The Pains of Being Pure at Heart – Belong

Wiosna panie sierżancie, wiosna panie f…

Czekałem na tę porę roku odkąd za oknem widziałem nie odstępującą ani na chwilę srogą zimę. Wiosna to moja ulubiona pora roku, wszystko odżywa, także mój dobry nastrój i chęć słuchania czegoś bezpretensjonalnego, beztroskiego. Painsi to taki właśnie zespół, nie gigantyczny, lecz swobodnie poruszający się z gitarą w świecie syntezatora. Kompozycje na Belong tak jak na poprzednim albumie wzbudzają u mnie pozytywne reakcje. Jakby to powiedzieli masowi internetowi Ekshibicjoniści LUBIĘ TO. W porównaniu do debiutanckiego albumu jest jakby bardziej gitarowo, damski głos poszedł raczej bardziej w tył a skupiono bardziej się na fajnych melodiach na klawiszu. Dało to dość fajny efekt i przyznaje, że dobrze tego się słucha. Może i nie odkryli ameryki, ale kto by się tym przejmował w końcu wiosna idzie.

Wstaki gitarowe są na prawdę porządne, to jak wchodzi gitara w Even in Dreams przypomina mi wejście Johhnego Greenwooda w Creep. Poza tym wciąż dużo skojarzeń z My Bloody Valentine a My Terrible Friend to jakby nawiązanie do Joy Division i ich hiciora Love will tear us apart. Teksty może nie są odkrywcze: „Everyone is pretty and fun, everyone is lovely and young / Everyone is gentle and gone, but everyone’s just everyone”, ale za to nadrabiają brzmieniem.

Płyta idealnie komponuje się z moim nastrojem, gdy na ulicach robi się coraz bardziej kolorowo a szare szaliki i rękawiczki czekają w szafie na kolejną zimę. Już sobie wyobrażam piknikowanie obcowanie z naturą przy dźwiękach Belong. Dobrze też powinno zadziałać dla tych, którzy chcą podbijać miasto i serca niewiast niczym Clarence Seedorf. Ok, ja tu puszczam wodze wyobraźni a tym czasem czerwcowe obrony tuż, tuż. Posłuchajcie Belong, warto. Płyta mimo, że jest gorzko-słodka to wprowadza w dobry nastrój i pozwala cieszyć się każdą jej sekundą. Ocena: 7/10.

posłuchaj

The Strokes – Angles

Nowa płyta The Strokes, czyli jak się ma New Rock Revolution w 2011 roku.

Można przypuszczać, że źle, ale słuchając Angles to jestem pełen podziwu, że udało im się nagrać coś dobrego. Ostatni album nowojorska grupa wydała w 2006 roku. First Impressions Of Earth był albumem w sumie spoko, ale troszkę rozczarowującym po wcześniejszych, lansiarskich rockowych płytach. Po tych pięciu latach poza singlami nie wiele pamiętam z tej płyty. Potem przyszedł czas nagrywań solo i szczerze powiedziawszy nie sądziłem, że powstanie jeszcze coś nowego pod szyldem The Strokes.

Jednak nagrali płytę, którą z pewnością będą umilać mi pierwsze wiosenne dni. Mimo, że raczej jest po staremu, bo i Julian dalej śpiewać nie umie, Moretti jest wciąż tą samą maszyną a i też raczej nie bawią się w eksperymenty zbytnio. Machu Picchu to ich Kokomo w konwencji lans indje rock’nroll for me a Under Cover Of Darkness można porównywać z debiutanckimi przebojami. You’re so right to jakby nawiązanie do These New Puritans a całość jest zwieńczona przyjemnym Life Is Simple In The Moonlight.

The Strokes to wciąż chłopaki, które lubią się polansić i to w starym dobrym stylu bez żadnych facebookowych napinek i innych pierdół. Poprzez gitary, styl bycia julka i naparzanie po garach jak robocop przez pana Morettiego, który zmienił image na bardziej „ulizanego”. Już myślałem, że wyrosłem z tych wszystkich indje zespołów jednak wciąż drzemie we mnie fan The Strokes. Muszę wygrzebać ich koszulkę z szafy, gdzieś tam powinna być pod moim zielonym kubraczkiem. Ocena: 7/10.

posłuchaj

Radiohead – The King of The Limbs

Modnie się spóźniam z recenzją najnowszej płyty radiogłowych.

Liczba obowiązków jeszcze nie jest na tyle duża by nie znaleźć chwili na napisanie czegoś o King of The Limbs, jednak jest na tyle spora by opóźnić premierę płyty na tym blogu poświęconemu szpanowaniu „dobrą” muzą. Poza tym nie śpieszyłem się specjalnie, chciałem poznać dokładnie te ponad 37 minut dźwięków. Bo jeżeli chodzi o ten zespół, to mam duży szacunek. To legenda. Jednak nie mam zamiaru im cały czas słodzić i podlizywać. Bo tak na prawdę jeżeli jest się fanem gitarowego Radiohead to ta płyta was nie zadowoli, jeżeli jednak podążacie ich muzyczną drogą to na pewno się tym nie przejmujecie.

Bo to dojrzali faceci już w sumie, już nie nagrywają gorzko-słodkich grungowych piosenek typu Creep czy też rockowych majsterszytków a la Paranoid Android. Ciężko zdefiniować ich muzykę w obecnym stanie. Zahaczają o dubstep jak i w pewnym sensie o elektronikę i pop. Jedno jest jednak pewne, czego by nie zagrali to jest to co najmniej dobre. Nie wiem czy uda im się jeszcze coś zrobić co rozwali kosmos i zmieni życie milionów. Z pewnością wiem, że czego się nie tkną będzie miało to wartość. Nie zdarzyło im się po prostu nagrać jeszcze czegoś kiepskiego.

The King of The Limbs jest równym, dobrym albumem. Może dubstep nie jest tym czego szukam w życiu lecz to co nagrali zadowala mnie. Nie ma hitów, nie ma neonów, nie ma fajerwerków. Jest tylko King of The Limbs i osiem krótkich kawałków, które troszkę dają do myślenia. I gdy patrzę na teledysk do Lotus Flower to zastanawiam się czy to powrót do ery młodzieńczej Thoma, gdy ten zasłuchiwał się w techno i bujał się po dyskach czy też wyraz dojrzałości oraz jakiejś tam frustracji?

W sumie już myślałem, że z tej płyty nic nie będzie i zakończą na In Rainbows. Materiał na płytę jest na prawdę  jak na nich króciutki. I albo nie mieli już pomysłów czy chęci na nagranie więcej bądź specjalnie chcieli się zamknąć w 37 minutach. Chodzą głosy, że w tym roku wyskoczą jeszcze z drugim albumem. Mimo, że był już taki przypadek z Kid A to szczerze wątpię. Prędzej wydadzą jakieś bonus tracki dla fanów, którym będzie mało. Chłopcy raczej teraz idą w stronę nagrywania solo. Perkusista Phil Selway zasmuca świat swoimi smutnym nutkami, pojawił się nawet z młodszym Greenwood’em w Harrym Potterze. Thom natomiast jeździ po świecie ze swoim bandem.

Dla każdego kto chce sprawdzić to polecam szczerze. Pojawiają się jakieś nowe doświadczenia radiogłowych na początku płyty jednak im dalej słuchamy to napotykamy jeszcze stary dobry Radiohead, przynajmniej ten z In Rainbows. Taki Codex czy też Give Up The Ghost najlpiej o tym świadczą. Poza tym to pozycja obowiązkowa każdego, kto się mieni muzycznym entuzjastą. Ocena: 7/10

posłuchaj