Misja Afganistan

Lubicie polskie seriale? Jeśli tak to w najbliższą niedziele swoją premierę telewizyjną będzie miał nowy serial wyprodukowany przez Canal Plus „Misja Afganistan”.

Być może będzie to serial przełomowy, gdyż jak sami twórcy o nim mówią: „postawiliśmy na realizm”. Czyli obserwowanie reakcji żołnierzy i przyswojenie przez aktorów wszelkich zachowań ze środowiska wojskowego. Ponadto klimatyczna muzyka w tle. Brzmi ciekawie, gdyż polskie seriale i realizm to zawsze dwie osobne sprawy. Poza tym produkcje Canal Plus zawsze stały o ten jeden poziom wyżej.

Klika słów o fabule. 13-odcinkowy serial „Misja Afganistan” przedstawia pół roku z życia polskiego kontyngentu na misji. Pokazuje, na czym polega praca żołnierzy, jak wygląda ich życie w afgańskiej bazie, z jakimi wyzwaniami muszą się zmierzyć i jak silnych emocji doświadczają. Historia opowiada o żołnierzach II plutonu pierwszej kompanii piechoty zmechanizowanej z Wędrzyna, pod dowództwem młodego oficera – porucznika Pawła Konaszewicza (Paweł Małaszyński).

Pierwsze dwa odcinki zostaną wyemitowane 14 października na Canal Plus i co najważniejsze nie będą zakodowane.

Miguel – Kaleidoscope Dream

Czas na recenzje płyty, której słucham non-stop od całego tygodnia.

Kim jest ten cały Miguel, że zajął tyle mojego czasu? Cóż to za śpiewak o pseudonimie artystycznym wyrwanym prosto z  serialowej, taniej produkcji kolumbijskiej? Przyznam szczerze, że zanim usłyszałem „Kaleidoscope Dream” to Miguel, a właściwie Miguel Jontel Pimentel był dla mnie osobą całkowicie anonimową, mimo, że rok temu sięgnął nawet po nagrodę Grammy.

Teraz już wiem o nim wszystko. Wiem, że jak był mały to marzył o tańcu (ja w tym wieku chciałem być archeologiem), jednak gdy podrósł zajął się na poważnie śpiewaniem. W 2007, kiedy Paweuu Alternativ stawiał pierwsze pokraczne kroki, Miguel podpisał pierwszy kontrakt. W 2010 wyszedł jego debiutancki krążek a rok później przyszła cała seria nagród. Jednak dopiero w tym roku postawił kropkę nad i. Nagrał rewelacyjny album „Kaleidoscope Dream”.

Omawiany album to kwintesencja R&B. Utwory na „Kaleidoscope Dream” są dopieszczone w każdym centymetrze, na płaszczyźnie wokalnej oraz muzycznej. Słowa Miguela w niektórych piosenkach  niosą się tak jakby płynęły jakąś magiczną rzeką miłości. Ten koleś ma świetny feeling. Często jego genialny głos wzbogacany jest ostrymi gitarowymi riffami. Brzmi to naprawdę nieźle i urzekająco. Wystarczy wsłuchać się w taki „Arch & Point” czy też „Gravity”. Absolutna perełką na tym nieziemskim krążku jest utwór „Don’t Look Back”. Ta piosenka bije na głowę wszystkie inne utwory popowe, które usłyszałem w tym roku. Świetny początek, tekst, chórki w tle. Słuchając takich piosenek nie boję się powiedzieć, że Miguel to Prince XXI wieku.

Innym kapitalnym utworem na płycie jest „Use Me”, gdzie gitarowy riff mówi nam wszystko o tym, czego Miguel słuchał w młodości. I te pełne uczuć „Don’t blame meee”, które stanowi ważną część tego utworu. Warty wspomnienia jest także utwór nagrany z Alicią Keys „Where’s The Fun In Forever?” . Przyznam szczerze, że głosy tej dwójki nieźle się dopełniają. Na koniec do omówienia zostawiłem sobie słodką balladę „Pussy is Mine”. Słodkie brzmienie z dość gorzkim tekstem o uczuciu do dziewczyny, która jadła chleb już z niejednego pieca stanowi pewne podsumowanie dzisiejszego ducha R&B.

Generalnie jestem pod wrażeniem „Kaleidoscope Dream”. To fajny, melodyjny i precyzyjny album o ciekawym brzmieniu. Będzie płyta roku? Ocena: 9/10.

Mala – Mala in Cuba

Byliście kiedyś na Kubie? Nie? No właśnie… A ja znam kogoś, kto był i nagrał to i owo.

Mala, czyli połowa składu Digital Mystikz postanowił się wybrać na Kubę. Oczywiście nie była to spektakularna podróż. Nie zabrał ze sobą całego studia nagraniowego ze orkiestrą symfoniczną. W torbie miał tylko laptop i smapler. Poza tym głowę pełną pomysłów a na miejscu niewyczerpalne źródło inspiracji.

Słuchając płyty „Mala in Cuba” czujemy się tak jakbyśmy byli w kraju Fidela Castro. Obrazki, które zwykle widzieliśmy w programach Discovery, teraz stają nam przed oczami. Wynika to głównie z tego, że kubańskie jazzowe melodie grają tutaj pierwsze skrzypce. Dubstep natomiast stanowi tutaj tylko dopełniające tło. W takim „Curfew” mamy do czynienia z świetnym początkiem fortepianowym, natomiast cała elektronika wchodzi później i dodaje skrzydeł temu utworowi. „Como Como”, które wydaje się być najlepszym utworem na płycie jest wzbogacone klimatycznym wokalem. Drugim mocnym punktem płyty jest kończące całość „Noche Sueños”, które jest połączeniem kubańskiej balladay śpiewanej przez Danay Suarez oraz mrocznego, elektronicznego podkładu zahaczającego o Ambient.

„Mala in Cuba” to zdecydowanie najbardziej klimatyczna płyta tego roku. Pokazuje ona jakie możliwości skrywa dubstep, poza tymi oczywistymi funkcjonalnymi w muzyce głównego nurtu. Poza tym połączenie elektroniki z regionalnymi, folkowymi, dźwiękami prosto z Kuby jest strzałem w dziesiątkę. Wyobrażam sobie całą serię tego typu płyt z inspiracjami afrykańskimi czy też azjatyckimi. Mala odkrywa dla nas nowe, zupełnie nie znane wcześniej dla słuchaczy horyzonty. Ocena: 8/10