Dry The River – Shallow Bed

Długo oczekiwany debiut wychodzi na światło dzienne.

Debiut oczekiwany od sierpnia 2011 roku, kiedy to ujrzałem tą grupę na Off Festiwalu i zachwyciłem się ich muzyką. Byli wtedy niczym przyjemny podmuch bryzy morskiej, wspaniale się odnaleźli na scenie leśnej. Po koncercie wszyscy fani lekkiego grania byli zadowoleni. Angielska ekipa do tej pory wydała jedynie parę ep-ek i mini koncertowych albumów. Pojedynczymi singlami potrafili zachwycić. Pytanie było, czy uda im się to na długo grającym albumie?

Odpowiedź na to pytanie znajduje się na „Shallow Bed”. Ich pełne życia utwory, łączące w  sobie szorstkość i wrażliwość, nasiąknięte są patosem takich grup jak British Sea Power czy The National. Natomiast znajdujące się tutaj smyczki przypominają nam o pierwszych utworach Arcade Fire. Piękne, gitarowe ballady z ekspresyjnymi refrenami idealnie komponują się z obecną aurą i oczekiwaniem z wypiekami na twarzy na wiosnę. Kompozycje zawierają sporo energii, jednak przy tego typu debiutach jest to niemalże znak rozpoznawczy. Sporo nawiązań do zespołów, które już w rejonach indie i folku odniosły dużo, ale znajdziemy na płycie całkiem niezłą ilość autorskich pomysłów i rozwiązań. Czuć świeżość, może nie na tyle by zmienić oblicze muzyki, ale na tyle by przyjemnie spędzić w własnym ogródku miesiące marzec-kwiecień. Jestem zdecydowanie na tak. Ocena: 7/10.

of Montreal – Paralytic Stalks

Kolejna porcja smutnych piosenek na wesoło w wykonaniu Kevina Barnesa.

Wydawałoby się, że of Montreal najlepsze lata ma za sobą. Zwłaszcza niesamowity był dla nich okres 2004 – 2007, który był pewnego rodzaju apogeum w ich twórczości. Zespół z Athens wydał wtedy „Satanic Panic in Attic”, „The Sunlandick Twins” oraz „Hissing Fauna, Are You the Destroyer?”. Każda z tych płyt wiele wniosła do gatunku odrealnionego popu i zebrała świetne recenzje. Potem był pamiętny koncert na Offie po czym nastąpił dziwny okres. Następne płyty nawet nie zbliżyły się do poziomu poprzedniczek. Być może formuła częstego wydawania płyt zebrała żniwo wypalając pomysły zespołu? Może problem tkwił głębiej w głowie Kevina Barnesa? Bo „Skeletal Lamping” oraz „False Priest” to krążki moim zdaniem mocno słabiutkie.

Dlatego też nie miałem zbyt dużych oczekiwań od tegorocznej propozycji zespołu. Po pierwszym przesłuchaniu „Paralytic Stalks” moje zdanie się nie zmieniło. Zadziałało chyba złe nastawienie. Jednak im więcej czasu poświęcałem tej płycie to tym lepszą opinię o niej miałem. Ostatecznie mogę stwierdzić, że of Montreal wracają do formy, bo na „Paralytic Stalks” są na prawdę dobre momenty, które pokazują, że Kevin Barnes nie zapomniał tworzyć odjazdowych, zakręconych i przede wszystkim kolorowych popowych kawałków. Oczywiście nie jest cały czas superancko, pojawiają się dłużyzny, momenty słabe. Jednak całość stoi na całkiem przyzwoitym poziomie. Dlatego z czystym sumieniem szósteczkę mogę dać. Ocena: 6/10.