Efterklang – Magic Chairs

O ile Dinosaur Jr powinien zadziwić swoją energią to duński zespół Efterklang będzie nas czarował podmuchem zimnego północnego powietrza.

Zupełny spokój, delikatny bas w tle, skrzypce pojawiające się gdzie nie gdzie, uderzenia bębnów, szczypta miłej gitarki, lekki, kojący głos Caspera Clausena, chórki oraz łączący to wszystko klawisz. Tak zaczyna się płyta. Modern Drift wprowadza nas w świat dźwiękowych fantazji. Muszę przyznać, że od pierwszych brzmień jestem oczarowany tym zespołem. Poznałem go dopiero teraz, nie żałuje. Artur Rojek dzięki takim zespołom stworzy idealny klimat na swoim festiwalu. Słuchając ich mam przed oczami słoneczny, ciepły dzień. Promienie światła przebijające się przez liście w koronach drzew. Ukojenie w cieniu, kilka niezapomnianych słów. Muzyków tego zespołu widzę jako grupkę niziołków z bujnego, duńskiego lasu, gdzie na pniach porośniętych mchem dają koncert leśnym stworzeniom. Istna sielanka w skandynawskich gorzko radosnych nastrojach.

Jest w tym zespole urok Menomeny, wrażliwość Arcade Fire, ślad wpływu Radiohead. I mimo, że czasem wydaje się, że melodie te już się słyszało w setkach innych skandynawskich, kanadyjskich zespołach to chce się tego słuchać. Album idealny na upalny dzień by chłodzić się i suszyć od potu w cieniu drzew. Słuchając tej najnowszej płyty i porównując ją do debiutu z 2004 roku to słychać, że postawili krok dalej. Tripper jest fajną płytą, ale Magic Chairs wydaje się fajniejsza i bardziej przystępna. Kompozycje są milsze dla ucha a przez liczne klawisze bardziej melodyjne. Czuć taką północną radość, która pamięta wiele miesięcy smutku. Taka już specyfika. Ocena:7/10

Warto poznać zanim wybierzecie się do Katowic na początku sierpnia. Posłuchajcie Scandinavian Love.

Dinosaur Jr. – You’re Living All Over Me

Mówi się, że to oni wymyślili indie. Żywe legendy gitarowego, alternatywnego grania powróciły w 2007 roku z płytą Beyond a dwa lata później dorzucili Farm.

I to raczej kawałkami z tych płyt będą raczyć entuzjastów muzyki, którzy swoje święto będą mieli w sierpniu w Dolinie Trzech Stawów w Katowicach. Ja chciałbym jednak przyjrzeć się płycie starszej, płycie wręcz mitycznej, która wydana trzy lata po powstaniu zespołu zadziwiła i jest uznawana w wielu kręgach za najlepszą płytę grupy. Mowa oczywiście o krążku o tytule You’re Living All Over Me wydanym w 1987 roku.

Wcześniej wspominałem, że to 1986 był dobrym (Dalej tak uważam) rokiem jednak tym 12 miesięcy później na plus można dopisać właśnie tą płytę zespołu Dinosaur Jr. Trio z Amherst w ciągu około 36 minut energicznego grania zmieściło kawał dobrej, żywej muzyki. Tak, ta muzyka zdecydowanie jest żywa, energiczna. Już od pierwszych perkusyjnych taktów Little Fury Things mamy do czynienia z nutami nie czekającymi zbyt długo na uderzenie w nasze uszy. I pozostanie tam przynajmniej przez jakiś czas.

To chyba jeden z mankamentów tej płyty, czasami mam dziwne wrażenie, że wszystko zlewa się w jedną całość. Przy takim tempie, bez większych przerywników na przerwę i brzmieniu garażowy wręcz może to się tak wydawać. Jednak trzeba oddać im to, że tą płytą odwalili kawał dobrej roboty i ugruntowali drogę dla wielu innych wyśmienitych zespołów takich jak chociażby Built To Spill. Wydawać się może, że największy sukces (komercyjny) święcą obecnie po wydaniu dwóch dobrze przyjętych płytach, serii koncertów i przypinki „To oni wymyślili rację bytu dla zespołów takich jak Arctic Monkeys”.

W pewnym sensie to prawda, ale nie zapominajmy, że muzyka współcześnie nazywana indie mało ma wspólnego z muzyką indie z lat 80. czy początku lat 90. kiedy na scenach szaleli muzycy Dinosaur Jr. Po latach jednak wrócili i mają się dobrze, odnaleźli swoje miejsce na scenie muzycznej i korzystają z niej w pełni.

Raczej mało prawdopodobne by podczas krótkiego festiwalowego występu chcieli wrócić do takich klasyków jak Kracked, Tarpit czy też świetne In a Jar. Jednak warto przesłuchać tą płytę, potraktować to jako odrobienie lekcji, poznanie trochę historii nurtu lub z samej ciekawości. Jest to w pewnym sensie klasyka muzyki niezależnej. Ocena 9/10.

Posłuchajcie In a Jar.

The Flaming Lips – Yoshimi Battles the Pink Robots

THE FLAMIG LIPS to jeden z najbardziej nietuzinkowych zespołów rockowych, które pojawiły się na przestrzeni ostatnich trzech dekad. Dwunasty album studyjny „Embryonic” (Warner, 2009) z gościnnym udziałem Karen O (Yeah Yeah Yeahs), MGMT i Thorstena Wörmanna to prawdziwy majstersztyk notowany na szczytach zestawień najznakomitszych płyt ubiegłego roku bądź dziesięciolecia.

Tak wygląda opis zespołu na oficjalnej stronie festiwalu OFF Festival. Krótko, ale po co więcej się rozpisywać? Wiadomo, że są wielcy i głównie to oni uświetniają tegoroczną imprezę Artura Rojka. Tym razem nie Mysłowice a Katowice. Polityka samorządowa… Cóż, dla wielu to nawet lepiej. W obecnym roku Artur zrozumiał, że jeżeli chce zarobić to są dwie opcje: podwyżka cen biletów albo więcej znany zespołów. Wybrał to drugie. Zeszłoroczny OFF wyglądał raczej jak kameralny piknik w porównaniu z masami ludzi w 2008. Dwa lata temu był Mogwai, British Sea Power, Clinic, of Montreal, Meonomea. Jednym słowem miazga. Rok temu Artur postawił na debiutantów i nie jest to głupie, ale trzeba do tego worka jeszcze rzucić coś co ludzie kupią. W tym roku rzucił, ale wymieszał to tradycyjnie z juwenaliowymi pierdółkami.

A Flaming Lips? Mocny punkt. Przybijam piątkę. Dla mnie Flaming Lips to muzyka marzycieli. Marzycie czasami? Ja dość często sobie coś wyobrażam. Słuchając klasyków które nagrał Wayne Coyne oraz reszta chłopaków wydaje mi się jakbym leciał na jakiejś chmurce jak muminki w jednym ze swoich odcinków. Z resztą w teledysku do Do You Realize Wayne sam odlatuje. Apropos tego kawałka, chyba największy hit grupy. Przy odpalaniu płyt tej zacnej ekipy wytwarza się pewnego rodzaju magia. Słyszałem głosy, że na koncertach również się pojawia. Zwłaszcza, że Amerykanie słynną z efektownych widowisk i dobrego brzmienia na żywo. Pod tym względem nie powinni zawieźć.

Z pewnością większość piosenek pojawi się z płyty Embryonic, która wywołuje skrajne emocje. Jest ona dobra, ale większość na pewno liczy na jakieś starsze szlagiery. Miejmy nadzieje, że nie zostaną pominięte. Bo taki Yoshimi Battles The Pink Robots p.1 czy też wspominany Do You Realize? to esencja ich muzyki. A muzykę mają kurcze dobrą. Jest w tym coś takiego popowego, melodyjnego jak i nietuzinkowego.

Najwięcej uwagi należy jednak skupić osobie Wayne’a Coyne. Koleś jest liderem, mózgiem i wszystkim dla tego zespołu. On jest pewnego rodzaju słońcem w układzie Flaming Lips. Nieokrzesane kędziory, precyzyjnie wygolony zarost, jasne garnitury na miarę. Koleś się kreuję na swój sposób dość konkretnie. Jednak w tym przypadku najważniejszy nie jest wygląd tylko jego charyzma, pomysły i przede wszystkim głos. Idealnie się komponuje z tłem muzycznym. Uspokaja mnie niczym ciepła herbatka. Ocena: 9/10.

Do You Realize??