Z Mesem się spotkałem już dawno, dawno temu. W czasach ciągłego słuchania polskich rap płyt. Wtedy Mes pisał jakiś list, teraz raczej będzie mowa o facebook’u, sms’ach itd. Wydany w tym roku na dwóch płytach album „Kandydaci na Szaleńców” jest potwierdzeniem tezy, że polski rap ma się dobrze a sam Mes jest w czołówce najlepszych w tym kraju.
Album rozpoczyna „Otwarcie”, czyli pierwszy singiel. Skojarzenia z Jay-Z nie są przypadkowe. Podsumowanie życia i podziękowaniu komu trzeba na początku pozwala przejść Mesowi do dalszych rozkminek życiowych. Jest sporo wspomnień, pierwsze miłości, dragi, wkur******* dwie matematyki z rzędu i pretensje do ojca. Pod względem tekstów Mes jest dla mnie w czołówce, momentami trafnie trafia w temat między innymi: „wulkan nocny rankiem szybko krzepnie, nie poznałbyś jej spotkawszy w dni powszednie” czy też „Wiedza – cóż, może smakować jak słodycz / ale w polskiej szkole zwykle ma smak wody”.
Szczerze powiedziawszy to nigdy jakoś nie oczekiwałem niczego wyjątkowym po mesie, nie wyróżniał się specjalnie. Wydawał się jednym z wielu, jednak po przesłuchaniu Kandydatów na Szaleńców uświadomił mi, że brak takiej charakterystyczności nadgania charyzmą i świetnymi tekstami. Z bitami na płycie bywało różnie. Z jednej strony, świetne” Otwarcie”,” Żywioły” czy „Happy Home” a z drugiej nie udane” Szukam…” oraz „Zanim Znajdziemy”, gdzie jest po prostu drętwo. Mimo niektórych słabizn w podkładach to sam Mes wypada przyzwoicie. Dodatkowo bawi się konwencją. Mamy rockowe „Zegar Tyka”, „Zamknięcie” nawiązuje do czarnych hitów spod znaku „Lolipop” a „Szukam…” to chyba miało być dubstepowe?
Mimo, że ilość materiału zgromadzonego na płycie momentami odstrasza to warto przesłuchać wywodów Piotrka. Dodatkowo fajna nazwa albumu, bardziej brzmi jak nowy album Much. Gratuluje. Ocena: 7/10.
P.S. 22 października będzie okazja zobaczenia Mesa na żywo w Katowicach, obok Łony, Eldo i Wdowy. Myślę, że warto.
Każdy pasjonat filmów dobrze wie, że sukces każdego obrazu filmowego nie zależy wyłącznie od scenariusza, zdjęć, gry aktorskiej czy też tematyki filmu. Dużą uwagę zwraca się również na muzykę filmową. Dlatego postanowiłem ułożyć sobie w głowie najlepsze i najbardziej charakterystyczne ścieżki dźwiękowe do filmów jakie widziałem. Efekt tych przemyśleń przelewam na klawiaturę i przedstawiam listę 15 takich soundtracków, które mają w sobie to coś. Zapraszam do lektury i zachęcam do wpisywania w komentarzach swoich typów.
15. James Bond. Chyba każdy chociaż raz w życiu widział jakąkolwiek cześć przygód tajnego Agenta Jamesa Bonda. Czy to z Sean’em Connery’m, Rogerem Moore’m czy Pierce Brosnanem. Motyw z tego filmu stworzony przez Monty’ego Normana jest jednym z najbardziej znanych i najczęściej pojawiających się na naszych ekranach.
14. Pogromcy Duchów. Oh, film mojego dzieciństwa. Nadal mam do niego sentyment, kiedyś straszył. Teraz świetnie bawi. Co do motywu głównego to oczywiście lata ’80 rulez.
13. Blues Brothers. Świetna komedia muzyczna w której pojawiło się wiele gwiazd muzyki z Arethą Franklin i Ray’em Charles’em na cz czele. I jak na komedie muzyczną przystało soundtrack także był na dobrym poziomie.
12. Mission: Impossible. Motyw z tego filmu nie raz można było usłyszeć na naszym mikołowskim rynku, wtedy każdy czuł się jak Tom Cruise. Wy też się tak poczujcie.
11. Gwiezdne Wojny. Trudno by się nie znalazł na tej liście jeden z najbardziej rozpoznawalnych motywów w dziejach kina. Osobiście nigdy nie byłem ogromnym fanem tej sagi filmowej, ale doceniam muzykę.
10. Requiem Dla Snu. Sam film mnie aż tak mocno nie powalił. Kiedyś chciałem go zrecenzować, ale jakoś mi się potem odechciało. Pamiętam do tej pory, że to co miałem do zarzucenia to fakt, że ten motyw pojawia się w filmie po prostu za dużo razy. Mimo, że jest genialny to za trzecim i kolejnym razem już po prostu nuży. Osobiście cenię ten utwór stworzony przez Clinta Mansella jednak ma on po prostu problem radiowego hitu, który jest grany do obrzydzenia.
9. Lśnienie. Jeden z najlepszych horrorów w dziejach, stworzony na podstawie powieści Stephana Kinga. Lecz czym byłby sukces tego filmu bez genialnego soundtracku Krzysztofa Pendereckiego?
8. Dobry, Zły, Brzydki. Nie mogłoby na liście zabraknąć przedstawiciela spaghetti westernu i genialnego Ennio Morricone. Genialność tego motywu tkwi w prostocie i lekkości. Też czujecie się jak pędzący kowboj na swoim mustangu podczas słuchania tego utworu? Bo ja taaaaaak.
7. Halloween. To co zawsze było na korzyść tego filmu w konfrontacji z innymi slasherami takimi jak Piątek Trzynastego czy Koszmar z Ulicy Wiązów to motyw stworzony przez reżysera filmu Johna Carpentera. Ten niepokojący klawisz, atmosfera zagrożenia. Muzyka chyba bardziej przerażała od samego Michela Myersa z wielkim nożem w ręce.
6. Shrek. Dla mnie ten film jest już w pewnym sensie legendarny, to od niego rozpoczęła się moda na tego typu komputerowo tworzone produkcje wypuszczane przez Pixar. Sam Shrek miał w sobie wszystko by móc stwierdzić, że to film genialny. Soundtrack idealnie wkomponował się w film i dodawał uroku. Brawo.
5. Pulp Fiction. Rewelacyjny film, rewelacyjny soundtrack co tu dużo mówić. Posłuchajcie.
4. 28 Dni później. Gdy tylko obejrzałem ten film i usłyszałem ten motyw stworzony przez Johna Murphy’ego od razu się w nim zakochałem. Genialny utwór oparty na świetnej gitarze i perkusji, która dodaje pewnej tajemniczości. Track rozpoczyna się delikatnie by w pewnym momencie nabrać tempa i wybuchnąć jak wulkan na Islandii. Idealnie wkomponował się w sceny ucieczek przed zombie. Zobaczcie film, posłuchajcie soundtracku.
3. Ojciec Chrzestny. Moim zdaniem jeden z najlepszych filmów w dziejach wszechświata, jeżeli nie najlepszy. Duży wpływ na to miała także muzyka stworzona przez Nino Rota, Carmine Coppola oraz Carlo Savina. Gdy słyszę tą trąbkę na początku zawsze dostaje ciarek na plecach. Pamiętajcie, „nasi prawdziwi wrogowie jeszcze się nie ujawnili”.
2. Pewnego Razu na Dzikim Zachodzie. Po raz drugi w moim zestawieniu pojawia się Ennio Morricone i jego świetne „Man With Harmonica”. Ta harmonijka jest tak psychodeliczna, taka transowa i taka zniewalająca. Wszystko w tym utworze jest wyśmienite, bez tej melodii film ten nie odniósłby zapewne takie sukcesu. Gdybym miał harmonikę, chciałbym tak grać.
1. Rocky. Pierwsza część Rocky’ego to klasyka kina. Świetny scenariusz, świetna gra Sylwestra Stallone, świetny klimat i muzyka, która powstała dzięki Billy’emu Conti. Gdy tak patrzyłem na Rocky’ego jak biegnie, podskakuje, wbiega na schody itd i przygrywa mu do tego „Gonna Fly Now” to myślałem, że wszystko jest możliwe. Ale to także świetne „Going The Distance” czy też klasyczne „Eye of Tiger” z trzeciej części. Chyba czas znowu obejrzeć wszystkie części.
Kolejna porcja dobrego chilleave’u na długie jesienne wieczory.
Wszyscy fani gatunku pamiętają świetny rok 2009. Rok rewelacyjny pod wieloma względami (nie tylko muzycznymi), aczkolwiek dobry ze względu na liczbę full wypas albumów. Wtedy to Alan Palomo wydał dobrze przyjęty „Psychic Chasms” i dzięki temu późne wieczory nabierały barw. W tym roku ma być podobnie, a to głównie za sprawą polskich dziewczyn i „Era Extraña”.
Nie będę bawił się w rozszyfrowanie nazwy płyty (trzeba przyznać, że oryginalna) lecz pokuszę się o ocenę materiału zgromadzonego na tym krążku. Początkowe intro tak jak w tytule ma wywołać u nas już na starcie atak serca. U mnie wywołało zaciekawienie. „Polish Girl” na początek stanowi przypomnienie nam kończące wakacje i zapewnia dobrą, taneczną zabawę przez następne 4 minuty i 26 sekundy. „Blinside Kiss” otrzeźwia nas swoim surowym, hałaśliwym brzmienie waląc nam po twarzy rękawiczką. Palomo miał na pewno świetną zabawę nagrywając tą płytę, czuć to na późniejszych „Hex Girlfriend” i „Future Sick”. „Suns Irrupt” natomiast idealnie znalazło by swoje miejsce na niejednej hipsterskiej dyskotece. Całość wieńczy „Arcade Blues”, które jakby żywcem zostąło wyrwane z debiutu Neon Indian.
Tak, słychać wyraźnie na „Era Extraña” jeszcze echa poprzedniego krążka, co oznacza, że Palomo nie rzuca póki co swoimi muzycznymi kamieniami dalej. Tworzy to w czym czuje się dobrze i co najważniejsze rewelacyjnie mu wychodzi. Uwielbiam to w jaki sposób łączy ze sobą banalną prostotę, melodyjność i taneczność z psychodelicznymi wariacjami. Czuć w tym jednocześnie smutek jak i radość. Często się go wymienia przy okazji pisania o Washed Out czy też Toro y Moi, jednak Neon Indian tak jakby podąża swoją, ciut inną drogą do naszych serc. Próbuje pokolorować szare, depresyjne dni jednocześnie wspominając, że zima tuż tuż. A to, że pory roku łączą się z muzyką już wiedział Vivaldi a Neon Indian zawsze będzie dla mnie tą fajniejszą częścią jesienni i wczesnej zimy. Ocena: 8/10