Tesla Boy – Modern Thrills

Один zloty internet два z telefjonom три miajcie ocy na telebimkach

heh, ale to nie miało być o tym. Wraz z ekspansją ruskich, która jest zauważalna we wszystkich sferach (nawet ja już znam cyrylicę) postanowiłem coś skrobnąć o post-cutcopy’owym bandzie z Moskwy, czyli Tesla Boy. Już rok temu było o nich głośno wraz z wydaniem ep-ki Tesla Boy EP. Wtedy to było w sumie fajniejsze, bo krótsze. Debiutancki longplay grupy jest przydługawy i gdyby go tak przyciąć i dać ciut więcej jakiegoś mentolnięcia to by wszystkim wyszło na dobre. A tak im dłużej słucham tej płytki to tym bardziej się nudzę. Nie narzekam na zawarte w niej tracki i fakt, że co nie co z tej płyty już słyszałem u wcześniejszych wykonawców (lekka maniera Cut Copy). Bo ma to swój urok i jest to synth-pop z powiewem naszych wschodnich, słowiańskich klimatów. Można się pobujać przy takim Minsk-2 na imprezie „po naszemu”, czyli tanecznej i zakrapianej jakimś Nemiroffem z papryczką.

Brakuje jednak na całym albumie jednak takiego killera, takiego totalnego wymiatacza, co by potrafił wstrząsnąć i zamieszać. Mamy za to dobrą muzykę ambitnej grupy, która zna zarówno najnowsze trendy w muzyce jak i to co było w latach 80, kiedy to Depeche Mode sprawiało ciarki na plecach. Modern Thrills jest raczej albumem dobry na kilka odsłuchów w gronie znajomych i w sumie warto go mieć nie tylko na jego „orientalność”, ale dlatego, że jest to przyzwoita muzyka i całkiem nieźle skonstruowany synth-pop. Jednak bez porywów dlatego więcej niż 6 nie mogę dać. Ocena: 6/10.

posłuchaj Electric Lady

Girl Talk – All Day

Muzyka na wesoło. W ten sposób rozpatruje zabawę w łączenie różnych utworów w jedną całość. Takim albumem jest właśnie trzeci longplay Girl Talk.

Na youtube można posłuchać wielu mash-upów, zupełnej amatorszczyzny. Wśród niektórych jesteśmy w stanie wyłowić całkiem fajne perełki typu Do Something Supermassive, które bardziej jednak wynikają z podobności brzmień obu utworów aniżeli z zgrabnego połączenia, zmiksowania . Girl Talk czyli Gregg Michael Gillis robi to bardzo profesjonalnie. I z pewnością ma wiele przy tym zabawy, jednocześnie wie co w muzyce jest obecnie na topie. To w zależności od tego co ostatnio się gra tworzy on muze do swoich płyt.

Nie traktuje tego raczej na poważnie. Bo trzeba zauważyć, że taki album długo nie sprawia radości. Z każdym dalszym odsłuchaniem mniej bawi. Najlepsze są pierwsze odsłuchy kiedy odgaduje się utwory  niczym jak u Roberta Janowskiego. Taka domowa zabawa w Jaka to Melodia. Można też to potraktować jako świetną płytę imprezową. Na sylwestra, który zbliża się dużymi krokami w sam raz pasuje. Każdy będzie miał ubaw po pachy. No i można przy takiej mieszaninie potańczyć bo pan Gillis wymieszał mnóstwo tutaj muzy rozrywkowej.

Nie chce psuć nikomu zabawy odgadywania utworów, ale wspomnę, że znalazły się tutaj i takie komercyjne sławy jak Lady Gaga, Kylie Minouge, Christina Aguilera, Beyonce Knowles czy też Rihanna. Mnóstwo rapu spod znaku klasyki Wu Tang Cla czy też N.W.A. jak i tego nowszego typu Ludacris (Move Bitch i Black Sabbath, hehe), Jay-Z czy Drake, nowe indie (Mgmt, Phoenix) jak i klasyka popu w wykonaniu Michaela Jacksona, U2, John Lennon itd. Można by wymieniać i wymieniać. Jest tego mnóstwo i spoko to brzmi. Koleś umie lajtowo wymieszać kawałki. I mimo, że przeważnie jest to łączenie podkładu popowego czy też rockowego do rapowanego wokalu to zarąbiście to brzmi. I nawet Creep z Ol’ Dirty Bastard na wokalu brzmi rewelacyjnie. Ocena: 8/10.

Posłuchaj Oh No

Local Natives – Gorilla Manor

Po namiętnym słuchaniu nowej płyty Kanye Westa nadszedł czas na przesłuchanie dokładnie kogoś niszowego, mniej znanego ale już coraz głośniej pojawiającego się w świadomości słuchacza.

Local Natives to propozycja Boo na coraz mocniej dobijająca się wiosnę 2010 do moich drzwi. I mimo, że w latach poprzednich osłuchałem się w freak-folkowych klimatach spod znaku Grizzly Bear, Fleet Foxes czy Yeasayer to Local Natives jeszcze dorzuca swoje 5 groszy. Nie miażdży, ale też nie nudzi. Słychać tutaj dużo wzorców z ostatni alternatywnych kapel. Taki Camera Talk brzmi jak by go żywcem wyrwano z Funeral Arcade Fire a Cubism Dream wraca mnie myślami do 2008 roku i Fleet Foxes. Pomimo, że wiele już zostało powiedziane to oni jeszcze byli w stanie coś dopowiedzieć cytując przy tym starszych kolegów. Całkiem możliwe, że gdyby ta płyta wyszła gdzieś w okresie 2003-2005 to by znalazła się na wielu listach podsumowujących dekady, jednakże z obecnym potencjałem znajdzie się na pewno na wielu listach podsumowujących mijający rok.

Warto zwrócić uwagę na ciekawe melodie, to ich główna zaleta i najmocniejszy punkt, niczym legendarny Szewczenko niegdyś w Milanie. Strzela najwięcej a i też wróci się do tyłu. Ci kolesie serio lajtowo grają. Gitarka bardzo fajnie w tym wszystkim funkcjonuje, a i chyba każdy zwrócił już uwagę na perkusistę, który fajnie sobie tam pyka. Możliwe, że potrzeba trochę więcej czasu by się ostatecznie do nich przekonać, słysząc te wyraźne odwołania do innych może nam się zdawać, że będzie nudno. Jednak warto poświęcić tej płycie trochę czasu a czas, chociaż jest cenny i raz stracony jest nie do odzyskania w tym przypadku nie będzie zmarnotrawiony. Gorilla Manor jest dobrą, melodyjną płytą, niezachodzącą w banał ani zbędny patos, wszystko wydaje się być wyważone. Dostałem dobrą rekomendację i posyłam dalej. Trochę z opóźnieniem, ale wiecie jak jest. Mimo dużych chęci, nie zawsze wychodzi.  Ocena: 7/10.

Posłuchaj Wild Eyes

P.S. Co dostaliście od mikołaja?