Destroyer – Kaputt

Destroyer czyli Daniel Bejar wydaje swój dziewiąty studyjny album, na którym po raz kolejny udowadnia, że muzyka to jest właśnie to co powinien w życiu robić.

Płyta Kaputt rozpoczyna utwór Chinatown. I jeżeli ktoś oglądał o tym samym tytule film Romana Polańskiego to już wie, że „Chinatown to nie miejsce, a stan umysłu”. Mówię o tym dlatego, że to samo można powiedzieć o nowym albumie Kanadyjczyka nagrywającego pod określeniem niszczyciela. Niszczyciela schematów, który na swój sposób definiuje muzykę, jego wnętrze, piękno. Mimo, że to już dziewiąty studyjny album to nie czuć tu starych śmierdzących kapci. Jest świeżo, miło.

Kaputt można określić mianem spokojnego. Wydaje się, że nic się nie dzieje jednak tak na prawdę dzieje się wiele. Brzmienie jest bogate w różnorakie melodie, ciekawym dodatkiem jest pojawiający się gdzieniegdzie saksofon. Czuć wtedy Billa Clintona. Poza tym nieźle funkcjonuje w tym wszystkim bass, szczególnie warty zwrócenia pod tym względem Song for America. Teksty także stanowią dodatkowy plus: „You were born okay. Rich in name alone. Your Jesuit profile will suit The coming apocalypse!”. Sięgając po Kaputt sięgacie po chwilę wytchnienia, odpoczynku od hałasu i przemyśleń, niekoniecznie na temat jutrzejszego obiadu. Słuchać koniecznie tylko przy rozpalonych gwiazdach na niebie, lub bardzo, bardzo wczesnym rankiem. Ocena: 8/10

posłuchaj

Cut Copy – Zonoscope

Australijczycy po trzech latach wracają z nowym materiałem, który ma momenty, momenciki, ale niestety nie ma tego co miała poprzedniczka.

Do momentu usłyszenia Where I’m going podczas zeszłorocznego lata wiązałem z nimi ogromne nadzieje. Na prawdę duże były. In Ghost Colours to dla mnie płyta cud, album dekady, który pokochałem tak samo jak momenty przy których mi towarzyszył. A były to zawsze dobre chwile. Więc jak łatwo się domyśleć, słysząc te nutki zawsze się uśmiecham. Jednak pierwszy singiel z nowej płyty leciutko rozczarował. Niby wesoły, niby coś tam fajnego, ale jednak to nie to. To tak jak oglądasz mecz a twoja ulubiona drużyna wygrywa jedną bramką strzeloną w 90 minucie z spalonego. Przez cały mecz nic nie grali, jednak wygrali, 3 punkty są. Zonoscope niby też zdobywa 3 punkty, bo płyta jest równa, melodyjna i generalnie dobra. Jednak w tych piosenkach się nie zakochujemy, lubimy się tylko i momentami jest to szorstka przyjaźń.

Oczywiście są chwile na Zonoscope, które przypominają o Cut Copy jako o zespole magicznym. Tylko, że dla mnie to ciut za mało. Spodziewałem się czegoś innego, nie wiem czego, ale z pewnością czegoś innego. Być może to tylko taki moment przejściowy dla zespołu. Bo tak czasem słuchając tej płyty wydaje się jakby zabrakło pomysłu. Płyta trwa ponad godzinę a całość kończy 15-minutowy żarłacz błękitny o tytule Sun God. Nie ma tutaj jakiś wybijających się z szeregu hitów, każdy utwór stanowi całość. Oczywiście dominacja lat 80, electro, indie-pop, chórki. To wszystko jest i to na poziomie. Z tym, że nie przekłada się to na coś więcej. A Cot Copy po albumie z 2008 roku jest już zespołem od którego chce się czegoś więcej.

Mimo to nie należy zapominać, że udało im się nagrać krążek generalnie na poziomie, bez polotu, ale na poziomie i to także trzeba docenić. Od zespołów, które już coś dokonały zawsze wymaga się więcej i Cut Copy jest takim zespołem a Zonoscope w tym przypadku staje się ofiarą świetnego In Ghost Colours. Ocena: 6/10

posłuchaj

Mogwai – Hardcore Will Never Die, But You Will

Po trzech latach wraca nasz ulubiony zespół „bez wokalisty”. Co tym razem nie zaśpiewają?

Ostatki sesji zawsze wymuszają częste wyjazdy po tak zwane wpisy, ostatnia taka wyprawa miała mi zająć większy odłam czasowy, który spożytkowałem na walking po chorzowskich ulicach ze słuchawkami na uszach i podziwianiu miasta o barwach niebieskich. Z wyborem repertuaru nie miałem problemu, bo nie dawno co wrzuciłem kilka nowych wydawnictw. W tym najnowszy krążek szkockiej grupy Mogwai – Hardcore Will Never Die, But You Will (szyderczy tytuł c’nie?). Był to idealny soundtrack do moich obserwacji zatłoczonego miasta przez ludzi wracających dopiero z pracy i dziaciaków w dresach z niebieską „eRką”. I mimo, że piździało na maksa to była to dość spoko wycieczka, umilona przez Mogwai (do maks fajności jednak czegoś zabrakło, nie chodzi bynajmniej o spox muzę).

Nie miałem obaw, że ta płyta będzie stratą czasu, oni nigdy nie schodzili poniżej określonego poziomu. Mają na koncie takie klasyki jak Young Team czy też Happy Songs for Happy People. Na ostatnim longplayu Hawk is Howling czuć był pomału wypalenie formuły, zbyt ciężkie gitary i brak pomysłu. O nowej płycie tego nie mogę powiedzieć. W ich kompozycjach pojawiło się sporo świeżego powietrza, i widać, że próbują już troszkę więcej elektroniki, więcej klawiszy, ciut więcej wokalu w swoich utworach. Może w końcu ktoś chwyci się mikrofonu i powie to co powinno być powiedziane już dawno temu? Mogwai ogólnie wydaje się bardziej melodyjny i tak jakby bardziej indje. Słychać na tym albumie, że swoje parę groszy dorzucił producent Paul Savage, który wcześniej między innymi angażował się w produkcję Franz Ferdinand.

Nadal bawimy się w rozszyfrowywanie tytułów. Po raz kolejny nie zabrakło ironicznych nazewnictw tracków. Taki You’re Lionel Richie to niemalże angielskie tłumaczenie naszego Jesteś Bogiem a How to be a werewolf raczej nie wytłumaczy nam dosłownie jak być wilkołakiem, mimo, że tytuł wskazuje na to kategorycznie.

Warto dodać, że Mogwai będzie również w tym roku headlinerem na OFFie. Rojek po raz drugi ich zaprosił na swoją imprezę. Jestem przekonany, że wszyscy wynudzeni gigiem z 2008 roku powinni odczuć satysfakcję po tegorocznym koncercie.  Domieszka klasycznych utworów typu Mogwai Fear Satan, Tracy czy też Hunted by a Freak z utworami z Hardcore Will Never Die, But You Will powinna zadziałaś absorbująco na nasze umysły.Poza tym być może będzie rewanż rzucona pałeczka vs. Rafauu Rduch.

Można się przyczepić, że mało nowatorski ten album, jednakże jest z pewnością on mocnym punktem w ich dyskografii. Dawaj na balet, elo ziomale. Ocena: 8/10.

posłuchaj