałek na nowo. Czasem warto wrócić do czegoś starego i stwierdzić, że ta muzyka się nie starzeje. A i pamiętajcie: „Dreaming is free”

Posłuchaj