Klaxons – Surfing The Void

Jeszcze nie tak dawno, kiedy wydawali swój debiutancki album słuchałem ich z wypiekami na twarzy. Można jeszcze znaleźć w archiwum recenzje w której po wymienieniu wszystkich fajnych piosenek z Myths of The Near Future dałem ósemkę. Obecnie miałem ogromne problemy by przebrnąć przez ich drugi krążek.

Każdy kto odniósł jakiś sukces w życiu wie jak trudno go powtórzyć. Do tej pory nikomu nie udało się wygrać po raz drugi z rzędu Ligi Mistrzów (chociaż ja i tak wierzę, że zrobi to kiedyś ekipa Rossonerich). Wiele kapel po obiecującym i fajnym pierwszym albumie nie nagrało później już niczego choć trochę dobrego. Zawsze była mowa o tak zwanym syndromie drugiej płyty, potem trzeciej może czwartej, dalej już tylko hardkory nagrywają. A Klaxons pomimo, że zostali wyróżnieni nagrodą Mercury Prize to są efektem wytrysku new indie shit disco revoultion bandów, które po całkiem fajnej pierwszej płycie kiedy był boom na tego typu muzę nigdy nie nagrały niczego w miarę już fajnego. Aczkolwiek nie można nikogo przekreślać. Taki Kasabian po katastrofalnym Empire wydał zbierający dobre recenzje West Ryder Pauper Lunatic Asylum.

Klaxons by odróżnić od reszty rozczochranych kolegów próbowano zakrywać tytułem odkrywcy new rave’u, którego jak wiadomo nigdy nie było. Debiutancki album był fajny, fluorescencyjny, żywy i dobrze się tego słuchało.  O nowej płycie mało można powiedzieć dobrego. Słychać, że próbują jakoś nawiązać do hitów pokroju Atlantis to Interzone, ale nie wyszło. Ten pierwszy singiel Echoes jeszcze ujdzie od biedy, ale reszta płyty przynudza i słucha się tego ciężko. Po pierwszym odsłuchu długo odkładałem dalsze słuchanie by ją zrecenzować, aż w końcu zacisnąłem zęby i posłuchałem. Głównie na słuchawkach idąc do roboty. Nigdy tak szybko nie szedłem do roboty, bynajmniej nie z zimna. W sumie jest jedna nawet fajna piosenka Flashover, którą można posłuchać. Całość ciężko ogarnąć a szkoda bo troszkę te moje ostatnie nadzieje pokładałem właśnie w nich. Czar prysł jednak już dawno a teraz kibicuje Toro y Moi. Ocena: 3/10

posłuchaj

Japandroids – No Singles

Tegoroczna kompilacja tak jak w tytule wykazuje się wyjątkowym brakiem singli lecz nie przeszkadza to tej płycie skopać tyłka słuchaczowi.

O Japandroids już mówiło się rok temu. U nas skutecznie ich hajpował Wyciu tutaj. Rok temu wyszedł ich debiutancki album Post-Nothing i nie owijając w bawełnę płyta miażdży. Co można powiedzieć zatem o No Singles? Jest to 40 minutowa esencja gitarowego grania zaszufladkowana w jakże wiele mówiącym pojęciu noise pop, o którym już była mowa podczas recenzowania zespołu No Age. Bo Japandroids to kolejny zespół, który wyciąga z ostrego punkowego brzmienia to co najlepsze i stara się to owinąć popową otoczką. I tak mamy zestaw dziesięciu piosenek z ostrymi, zgrzytliwymi gitarami, walącymi bębnami i spokojnym wokalem wołającym „so follow me”.

Mi osobiście przypasował ten kanadyjski duecik. Brian King i David Prowse świetnie się dopełniają i brzmieniowo No Singles nie odstaje od zeszłorocznego Post-Nothing. Jest to ten typ enerigcznego walenia z głowa, który od pierwszego odsłuchu mówi nam, że to nie są szarpidruty z wszystkim na jedno kopyto. Oczywiście płyta nie sprawdza się w różnorakich okolicznościach, ale słuchanie jej w niedzielny listopadowy, wczesny i jeszcze ciemny poranek gdzie na ulicach nie ma nawet psa z kulawą nogą (który odstraszony zimnem schował się w jakiejś norze) daje całkiem przyjemne wrażenia.

Osobiście nie słucham na co dzień takiej muzy. Wolę coś spokojniejszego, z klawiszem, coś czasem podniosłego, czasem zwykłego, czasem słońce, czasem deszcz. Nigdy nie byłem też wyznawcą punkowych rewolucji mimo, ze na mieście zawsze było pełno tego jabolowego narybku to mnie te nasączone alkoholem  hasła i skandowania nie pociągało. Japandroids niby grają noise pop, ale jak to ktoś kiedyś powiedział noise pop to punk dla dzieciaków z H&M (czy coś takiego).I tak można powiedzieć, że to mieszanina punku, garage rocka z nuta indie. W sumie szufladkowanie zawsze negatywnie mi się kojarzyło. Kanadyjczycy grają po prostu dobrą muzę, energiczną i wartą przesłuchania dla każdego entuzjasty dźwięków, niekoniecznie tylko tych hałaśliwych. Ocena: 7/10

posłuchajcie

Sufjan Stevens – The Age Of Adz

Niemal legendarny już Sufjan Stevens wypuszcza w tym roku nową płytę, której mało kto podskoczy.

Bo mało kto potrafi zaciekawić jak on, aczkolwiek zawsze miałem problemy by jakoś się do niego przekonać. Z czasem polubiłem Illinois, ale nazwy żadnego tracka (poza tym o dniu Kazimierza Pułaskiego) nie wymienię, ale to ze względu na ich pokrętne, długie nazwy. Zupełnie nie radiowe. Bo Pan Suvjan Stevens pomimo, że tworzy ładne melodie, fajne teksty i ciekawe aranżacje to jest artystą samym w sobie trudnym w odbiorze. Jego utwory są rożne. Wyobraźcie sobie, że chcecie kupić kapcie na targu w waszej mieścinie/wiosce. Pan w adidasach wyciągnie spod auta wszystkie rodzaje kapcia. Tak samo Suvjan Stevens wyciąga różne melodie z głowy. Ta właśnie wspominana różnorodność sprawia, że jest ciekawie ale i przyprawia nas o ból głowy momentami. Na The Age of Adz nawet zapodał 25 minutowego kolosa o wszystko albo nic nie mówiącym tytule Impossible Soul.

Jest tak jakby bardziej przejrzyście niż w porównaniu z albumem o nazwie stanu z Chicago z 2005 roku. Jedenaście utworów, dobrych, fajnych, ale trudnych do zakwalifikowania. Od razu przypomina mi się problem zeszłorocznego Embryonic Flaming Lips. Czy ta płyta to chłam czy geniusz? Jak wiadomo od miłości do nienawiści jest bardzo blisko, tak samo wygląda droga od totalnego shitu do czystego genialnego złota. Dla jednych coś będzie miało walory artystyczne inni w tym zobaczą nic nie warte kompozycje na poziomie piosenek Borysa Szyca. A co z nowym produktem Stevensa, który podobno wygląda tak jak jeden z kandydatów na fotel prezydenta miasta Warszawa? (może jakaś piosenka wyborcza? hehe). Dla mnie ta płyta stoi na poziomie pierwszej dziesiątki krążków tego roku. Podoba mi się i nie widzę tutaj, żadnych oznak słabości czy gaśnięcia. Herbatka zaparzona przez muzyka o Litewsko-Greckich korzeniach jest ciągle ciepła, apetyczna i nie zalatuje z niej zgniłymi fusami.

Poza tym jak zwykle słuchając jego płyty czułem się jak w radzieckiej rakiecie. Przybijam piątkę łajce i lecimy gdzieś w przestrzeń kosmiczną. Trudno w to uwierzyć, ale nie łykałem przy tym żadnych dopalaczy! I mimo, że za niedługo będę wałkować inne płyty, od Avey Tare do Wolf Parade to wracając do tego albumu przypomną mi się ostatnie ciepłe październikowe dni tego roku i coraz szybsze już zmroki zapowiadające, że zima idzie i będzie sroga w dolinie muminków. Także nie zapomnijcie o wymianie opon na zimowe i zakupie ciepłych ubrań. Ocena:8/10

posłuchaj

P.S. Niektórzy twierdzą, że za dużo piszę. Przepraszam, że tak dużo, ale nie mam czasu. Ci co nie wiedzą o co kaman zapraszam na wykłady dr Gieruli.