Listopadowe propozycje filmowe

Drive (2011). Zacznę od kliku zdań dotyczących fabuły, później będą same cukierki. Bezimienny mężczyzna z Los Angeles prowadzi podwójne życie. Za dnia pracuje w warsztacie samochodowym i od czasu do czasu bierze udział w produkcjach filmowych jako kaskader. W nocy natomiast jest kierowcą na usługach przestępców. Ma swoje jasno określone zasady, których nie łamie. Pewnego dnia poznaje Irene, swoją nową sąsiadkę.  Irene i jej mały synek Benicio stają się dla niego bliscy. Rodzi się uczucie, jednak sprawa się gmatwa gdy na wolność wychodzi mąż Irene – Standard. Standard ma problem z miejscową mafią, nasz główny bohater postanawia mu pomóc. Tyle o samej fabule. Zacznę od tego, że jest to najlepszy film akcji, który powstał na przestrzeni 5-10 lat? Mi jako wymagającemu widzowi zaserwowano dokładnie to czego oczekuje od kina. Ciekawą fabułe, świetny scenariusz, idealnie dobraną muzykę, perfekcyjną pracę kamer i genialną kreacje aktorską Goslinga. Ten film ma to wszystko. Ryan Gosling swoją kreacją przypominał najlepsze role Clinta Eastwooda, człowieka, który nie mówi, ale działa! Natomiast Ron Perlman w końcu przekonał mnie, że potrafi grać gangstera.  Mimo, że film wydaje się być tak zwanym kinem samochodowym to tak na prawdę czterokołowce nie odgrywają  tutaj najważniejszej roli. Nigdy nie byłem też fanem scen pościgów, nudziły mnie już rozbijane warzywne stragany i wieczne dachowanie. Ten film wykrzesał wiele nowego w tej materii, wystarczy obejrzeć pierwszą scenę w której nie ma jakiegoś bezsensownego szarżowania samochodem bo małych uliczkach. Jest za to mocno emocjonująca ucieczka z miejsca kradzieży i jakikolwiek brak emocjo na twarzy Goslinga. Teraz kwestia muzyki. Została ona idealnie wmontowana w film i nadaje ona pewien kiczowaty klimat lat 80. Synth-popowe brzmienia Chromatics czy też duetu Kavinsky i Lovefoxxx idealnie się tutaj sprawdzają. W pamięć zapada scena w której Standard wraca do domu i dziękuje za serdeczne powitanie a w tle dogrywa mu utwór Desire. Pisząc na temat „Drive” warto także zwrócić uwagę na krwistość scen, nie zabraknie tutaj pękniętych czaszek i rozbryzganych mózgów. Krwawe sceny robią wrażenie. Cały czas myślę, że o czymś zapomniałem napisać… Może napiszę jeszcze tylko to:  Zobaczcie ten film, naprawdę warto. Ocena: 9/10.

Film ten będziecie mieli okazję zobaczyć już 17 listopada o godzinie 20:00 na antenie Canal Plus.

The Prestige / Prestiż (2006). Christopher Nolan. Głośne nazwisko za sprawą trylogii Batmana i filmu „Incepcja”. Jednak gdyby przyjrzeć się jego twórczości to czaruje on w kinie już od dawna. Najlepszą cechą Nolana jest to, że potrafi on połączyć kino ambitne z tym mainstreamowy. Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że ówczesne filmy hollywoodzkie zawierające jakąkolwiek zagadkę na koniec filmu podają nam jak na tacy wszystkie wytłumaczenia i serwują happy end. Ambitne, offowe kino natomiast pokazuje serię zdjęć nie tłumacząc nic, licząc na widza. Niestety większość ludzi nie zrozumie takiego filmu. Nolan znalazł złoty środek. Tworzy ciekawe, ambitne dzieła, które masowo się sprzedają. Takim filmem jest Prestiż. Opowiada on historię rywalizacji dwóch brytyjskich iluzjonistów Angiera i Bordena. Podzieliła ich niefortunna śmierć żony Angiera, która zginęła podczas jednej z sztuczek topiąc się w zbiorniku z wodą. Angier obwinił o śmierć Bordena. Obydwu iluzjonistów pochłonęła praca a w szczególności trik z tak zwanym przeniesieniem. Rywalizacja między nimi nie będzie miała żadnych granic. Filmowa zagadka jaką jest śmierć Angiera jest przez Nolana misternie skonstruowana. Reżyser po raz kolejny zastosował nie typową narracje. Sceny przed śmiercią Angiera mieszają się z tymi, które pokazują całą historię dalej. Wydaje się to skomplikowane, ale uwierzcie, że nie będziecie mieli problemu z zrozumieniem tej historii a zabieg ten jedynie bardziej przykuje waszą uwagę. Na oklaski zasługuje nietuzinkowa gra głównych aktorów. Christian Bale lepiej się prezentuje jako zawadiaka i mistrz ceremonii aniżeli cicha pięść sprawiedliwości (pije do Batmana). Natomiast kreacja Hugh’a Jackmana była najlepszą w jego całej karierze. W rolę Tesli wcielił się  znakomity jak zawsze David Bowie, który jak już gra, to gra w filmach dobrych (Hunger, Twin Peaks). Podoba mi się ten film pod względem wizualnym. Wszystkie szczegóły są pokazany w sposób mocno realistyczny i jedynie końcowe rozwiązania tak zwanej maszyny Tesli troszkę rozczarowują. Ocena: 8/10.

The Cabin In The Woods / Dom w Głębi Lasu (2012). Gdy zobaczyłem zwiastun tego filmu w kinie to pomyślałem sobie: „o rany, kolejny badziewaty gniot”. Pozytywna ocena filmu na horror.com.pl jednak mnie zachęciła do obejrzenia. Oglądam, po pierwszych piętnastu minutach myślę: „o rany, kolejny badziewaty gniot”. Początkowa fabuła nie ujawnia niczego nowego w tymi filmie. Mamy do czynienia z piątką studencików, którzy jadą do domku w lesie. Oczywiście od razu wiadomo, że sportowiec, szkolna lafirynda, inteligentny murzyn i palacz zioła zginą na początku a przy życiu pozostanie jedynie prawe dziewczę. I gdy tak już prawie wszyscy zostali wybici przez zombie i przy życiu została tylko „dziewica” nagle stało się coś niewiarygodnego. Film wskoczył na całkiem inny tor, od tej pory zrobiło się ciekawie i do samego końca zastanawiałem się: „o rany, co dalej? co teraz będzie?”. Nie chcę spoilerować i pisać dokładnie o co chodziło, polecam każdemu zobaczyć ten film i dać się zaskoczyć. Przejdźmy do kwestii technicznych. Pod względem efektów specjalnych film ten nie wyróżnia się od innych horrorów. Nic nowego, jednakże „Dom w Głębi Lasu” łączy w sobie wiele typów filmu grozy i traktuje je z przymrużeniem oka. Początek filmu, piątka młodych ludzi i domek w lesie. Czy komuś to się skojarzyło z „Evil Dead”? Dalej postacie zombie tworzące rodzinę. Mamy tutaj połączenie motywu żywych trupów oraz rodziny odludków, czy ktoś to skojarzył z takimi filmami jak „Wzgórza mają oczy” albo „Wrong Turn”? Laboratorium obserwatorów tych wydarzeń przywołuje na myśl wszystkie filmy z serii „Cube” natomiast tajemnicza kulka i postać Trytona to jawna zrzynka z Hellraisera. Ktoś by mógł powiedzieć, co za nonsens. Otóż nie, to przemyślany zabieg, który daje ciekawy i momentami zabawny efekt. Każdy miłośnik horrorów doceni ten efektowny miszmasz filmów grozy. Ocena: 8/10.

Chcecicospowiedziec

Ostatni wpis z cyklu „Weekend z Muchami” poświęcony filmowi „Chcecicospowiedziec”.

Przed koncertem zespołu Muchy w katowickim 2B3 odbył się seans filmu „Chcecicospowiedziec”, który jest dodatkiem do najnowszego albumu poznańskiej grupy. Film został wyreżyserowany przez Grzegorza Lipca a główne role zagrali sami muzycy Much oraz Piotr Materna plus paru gości. Przed seansem Michał Wiraszko zapowiedział film słowami: „Nie traktujcie go poważnie”. Te właśnie zdanie przyświecało mi do końca seansu.

70-minutowy obraz stanowił pewien paradokument ze szczątkową fabułą. Dużo chaosu, dużo muzyki z nowej płyty, sporo humoru. Mimo wielu dłużyzn jest on jadalny i na swój sposób ciekawy. Wielką rzecz robi Piotr Materna, który odgrywa główną rolę w sposób wyśmienity,odstawiając w cień w każdej scenie Muszki. Co do członków zespołu Much to byli sobą, grali koncerty, kłócili się, wyzywali, pili alkohol, wygłupiali, opowiadali o początkach zespołu. Rutyna muzyka. Mimo, że wiele razy nie wiedziałem o czym oni do cholery mówią to trafiały się kapitalne kwestie takie jak przemyślenia perkusisty Much na temat koloru pomarańczowego czy też analiza obrazu Maryjnego wykonana przez Michała Wiraszkę.

Nie jest to jakieś wielkie dzieło filmowe, ale miało okazję zaistnieć na wielkim ekranie w Multiknach całej Polski i stanowi pewną wartość samą w sobie. Muchy mają swój film. Czekamy co dalej.

Muchy – Katowice, 07.11.2012

Kolejna część weekendu z Muchami, tym razem relacja z koncertu, który odbył się w katowickim klubie muzycznym 2B3.

To był mój czwarty koncert zespołu Muchy. Pierwszy klubowy, gdyż wcześniej widziałem ich wyłącznie w tak zwanym „plenerze”. Katowicki klub 2B3 mimo małej powierzchni posiada fajny, nowoczesny wystrój i idealny klimat do obcowania z muzyką indie. Koncert był związany z trasą promocyjną płyty „Chcecicośpowiedzieć” o której pisałem na blogu wczoraj. I tak jak każda trasa promująca nową płytę był w 80% procentach poświęcony nowemu wydawnictwu grupy. Przed koncertem odbył się seans filmu „Chcecicośpowiedzieć”, który trwał około 70 minut. O filmie napiszę w kolejnej odsłonie weekendu z Muchami. Natomiast około 15-16 utworowy set zawierał (chyba) wszystkie utwory z nowej płyty plus parę klasyków takich jak: „Zapach Wrzątku”, „Najważniejszy Dzień” czy też „Przesilenie”. Tracklista nie była dla mnie niespodzianką, spodziewałem się takiego układu piosenek.

Nie wiedziałem jedynie jak będzie brzmiał sam zespół po ostatnich zmianach kadrowych. Nie ma już Piotra Maciejewskiego, który stanowił pewien trzon zespołu. Pojawili się za to nowi członkowie: Krzysztof Zalewski (wygrał kiedyś Idola) oraz Damian Pielka. Zmiany personalne spowodowały także zmiany brzmienia. Jest znaczna różnica między tym co słyszałem cztery lata temu na Off Festiwalu a tym co usłyszałem kilka dni temu. Czy zmiana jest pozytywna czy negatywna? Nie potrafię tego rozstrzygnąć, gdyż tak na prawdę dalej są to stare, dobre muszki.

Co mogę powiedzieć o samym koncercie? Była dobra zabawa. Muchy zagrały energicznie i z dobrej strony przedstawiły materiał nowej płyty. Nagłośnienie dupy nie urywało, jednakże nie ma się czego czepiać, gdyż zespół grał na sali o małej powierzchni. Michał Wiraszko był w dobrej formie wokalnej a chłopaki z zespołu wyglądali na w pełni wyluzowanych. Widać, że wspólna gra sprawia im radość, która udzielała się również widowni gdy mogli razem z wokalistą Much odśpiewać „Zapach Wrzątku”. Nie zabrakło również papierowych samolotów rzuconych w stronę Wiraszki i ekipy podczas odgrywania jako bis „Miasta Doznań”.

Po samym koncercie była okazja do pogawędki z zespołem, wspólnych zdjęć czy też zebrania autografów (Atut koncertu w małym klubie). Po bliższej rozmowie z członkami zespołu muszę przyznać, że są to fajne i zabawne (ale nie w TYM tego słowa znaczeniu) chłopaki z Poznania. Warto wpadać na ich koncerty. Na koniec jeszcze jedno zdanie do Michała Wiraszki: Nie martw się trzydziestką, Thom Yorke w przyszłym roku będzie miał 45!