Deerhunter – Halcyon Digest

Spóźniona recenzja z 2010 roku.

W moim przypadku spóźnianie się z recenzją jest normą. Jednak w mojej samotnej walce z szumem informacyjnym w internecie (by rzesze ludzi poznały fajną muzę) możliwa jest do usprawiedliwienia tendencja „spóźnionej płyty”. Poza tym to zawsze jest modne. 

Skupmy się jednak na samej płycie. Cox’owi (To nazwisko całkowicie nie pasuje do jego postury) udało się stworzyć album wciągający, na pewien sposób hipnotyzujący i ciekawy. A głównie to wszystko za pomocą gitar, PROSTOTY (Nie cierpię przekombinowanych akcji tak samo jak Mateusz Borek) no i pomysłów, które co chwilę się rodzą w głowie Bradforda C. Jest on zresztą znany z płodności twórczej, jednak Deerhunter > Atlas Sound i to dla mnie zdecydowanie. Wystarczy posłuchać takiego Desire Lines (wam też ten kawałek kojarzy się z nowym Arcade Fire?), Coronado czy też Revival by się przekonać o tym co piszę. Sprawa na prawdę nie jest skomplikowana, co sprawia, że album nie jest tak trudny w odbiorze. Nie mam pojęcia jak wygląda to na żywo, ale myślę, że warto będzie sprawdzić, czy te kawałki w w wykonaniu live również tak potrafią pochłonąć nasze umysły. Ocena: 8/10.

posłuchaj

Cults – Cults

Powrót kultowych melodii z lat 60 w wersji indje-popowej, które mają dopełnić nam wakacyjne leniuchowanie.

Oj tak, ta płyta to typowa wakacyjna, lekka i bez kompleksowa zbitka melodyjnych piosenek, których zadaniem ma być uzupełnianie wakacji czymś po prostu „fajnym” (w szerokim rozumieniu tego słowa). Cults to nowojorski (można było jeszcze obstawiać Los Angeles) duet Madeline Follin (śpiewa) oraz Briana Oblivion (robi całą resztę). Na płycie widać, a raczej słychać, że para raczej z nich dobrana. Udało im się skomponować fajny, przyjemny debiutancki krążek, który słucha się wyłącznie w ciepłe, słoneczne dni. Utwory nie są długie i nie ma ich dużo, także czas spędzony przy tej płycie nie jest duży, ale i co najważniejsze nie jest zmarnowany.

Stylistycznie odwołują się do lat 60, czyli łatwych piosenek o wszystkim i o niczym. Poza tym przypomina to jak już zauważono Peter, Bjorn and John, ale zrzynki nie ma, są tylko skojarzenia z wakacjami 2006, które były gorące. Mamy tu wszystko co musi zadziałać i jakiś klawisz, i handclaping, i cymbałki, i nieskomplikowane konstrukcje piosenek, które mają za zadanie się podobać. I się podobają. Oczywiście nie jest to nic nowego, ale c’mon people! To tylko płyta na wakacje. Nikt nie słucha na plaży Paranoid Android ani podczas górskiej wycieczki Briana Eno. Cults dobrze w tym momencie trafia, jest fajnie, ale już we październiku nikt nie będzie pamiętał o Abducted czy Go Outside. Póki co urlopowiczu, pakuj Cults do torby. Ocena: 7/10.

Posłuchaj

dEUS – Vantage Point

Czas wrócić do muzycznego wymiaru tego bloga, w końcu najważniejszy festiwal muzyki niezależnej tuż, tuż.

Grupa dEUS  będzie reprezentowała w tym roku belgijskie barwy rocka alternatywnego. Jego historia sięga roku 1989, a miejscem założenia Antwerpia. Jednak nie oczekujcie ciekawej historii założenia niczym Kombajn do Zbierania Kur Po Wioskach (Szpital psychiatryczny) czy też The Doors (plaża). To są w końcu Belgowie, kraju kojarzonym z nudą i wolno płynącym czasem. Jednak czy ich muzykę można nazwać nudną? W pewnym sensie i tak, i nie.

Na początku trzeba powiedzieć prawdę, że ci kolesie z Belgii nie wymyślili niczego, czego wcześniej nie zagrałoby The Pixies, Dinosaur Jr. czy też Pavement. Jednak ile zespołów potrafi mimo to nagrać coś fajnego i w pewien sposób ciekawego? dEUS z pewnością jest takim zespołem, który pomimo braku innowacyjności w tworzonej treści potrafi skupić wokół siebie słuchaczy, którzy im przytakną i nawet się uśmiechną. W końcu Artur Rojek postawił na nich, to spora rekomendacja dla wszystkich hipsterów, dla których mekką w sierpniu będzie Dolina Trzech Stawów.

Vantage Point to najnowsze wydawnictwo grupy, które trzyma dobry, równy poziom jednak nie zbliża się do ich najlepszego, debiutanckiego albumu Worst Case Scenario. Jeżeli miałbym użyć trzech przymiotników, które określą Vantage Point to będą to: patetyczna, energiczna, melodyjna. Patetyczna w ten sposób, że wystarczy puścić sobie kończący Popular Culture by usłyszeć rozdmuchaną kompozycję na miarę Oasis. Energii także tutaj nie brakuje,  Favourite Game czy też Oh Your God udowadniają to w pełni. Melodyjność albumu natomiast zawiera się w tworzeniu, dobrych, pop-rockowych refrenów, które charakteryzują i określają ten krążek. Duża też w tym zasługa Toma Barmana  i jego wokalu. Warto zapoznać się z ich twórczością i z pewnością warto będzie zobaczyć. Ocena: 6/10.

posłuchaj.