Passion Pit – Gossamer

Wakacji ciąg dalszy.

Pora na kolejną płytę z serii tych wakacyjnych. Drugą najczęściej przeze mnie katowaną płytą na urlopie po albumie Franka Oceana było najnowsze dzieło Passion Pit „Gossamer”. Dla amerykańskiej grupy indie-popowej z Cambridge jest to drugi krążek w dorobku, jednak dopiero teraz udało się podbić listy przebojów.

Przepis na sukces okazał się bardzo prosty. Wystarczyło zgromadzić na „Gossamer” kawałki electro-pop’owe spod znaku MGMT z chwytliwymi, melodyjnymi refrenami. I mimo, że wydaje się to być prymitywne to w pewien sposób zmusili mnie do powrotu do naiwnych czasów kiedy na wakacyjnych imprezach słuchało się tanecznych hitów od Klaxons. Jednak dla tych kilku chwil bezrefleksyjnego odpoczynku jestem w stanie im to wybaczyć. Poza tym dobrze się tego słucha, zanim się obejrzymy cała płyta jest już przesłuchana. I trzeba ją włączać od początku.

Słuchając takich kawałków jak „I’ll Be Alright”, „Take a Walk” czy też „Hideaway” aż czuje się cukier w uszach. Kolorowe synthowe melodie, falsetowy wokal, rozbudowana perkusja dodaje wakacyjnego klimatu. I mimo, że za kilka miesięcy nie będziemy pamiętać o tych piosenkach to na chwilę obecną do radia samochodowego czy też słuchawek pasuje to jak ulał. Poza tym jak puścimy na jakiejś imprezie to przy odrobinie słodkich drinków będzie można się do tego „pobawić”. Słuchając tych utworów nie ma obciachowej nędzy bo jakąś minimalną wartość estetyczną ta płyta prezentuje. Może i nie jest to elektronika tych wymiarów co kawałki robione z nudów przez Thoma Yorke’a, ale przecież mowa o albumie, który z definicji musi być lekki i łatwy do strawienia. Bawcie się, odpoczywajcie, relaksujcie i słuchajcie Passion Pit. Ocena: 7/10.

Sierpniowe propozycje filmowe

Zabić Irlandczyka / Kill the Irishman (2011). Któż z nas nie lubi filmów gangsterskich? Wydawać by się mogło, że Trylogia Ojca Chrzestnego czy też takie filmy jak „Człowiek z Blizną”, „Nietykalni”, „Dawno temu w Ameryce” lub „Chłopcy z Ferajny” wyczerpały temat gangsterskiego żywota. Jednak nie. Wciąż można stworzyć coś świeżego w tej materii. Jest jeszcze wiele ciekawych, nieopowiedzianych historii. Jedną z nich jest biografia Danny’ego Greene’a znanego również jako „Irlandczyk”. Film „Zabić Irlandczyka” jest oparty o prawdziwą historię Greene’a, który w latach 70 przewodził „Celtic Club” w Cleveland. Akcja filmu zaczyna się w latach 60, kiedy Greene pracował w dokach przy rozładunku kontenerów. Dzięki jego charyzmie i rosnącej popularności wśród pracowników udaje mu się zostać prezesem związków zawodowych w porcie Cleveland. Kontakty z włoską mafią i nieczyste interesy z czasem powodują utratę tego stanowiska. Greene traci majątek i musi zacząć wszystko od nowa. W powstaniu na nogi pomaga mu Shondor Birns. Wrodzone umiejętności po raz kolejny pomagają mu się stać ważnym i popularnym mieszkańcem. Jednak jak to bywa w kryminalnym półświatku nie wszystko idzie po jego myśli i po pewnym czasie staje się wrogiem numer jeden. Lato 1976 roku będzie wyjątkowo gorące dla Pana Greene.

Ok, zacznijmy od tego, że „Zabić Irlandczyka” to niezły film, przepełniony szybkimi zwrotami akcji. W końcu jego reżyserem jest Jonathan Hensleigh, spec od filmów trzymających w napięciu („Armaggedon”, „Szklana Pułapka 3”, „Punisher”). W odróżnieniu od innych dzieł traktujących o mafii „Zabić Irlandczyka” nie skupia się na sposobie działania gangów, a jedynie na osobie Danny’ego Greene’a. Jest to biografia najbardziej intensywnej części życia Irlandczyka. Ważnym zabiegiem dodającym realizmu są bez wątpienia archiwalne fragmenty wiadomości telewizyjnych z tamtego okresu. Innym atutem tego obraz jest obsada aktorska. Ray Stevenson stworzył bardzo przekonującą kreację irlandzkiego gangstera. Natomiast udział w tym filmie Vala Kilmera czy też Christophera Walkena należy uznać jedynie za pewnego rodzaju ozdobnik i dodatek.

Warto zobaczyć ten film, gdyż sama postać Danny’ego Greene’a jest postacią interesującą i na pewien sposób tragiczną. Ponadto formuła filmu gangsterskiego na swój sposób została odświeżona. Mam dobrą wiadomość dla osób zachęconych recenzją do zobaczenia tego obrazu . Film ten będzie można zobaczyć na stacji Canal Plus w niedzielę, 26 sierpnia. Polecam.

Elena / Элена (2011). Korzystając z okazji chciałbym przypomnieć wszystkim, że dobre kino powstaje nie tylko za zachodnią granicą Polski. Warto czasem zobaczyć filmy, które powstają u naszych wschodnich sąsiadów. A proszę mi uwierzyć, że wcale nie są w tyle i potrafią tworzyć bardzo dobre dzieła. Jednym z takich filmów z pewnością jest „Elena” Andrieja Zwiagincewa. Tytułowa bohaterka tego obrazu Elena to kobieta już doświadczona, mieszkająca z mężem Vladimirem w bogatej dzielnicy apartamentowców. Małżeństwo Eleny i Vladimira wygląda jak biznesowy układ. W zamian za pieniądze i bezpieczeństwo Elena daje swojemu mężowi opiekę. Jednak oboje mają swoje problemy związane ze wcześniejszym małżeństwem. Córka Vladimira to rozpieszczona przez ojca hedonistka, która nie utrzymuje bliższych kontaktów z ojcem. Natomiast syn Eleny, który żyje niczym Ferdek Kiepski, co miesiąc pobiera emeryturę od matki, gdyż sam nie potrafi utrzymać swojej własnej rodziny. Jednak pewnego dnia pieniądze matki to za mało. Syn Eleny chce wysłać swojego pierworodnego na studia, by ten nie musiał iść do wojska. Elena prosi o pomoc męża, jednak sprawę komplikuje zawał Vladimira i chęć spisania testamentu, który ma przyznać cały majątek jego córce a Elenie jedynie dożywotnią rentę. W głowie Eleny rodzi się okrutny plan.

Reszty fabuły nie zdradzę by zaciekawić do obejrzenia. Jednak z góry ostrzegam, że w porównaniu ze wyżej omawianym filmem, tutaj akcja toczy się w bardzo powolnym tempie. Brakuje typowo filmowego dynamizmu, który może odrzucić niejednego widza. Jednak czym innym ten film nas zachwyca. Po pierwsze ta statyczność scen i śladowe dialogi powodują, że nasza uwaga skupia się na innych, ważnych rzeczach takich jak gesty, zachowania, sceneria. Każdy z tych elementów bardzo wiele nam mówi o bohaterach filmu. „Elena” to obraz bogaty w metafory, przenośnie, nawiązania oraz pełen różnorakiej symboliki. Wystarczy wspomnieć sceny wypadku z koniem czy też odcięcie światła w bloku syna Eleny. Film można ten rozpatrywać na wielu płaszczyznach. Można go odnieść do obecnej sytuacji społeczno-finansowej Europy, można również go analizować w oparciu o rosyjską literaturę. ile głów, tyle pomysłów i każdy będzie bliska prawdy. Za to cenię „Elenę” chyba najbardziej. Z pozoru półtorej godziny nudnego seansu zamienia się w wielogodzinne rozmyślanie. Zobaczcie ten film, najbliższa okazja 28 sierpnia na Canal Plus.

Babycall (2011). Ostatnim filmem w moim zestawieniu jest skandynawski thiller opowiadający historię Anny, która wraz z 8-letnim synkiem Andersem wprowadza się do nowego mieszkania w Oslo. Anna i jej syn są objęci programem ochrony światków, gdyż obydwoje są ofiarami przemocy ze strony męża Anny. Dodatkowo co jakiś czas odwiedzają ich pracownicy socjalni by sprawdzić czy Anna jest w stanie opiekować się swoim synkiem. Przykre doświadczenia i nowe miejsce zamieszkania są powodem wielu niepokojów Anny. Postanawia ona zakupić elektroniczną nianię by nasłuchiwać Andersa w nocy. Jednak zamiast niego słyszy ona krzyki innego dziecka. Dodatkowo dowiaduje się, że ojciec nawiązał kontakt ze swoim synkiem. Młoda matka popada w obłędne koło czego świadkiem będzie nowo poznany sprzedawca ze sklepu elektronicznego Helge.

Muszę przyznać, że pomimo powolnego początku, film ten trzymał mnie mocno w napięciu do samego końca. Skandynawscy twórcy od jakiegoś czasu słynną z tego, że potrafią stworzyć ciekawy, fajny film, który pozbawiony jest zbędnej typowej dla hollywood napinki i bełkotu. Największym plusem tego obrazu jest Noomi Rapace, która wcieliła sie w rolę Anny. Ta aktorka o bardzo charakterystycznej urodzie stworzyła kreację nie gorszą niż sama Catherine Deneuve w „Wstręcie” Romana Polańskiego. Razem z nią przeżywamy wszystkie lęki, niepokoje aż w pewnym momencie sami zaczynamy się martwić o Andersa jak nadopiekuńczy rodzice. Innym pozytywem jest obraz opieki socjalnej w krajach skandynawskich. Możemy się przyjrzeć jak wygląda system w którym tak wiele zależy od tak nie wielu. Groźba wytworzenia się w ten sposób sytuacji patologicznych została wyraźnie zaznaczona. Ostatnim powodem dla którego „Babycall” warto obejrzeć jest zakręcona akcja. Mimo, że nie znajdziemy tutaj niczego nowego, czego byśmy nie widzieli już chociażby u Lyncha albo Polańskiego to warto te sprawdzone motywy obejrzeć jeszcze raz w odświeżonej formule.

Frank Ocean – channel ORANGE

OFF festival już się skończył, ale wakacje wciąż trwają. A co robić lepszego w upalne dni niż słuchać dobrej, wakacyjnej muzyki?

O Franku Oceanie od jakiegoś czasu jest dość głośno. Pojawiał się na płytach takich artystów jak Kanye West, Jay-Z czy też Tyler, The Creator. I raczej były to dobre featuringi. Poza tym sam wydał całkiem ciekawy mixtape „nostalgia, ULTRA”. Ostatnio zrobiło się jeszcze głośniej kiedy tuż przed premierą debiutanckiej płyty przyznał się co do swojej orientacji seksualnej. Do tej pory nie wiadomo czy był to zwykły chwyt marketingowy, czy prawda będąca jednocześnie świetnym sposobem na zwrócenie na sobie uwagi. Jedno jest pewne, tegoroczna płyta Pana Oceana to nie przelewki.

Hype na „channel ORANGE” jest całkowicie słuszny. Nowa świeżość jaka się przetoczyła przez amerykański pop jest zdumiewająca. Mnoga ilość zdolnych i młodych tylko cieszy. Wszyscy socjolodzy, kulturoznawcy i filozofowie tego świata powinni temu zjawisku bacznie sie przyglądać. Wróćmy jednak do samego Franka Oceana, znanego również jako Christopher Breaux.

„channel ORANGE” to album idealnie sprawdzający się w wakacje. Wiem to dobrze, gdyż sam mój nadmorski urlop poświęciłem na wałkowanie tych kawałków do upadłego. Nie dziwi więc data premiery (10 lipiec), która przypadła tak na prawdę na okres ogórkowy w muzyce. Jednak to nie jest to rodzaj muzyki z kategorii coco jambo. Mowa tutaj o świetnie wyważonym popie, który wciąga, chce się go nucić pod nosem, słuchać rano, w środku dnia i późnym wieczorem. 17 utworów przeplatanych fajnymi skitami nie nudzi a pobudza naszą wyobraźnie. Mimo, że sam Frank Ocean nie zachwyca jakoś wybitnie wokalnie to jego lekki głos w połączeniu z dobrą, melodyjną muzyką tworzy przyjemną całość.

Cały czas porównuje ten album do ostatnich dzieł Kanye Westa. Takie małe zboczenie, ale idąc tym tropem Frankowi Oceanowi trzeba przyznać, że potrafił wszystko lepiej wyważyć. Nie jest pompatycznie, ale też nie jest to całkowicie surowy materiał. Ilość osób, które udzielają się tutaj wokalnie także nie jest za duża. Ostatnio panuje moda zakrywania niedoskonałości i braku pomysłów mnoga ilością gościnnych występów. Tutaj tego nie ma, a osoby, które się pojawiają wiele wnoszą do całości. Wystarczy posłuchać „Pink Matter”, gdzie możemy usłyszeć Andre 3000 z Outkast czy też „Golden Girl” z raperem Tyler, The Creator by się o tym przekonać.

Oczywiście nie ubóstwiam tej płyty. Widzę (a raczej słyszę) tutaj parę niedociągnięć, które nie pozwalają mi dać temu albumowi zaszczytnej dziesiątki. Mimo to uważam, że „channel ORANGE” to póki co najlepsza płyta popowa jaką słyszałem w tym roku. Frank Ocean trafił w moje gusta takimi kawałkami jak „Lost”, „Pyramids” czy też wcześniej wspomnianym „Pink Matter”. Bardzo dobrze się tego słucha, sprawdźcie sami. Ocena: 9/10.