Piosenki na sylwestrową noc

Sylwester już tuż, tuż. Szampan, chipsy, fajerwerki, taniec i śpiew. To wszystko będzie już niebawem, ale jaka muzyka powinna polecieć w tle? Chyba nie chcecie polegać na sylwestrowych propozycjach TVP? Która co roku serwuje zapomniane, kiczowate przeboje z lat 80 i 90? Spokojna głowa, Dj Paweuu wam pomoże. Wyselekcjonowałem 10 tanecznych, imprezowych i dobrych piosenek, przy których każdy  świetnie spędzi czas w tę kolorową noc.

Na początek imprezy, kiedy będzie się toczyć miła rozmowa i wszyscy będą jeszcze trzeźwi powinno polecieć coś co każdego wprawi w dobre samopoczucie. Myślę, że w tym momencie wszyscy powinni usłyszeć Calvina Harrisa i jego akceptowalne dźwięki w latach 80.

Kiedy już wszyscy zajęli wygodnie miejscówki, każdy wie kto jest kto i generalnie zostały obgadane wszystkie sprawy to należało by przejść do inicjacji alkoholowej. W tym momencie może coś w czarnych klimatach? Zeszłoroczny Kanye najbardziej będzie tutaj pasował.

Pierwsze koty za płoty, jest miło i uroczo. Część gości z pewnością udała się na papierosa. A co z resztą, która nie pali? Dla nich przygotowałem Hot Chip.

Wracający ludzie z cygarety są na pewno zziębnięci. My, jako dobry gospodarz musimy ich rozgrzać. Najlepiej podziała tutaj przepis wujka Barneya i jego opener z sylwestrowej playlisty.

Goście siedzą, zajadają chipsy, popijają je drinkami z parasolkami. Powoli tupią nóżkami. Może należałoby się już coś pogibać? Załatwione przy !!!.

!!! było na rozgrzewkę, teraz wchodzimy z czymś bardziej energicznym. To będzie morderczy taniec.

Uff, zmęczeni? Chwila odpoczynku i przerwy na uzupełnienie płynów. Ciężko by w tym momencie zabrakło Cut Copy.

No, ale chyba nie chcecie siedzieć do końca? Zabawa powinna trwać do rana. Troszkę klasyki nie zaszkodzi.

W dobrej zabawie, śmiechach, hihach i tańcu zapomnieliśmy, że dobiła już 12. Odliczanie, wypala szampan, toast, życzenia i fajerwerki. Do oglądania kolorowego nieba idealnie nada się Animal Collective.

Jednak na tym nie kończymy, bawimy się dalej przy dźwiękach Justice.

Przy takiej muzie nikt nie powinien się nudzić. Udanej imprezy i szczęśliwego nowego roku od ekipy Paweuu.

Drake – Take Care

Najlepszy album R&B poprzedniego roku.

Drake, czyli Aubrey Drake Graham zaczynał swoją karierę jako aktor grając różnorakie serialowe role. Jednak najlepiej się sprawdził do tej pory jako muzyk. Jest obecnie obok Rihanny jednym z najbardziej pożądanych muzyków na featuringu. Współpracował już ze wszystkim wielkimi w dziedzinie czarnej muzy (Eminem, Kanye West, Jay-Z czy też Lil Wayne). „Take Care” do drugi w jego kolekcji album. Poprzedni „Thank Me Later” z ubiegłego roku zebrał dobre recenzję i umocnił pozycję Drake’a na amerykańskiej scenie muzycznej. Najnowsze wydawnictwo wydaje się być krokiem w przód.

Być może nie postawił jeszcze w tym momencie kropki nad i. Nie zamknął ust wszystkim wokół, jednak wydał album, który jest najlepszym jaki słyszałem w tym roku z gatunku hip-hop, R&B. Drake ma prawie wszystkie cechy potrzebne na nagranie fajnego albumu. Koleś ma całkiem niezłe nawijki, ciekawy, oryginalny flow, fajne podkłady i co najważniejsze jest w tym pewna świeżość. Mimo, że na początku „Take Care” wydawało mi się albumem z dłużyznami to z każdym następnym podejściem coraz bardziej ta płyta mnie wciągała. Odkrywałem ją na nowo za każdym razem, gdy jej słuchałem. R&B nie jest tym czego słucham całymi dniami, jednak muza stworzona spod ręki Drake’a idealnie trafia w moją potrzebę wewnętrznego baunsowania. Przy tym materiale Rihanna, Nicki Minaj, Stevie Wonder, The Weekend i Lil Wayne wydają się być tylko dodatkiem. To Drake jest jest wisienką na torcie.

Na koniec dodam jeszcze, że muzyka tworzona przez Drake idealnie powinna się odnaleźć w każdych, osobnych gustach. Jestem całkowicie pewien, że w niebie czarnoskórzy aniołowie słuchają właśnie „Take Care”. Polecam. Ocena: 8/10.

posłuchaj.

P.S.

Na początku wydawało mi się, że Drake na tej okładce trzyma w ręce udko kurczaka..

Playlist Grudzień

W chwilowo zapomnianym dziale Playlisty kilka „recenzji na życzenię” i nowa piosenka Much, która jakoś tak się dolepiła.

Pan Stian – Piosenka o emigracji. Fakt, że powstaje w Polsce coraz więcej projektów związanych z muzyka alternatywną oraz samym szeroko rozumianym ambientem to dobry znak. Rozwój znaczy postęp. Jednak ilość nigdy nie będzie tak ważna jak jakość. Pan Stian to projekt za którym stoi Sebastian Pypłacz. Piosenka o emigracji to utwór znajdujący się na nie dawno wydanej epce „Drugi ulubiony Organ”. Po przesłuchaniu tych nagrań nasuwa się od razu kilka oczywistych oczywistości. Recytacja tekstów z manierą podobną do Krzysztofa Ostrowskiego z CKOD, ma bez wątpienia na celu zakrycie braku umiejętności śpiewania. Jednak bez obaw, lubimy dużo wykonawców, którym ze śpiewem nie jest po drodze. Warstwa muzyczna, którą stanowią elektroniczne podkłady z skromnymi elementami gitary jest wyłącznie tłem do tekstów Pana Pypłacza. A z tekstami przy tych utworach jest tak jak z tym kawałem o Leninie: „Dzień pierwszy Lenin przemawia w radiu, dzień drugi Lenin przemawia w tv, dzień trzeci Lenin na pierwszych stronach gazet, dzień czwarty boje się zjeść konserwę”. Po prostu nie chce mi się słuchać o polityce, emigracji, konsumpcji, globalizacji, bezrobociu itd przy słuchaniu muzyki, która jest dla mnie taką ucieczką od tego całego świata. Szczerze mówiąc ani „Piosenka o emigracji”, ani żaden inny kawałek na Drugi Ulubiony Organ EP nie powalił mnie na kolana. Jest potencjał w tym co usłyszałem, jednak brakuje oryginalności i „tego czegoś” co by odróżniło tą muzykę od reszty. Plus za dobre podkłady, jednak jeżeli nie ma to być muzyka wyłącznie dla małych grupek studentów politologii to powinny pojawić się ciekawsze pomysły, teksty i rozwiązania.

posłuchaj

Pataconez – Maintfak. Jeżeli chodzi o rapcore to dla mnie to pojęcie, które zaczęło i zakończyło się na Rage Agaisnt The Machine. Po nich nie było już nic ciekawego. Obecnie rapcore ma problem znaleźć swój target nawet w gimnazjum, jednak rozumiem potrzebę tworzenia tego typu muzyki. Doceniam profesjonalny marketing, fajny klip (jak na zespół znany tylko w Lublińcu i okolicach) i ciekawy głos wokalisty. Jednak jest tylko jeden, aczkolwiek istotny mankament w tym wszystkim. Całkowity brak siebie. Całość co do nanosekundy wydaje się być idealną, profesjonalną zżynką z zespołów, których plakaty wiszą nad łóżkami członków Pataconez (z honorowym miejscem dla Limp Bizkit). Naśladowanie kogoś innego jest teraz modne, jednak jest to tańczenie na polu minowym. Już nawet Linkin Park zaczął grać coś innego a Fred Durst rzucił to badziewie dla porno biznesu i coverowania Who.

posłuchaj

Muchy – Nie przeszkadzaj mi, bo tańczę. Niektórzy twierdzą, że Muchy się skończyły. Mówią, że po odejściu Piotra Maciejewskiego, który był dla Much tym czym dla Milanu Andrea Pirlo, zespół nie nagra już nic tak dobrego jak „Miasto Doznań”. Jednak najnowszy utwór, promujący trzeci album grupy, który ukaże się niebawem pokazuje, że nie należy stawiać jeszcze przy nich krzyżyka. „Nie przeszkadzaj mi, bo tańczę” to typowy, muszkowy, energiczny kawałek. Z fajnym tekstem, jeszcze lepszym refrenem. Nowa płyta zapowiada się ciekawie, czekamy, czekamy.

posłuchaj