Wugazi – 13 Chambers

Lata 90 dały muzyce całkiem spory kawałek świetnej muzyki i rewelacyjnych artystów. Jednak co się stanie gdy połączymy niektórych z nich?

Album „13 Chambers” jest odpowiedzią na te pytanie. Cecil Otter oraz Swiss Andy postanowili stworzyć mash-up dwóch legendarnych bandów: Fugazi (jeden z najistotniejszych zespołów gitarowych wczesnych lat 90) oraz Wu-Tang Clan (zachwycałem się nimi przy okazji tworzenia listy 10 najlepszych płyt hip-hopowych). W ten sposób powstał Wugazi. Mix tych dwóch artystów dał rewelacyjne efekty. Album „13 Chambers„, którego nazwa jest grą słów (Połączenie dwóch najważniejszych płyt obu ekip „13 Songs „plus „36 Chambers„) jest nie lada gratką dla każdego fana muzyki.

Po pierwsze łączenie rockowych podkładów do hip-hopowej nawijki najlepiej się sprawdza przy tworzeniu mash-up’ów. A wymieszanie świetnych rockowych brzmień gitary i perkusji Fugazi do rapu takich hip-hopowych tuzów jak Reakwon, Ghostface Killah, RZA, GZA czy też Ol’ Dirty Bastard dało nadspodziewane efekty. Czuć w tym energię oraz klimat lat ’90. Oczywiście piosenki te idealnie się sprawdzają teraz i nie są tylko pokarmem dla entuzjastów dekady Nirvany itp.

Po drugie sprawny montaż samych mash-up’ów. Duże brawa za pomysłowość i twórczość w wykonaniu. Same melodie Fugazi i Wu-Tang Clan nie obroniłyby się gdyby nie właściwe połączenie tych dwóch zespołów. Dzięki temu otrzymaliśmy hicior w postaci „Sleep Rules Everything Around Me”, który wyraźnie wybija się ponad resztę utworów. Jednak nie oznacza to, że reszta pozycji to zwyczajne zapchajdziury. Całość zasługuję na solidną siódemkę i żałować można tylko, że raczej nie zobaczymy takiej kombinacji na żywo. Ocena: 7/10.

posłuchaj

MaRina Łuczenko – Hardbeat

Słów kilka o polsko-ukraińskim popie.

Ok, nie będę tutaj przedstawiał analizy współczesnego pop, który dla wielu skończył się wraz z śmiercią Króla – Michaela Jacksona. Tym bardziej nie będę się rozpisywał o ukraińskim popie na temat, którego nie wiem nic i nie znam nic poza „Seksualną”. Natomiast przedstawię wam sylwetkę pewnej wschodzącej gwiazdy. Marina Łuczenko urodzona na Ukrainie, mieszkająca w Polsce. Showbiznes również wybrała polski, mimo młodego wieku (rocznik Alexandre Pato) zdążyła pojawić się już w wielu programach telewizyjnych od Szansy na Sukces po Taniec z Gwiazdami (ała). Ja osobiście kojarzyłem ją z siedzenia na stołku w Vivie, gdzie robiła ładne miły i pokazywała swoje nogi. Przy okazji w tym programie toczyły się „dyskusje”  na tematy miary „artyści jednego przeboju”. Poza paroma małoznacznymi rólkami w tvn-owskich serialach można ją kojarzyć dzięki trzem singlom, wydanym w ostatnim czasie.

Mowa o „Pepper Mint”, „Glam Pop” oraz „Electric Bass”. Ostatni z nich promuje debiutancki album „Hardbeat„. I tu pozostanę chwilkę. Będę bezpośredni. Ta płyta nie jest wybitna, nie jest rewelacyjna. Nie jest oryginalna w żadne sposób (No alarms, no suprises), nie czuć powiewu świeżości. Wszytko wydaje się być już wcześniej zagranymi schematami, które są po prostu modne i mogą się sprzedać. Marina nie jest polską Uffie, jednak do czegoś hipsterska młodzież musi tańczyć bez poczucia obciachu i żenady. I tutaj Marina idealnie trafia. Dziewczyna jest młoda, modna, ma fajny głos i generalnie muza na „Hardbeat‚ jest spoko. Bez obciachu, tanecznie i trendy. To wystarczy. Także spokojnie mogę dać piąteczkę. Ocena: 5/10.

Posłuchaj

Atlas Sound – Parallax

Najchudszy człowiek świata wydaje jedną z najgrubszych płyt tego roku.

Bradford Cox pomimo chorób, które dręczą jego ciało jest jednym z najbardziej płodnych artystów ostatnich 5-6 lat. Pomijając Atlas Sound, który wydaje się być jakby tym „drugim” projektem mamy jeszcze przecież Deerhuntera, który przynajmniej raz na dwa lata wypuszcza coś nowego. W przerwach jednak Bratford działa jako Atlas Sound a tej jesieni pokazał się już trzeci album tej solowej formacji. I co by nie mówić ta nowa płyta jest na bardzo dobrym poziomie.

Mi osobiście bardziej się podoba niż poprzednie wydawnictwa Atlas Sound (Nie będę natomiast porównywał tej płyty do płyt Deerhuntera). Bradford Cox ma głowę i serce do pisania ciekawych, fajnych piosenek. Parallax to zlepek 14 świetnych utworów. Zaczyna się od energicznego i magicznego „The Shakes”. Jednak przy „Amplifiers” i „Te Amo” zwalnia tempa. „Mona Lisa” dostarcza sielankowej atmosfery przy countrowych dźwiękach klasycznej gitary i harmoniki. „Praying Man” podgrzewa atmosferę odpoczynku dzięki prostemu zabiegowi „sha la la la”. Natomiast przy „Doldrums” odpływamy w krainę chmur, gór, jezior i sadzawek. Plusior za gitarę w „Angel is Broken” oraz mega plusior za rewelacyjny „Lightworks„, gdzie każdy moment piosenki mimo swej banalności jest po prostu genialny. Całość kończy dwuczęściowy, intrumentalny „Quark Park„.

„Parallax” to mocno piosenkowy album, który wydaje się być pozycją obowiązkową tej wiosennej jesieni. Bardzo go przyjemnie się słucha, duże brawa dla Bradforda Cox’a. Ocena: 8/10.

Posłuchaj