Off’owe propozycje część szósta

Powoli rozpoczyna się ostateczne odliczanie. Już za kilkanaście dni wystartuje kolejna edycja najlepszego alternatywnego festiwalu w kraju nad Wisłą. Co warto sprawdzić? Szósta część mojego przewodnika tym razem poleca legendę indie rocka Stephena Malkmusa oraz brytyjski zespół Death in Vegas.

Stephen Malkmus and The Jicks – Mirror Traffic (2011). Stephen Malkmus to nazwisko, które ceni każdy fan dobrej muzyki. Tego legendarnego muzyka znamy przede wszystkim dzięki grupie Pavement, która uważana jest do tej pory za pionierską w dziedzinie alternatywnego rocka. Lata 90 to Stephen Malkmus i jego zespół, ale przecież mamy już rok 2012.Nasuwa się zatem pytanie: co może obecnie zaserwować nam ten artysta? Otóż po rozpadzie Pavement amerykański muzyk nagrywał wraz ze zespołem The Jicks. „Mirror Traffic” to piąta płyta wydana przez Malkmusa wraz z The Jicks. Po kilkukrotnym przesłuchaniu tego albumu nasuwają się dwie myśli. Po pierwsze słychać tutaj zgrabną rękę Malkmusa, który potrafi pisać fajne, gitarowe piosenki. To zdecydowanie plus. Jednak druga myśl podpowiada mi napisanie w tym miejscu słowa: „wtórność”. To już wszystko było, słyszeliśmy to na takich albumach jak: „Slanted and Enchanted”, „Croocked Rain, Crooked Rain” czy też „Wowee Zowee”. Nic nowego się raczej nie wkrada w te utwory. Pomimo to nie można odmówić tym piosenkom uroku i pewnego rodzaju zgrabności. Łatwo to się łyka, ale jeszcze łatwiej zapomina. Jest sympatycznie, na koncercie również tak powinno być.

Death in Vegas – Scorpio Rising (2003). Death Vegas to także wyjadacze. Zespół istnieje od 1994 roku i w tym czasie zdążył wydać kilka dobrych albumów. Najlepszy wydaje się być ten z 2003 roku zatytułowany: „Scorpio Rising”. Dużym atutem tego albumu jest różnorodność. Te piosenki nagrane w rożnych konwencjach i stylach zaskakują. Pierwsze utwory zagrane instrumentalnie wprowadzają nas w transowy „Hands Around My Throat”. Tytułowy „Scoprio Rising” przypomina nam najlepsze lata britrocka w wykonaniu Oasis, akustyczny „Killing Smile” nawiązuje do tego co najlepsze w hipsterskim folku a kolejny w kolejności „Natja” to zabawa z elektroniką. Ciekawy jest przypadek „So You Say You Lost Your Baby”, który próbuje zmierzyć się z typowym amerykańskim podejściem to rockowej piosenki. I co najlepsze wygrywa to starcie. Całość kończy ponad 10-minutowe, beatlesowskie „Help Yourself”. Na prawdę fajnie się słucha tej płyty. Jeżeli na koncercie zespół zaserwuje nam tak zróżnicowany set to wszyscy przynajmniej po trochu będą zadowoleni.

 

Violens – True

Tylko prawdziwy malkontent powie, że w tym roku brakuje dobrych płyt. Grupa Violens udowadnia, że jest inaczej wydając trzeci album, który okazuje się najlepszym ich dziełem w dorobku.

„True” to zdecydowanie jedna z lepszych płyt jakie dane było mi słuchać w tym roku. Zapoznałem się z nią już parę tygodni temu, ale by o niej cokolwiek sensownego napisać musiałem sobie wyrobić zdanie notorycznie słuchając cały album od „Totally True” do wieńczącego dzieło „So Hard To See”.

Już pojawiające się w sieci single zapowiadały bardzo ciekawy album. I nie było żadnej przykrej niespodzianki, gdy przesłuchałem całość. „True” to bardzo miły w odbiorze, lekki, troszkę smętny, troszkę radosny album oparty o fajne gitarowe brzdąkanie. Dzięki specyficznemu wokalowi Jorge’a Elbrechta i Iddo Arada całość ma niepowtarzalny klimat zamglonej, tajemniczej wyspy, którą można odkrywać codziennie na nowo. Dobrze powie ten, kto uważa, że to fajny album na lato, ale nie będzie w błędzie także osoba, która będzie zakochiwać się w tych utworach podczas jesiennych, deszczowych wieczorów.

Poza typowo indie-popowymi balladami mamy tutaj także do czynienia z bardziej energicznymi utworami takimi jak: „All Night Low”, gdzie Vilolens pokazuje wyjątkowo ostrego pazura wprowadzając troszkę punkowej rebelii. Podczas odsłuchiwania „True” nuda nas nie dopadnie, w pełni gwarantuje. Oj czuje, że dzięki takim utworom jak „When to Let Go”, „Unfolding Black Wings” czy też „Sariza Spring” będzie pierwsza dziesiątka roku 2012. Ocena: 9/10. A jak by, że inaczej?

10 piosenek na upalne dni

Afrykańskie upały dają nam się ostatnio we znaki. Stąd pomysł na wakacyjną playlistę, która umili każdemu leżakowanie w cieniu i sączenie zimnych drinków.

Metronomy – The Bay. Na początek zaczniemy od jednego z letnich hitów grupy Metronomy, którą będziemy mieli okazje podziwiać na najbliższym Off Festiwalu. „The Bay” to idealny utwór dla każdego, kto spędza wakacyjny urlop nad morzem. Wakacyjnego uroku dodaje także fajnie zrealizowany teledysk. Dodatkowo luźny tekst uświadomi nam, że fajnie może być w każdej miejscowości, byle dostęp był do orzeźwiającego morza.

M83 – Midnight City. Jak głosi legenda (a raczej pewna znana reklama znanej marki piwa) to „oni się dzieją”. Wy także „się dziejcie” słuchając w tle Anthony’ego Gonzlaeza oraz łykając schłodzone piwo w zielonej butelce. Oczywiście to nie jest najlepsza piosenka M83, ale chyba najbardziej chwytliwa. Każdy ją słyszał. Także w zróżnicowanym towarzystwie spodoba się każdemu, nawet największemu bucowi uznającemu tylko i wyłącznie letnie hity De Mono. Poza tym końcowy saksofon przypomina piękne letnie dni spędzony z Cut Copy.

Brodka – Dancing Shoes (Kamp! Remix). To co łodzianie zrobili z tym nudnym kawałkiem Brodki to majstersztyk. Oczywiście piosenka sama w sobie nie jest zła, bo nawet z marnej piosenki rewelacyjny remix nie wyciągnie chociaż minimalnej dawki fajności. Tutaj były jakieś podstawy by zrobić hit lata 2012 (Jak do tej pory). Jest tanecznie, ale nie w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Ten taniec będzie tańcem szaleńczym, obłędnym. Jeżeli chodzi o muzykę elektroniczną Polska nie ma się czego wstydzić, natomiast jeżeli mowa o polskim popie to cieszę się ogromnie, że Monika Brodka godnie zastępuje nam Nosowską. To świetna piosenka, szkoda tylko, że w radiu nie śmiga. Lżej byłoby w pracy uwierzcie.

Wavves – King of The Beach. O tym zespole już pisałem tyle razy, że… a dobra napiszę to jeszcze raz. Esencja wakacyjnej piosenki. Hook goni hook, fajny refren, istnie punkowa energia połączona z popem ozdobiona złotymi łańcuchami. To musiało się udać. Wróćmy do tej piosenki także i tego lata.

Mystery Jets – Greates Hits. Kolejne wakacje i kolejny raz do głosu dochodzi typowo wakacyjny band Mystery Jets. Uwodzili nas już wcześniej wieloma piosenkami. Najnowsza nie jest od nich lepsza, ALE ma inny ważny plusik. Chodzi mianowicie o wymiar edukacyjny i przypomnienie nam największych hitów w dziejach świata. W tekście pada spora ilość tytułów, które warto znać. Natomiast muzycznie zwrócili się bardziej w stronę klasycznego popu, zahaczając lekko o standardowe country. Dobra piosenka na wakacje, zwłaszcza dla tych, którzy wybrali ofertę agroturystyki, bądź postanowili zostać w domu.

Muse – Survival. Muse? Hej przecież lato 2012 to lato olimpijskie! Także patetyczny i momentami na prawdę dobry singiel Muse wydane specjalnie na okazję zmagań sportowych w Londynie powinien często śmigać w radioodbiornikach. „Survival” może i dupy nie urywa, bo w zasadzie nie wyróżnia się niczym czego byśmy nie usłyszeli na ich ostatniej płycie, jednak ma to „coś” by czekać na najnowszy album i koncert w Łodzi. Tak, jestem sentymentalny.

Dam-Funk – Hood Pass Instact. Nie wyobrażam sobie tej playlisty bez tego gościa. Damon G. Riddick to człowiek, który połączył soul z elektroniką. Efekt? Wiele świetnych, na prawdę świetnych piosenek. Koleś ma dar i dobry „feeling”. Polecam całą płytę „Toeachizown” na wakacje, a na próbkę wrzucam singiel. Yoo.

Pusha T feat. Tyler, the Creator – Trouble On My Mind. Dobra, wiem, że cała hipsterska zajawka Tylerem mieszkającym u babci była rok temu. Nie miałem jeszcze okazji pisać o tym kolesiu. Ten cały Tyler jest dla mnie strasznie niejednoznaczny. Już nawet nie chcę tutaj cytować jego wspomnień, ale jaki by nie był to trzeba jedno mu przyznać, że muzykę robi ciekawą. Mimo, że momentami jest dziwna i mało apetyczna. Tak, hip-hop zmierza w dziwnym kierunku, ale jedno jest pewne (potwierdza to kolejna generacja zdolnych z Asapem Rocky na czele) złote łańuchy nigdy nie wypadną z obiegu. A „Trouble on My Mind” to dobra piosenka do pobujania się. Jeszcze raz YOO.

Weezer – Beverly Hills. Weezer to jeden z tych zespołów do, których ma się pewnego rodzaju sentyment. Mimo, że nie nagrywa muzyki ambitnej i często ją kaleczy to jest jakoś tak, że patrząc na tą czwórkę (a w zasadzie słuchając jej) odczuwa się pewnego rodzaju sympatię. Może wychodzi to stąd, że nie bierze się tego zespołu na serio? A może po prostu lubimy czasem posłuchać czegoś naiwnego i melodyjnego? „Beverly Hills” nie będę nawet porównywał do pierwszych singli grupy, które cenie najbardziej. Nie ten poziom. Jednak natężenie wakacji w tej piosence spowodowało, że musiałem ją tu umieścić.

Japandroids – The House That Heaven Built. Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam w gorące dni posłuchać czegoś energicznego i gitarowego. Tak, lubię w swojej własnej imaginacji robić z małego Mikołowa upalne Los Angeles. Dlaczego zatem nie spróbować i tym razem? Japandroids daje nam pod tym względem dużo możliwości, mimo, że ten kawałek nie jest jakiś SPECJALNY. Nagrali takich już wiele, ale ten jest nowy i to dalej na mnie działa.