Turnip Farm – The Great Division

turnip farmTurnip Farm. Nie za wiele wiem na ich temat. Zespół całkowicie dla mnie anonimowy. Jednak znam doskonale ich drugi album „The Great Division” i jest to najważniejszy czynnik decydujący o napisaniu kliku słów na temat tego rock bandu.

„The Great Division” to drugi album w kolekcji zespołu z Wołowa. Pierwszego nie słyszałem. Inaczej jest z najnowszym krążkiem. Słuchałem go przez kilka ostatnich dni i to z dużym z zaangażowanie. A to dość trudna sprawa dla mnie w czasie ponurej zimy i przedświątecznych atmosfery, którą rzygam. Udzieliła mi się jesienno-zimowa depresja, która pozwalała mi się jedynie skupić na układaniu kolorowych kostek w Montezumie w języku rosyjskim. Cholera, jest źle a blog wydaje się taki opuszczony. Jak tak dalej pójdzie to początek tego roku będę gloryfikował do końca życia jak Al Bundy trzy przyłożenia w jednym meczu.

Ok, oczyściłem umysł i łyknąłem mineralkę. Co więc z tą płytą „The Great Division”? Ten album to podsumowanie lat 90 w dziewięciu gitarowych utworach. Słuchając takich piosenek jak „Thread” czy też „Transsimision” słyszymy inspiracje takimi zespołami jak Guided By Voices, Pavement, Modest Mouse, Mogwai czy też Sebadoh. Poza tym gdyby się wsłuchać w niektóre piosenki to usłyszymy także wpływy The Replacements czy też Mission of Burma. Najlepszym przykładem, że to o czym mówię to nie przelewki jest potwornie rozbudowany (ponad 9 minut) utwór „Fog”, który jest esencją gitarowego rocka. W zasadzie to chyba najlepsze 9 minut polskiego indie rocka ostatnich kilku lat.

Widać, a raczej słychać, że chłopaki z Wołowa (gdzie to jest?) odrobili lekcje i spędzili dużo czasu na słuchaniu właściwych płyt. Efektem tego jest ta ponad przyzwoita płyta, która stanowi hołd dla herosów gitary lat 90. Przyjemnie się słucha tego albumu, technicznie jest wszystko OK, nie ma dłużyzn a wokal pasuje do reszty. Ponadto słuchając tych piosenek wcale nie słyszymy, że to polski band. Minusem może być jedynie brak własnego stylu. No, ale spójrzmy prawdzie w oczy „The Great Division” to świetna kompilacja indie rocka przełomu lat 80 i 90 i to w dodatku nagrany przez naszych. Czekamy na jakieś koncerty. Ocena: 7/10.

posłuchaj

Kamp! – Kamp!

Kamp!Doczekaliśmy się najbardziej oczekiwanego od dwóch lat debiutu w polskiej muzyce tanecznej.

Powiem to prosto z mostu. Nie zawiedli. Oczekiwania były spore. Wcześniejsze EP-ki, piosenki gdzieś tam wyszperane w sieci i remixy (Cool Kids of Death, Brodka) nagoniły słuchaczom ślinki w ustach. Na szczęście po spożyciu „Kamp!” czujemy sytość i nie mamy ochoty na deser.

Nie przez przypadek mówić się o nich „polskie Cut Copy”. Ta płyta jest tym dla 2012 roku czym „In Ghost Colours”  była dla 2008. „Kamp!” to jedenaście żywiołowych i tanecznych utworów, które łączy w sobie disco lat 80 z elektroniką. Słuchając takich piosenek jak „Cairo” czujemy duch minionej epoki wzbogacony o inspiracje Junior Boys czy też Daft Punk. Nie bez powodu Krzysiek Ostrowski z CKOD w wywiadach podkreślał, że to najzdolniejszy młody, polski band. Miał rację. Kamp! powinien być naszym głównym towarem eksportowym. Ta płyta wiele wnosi do teoretycznie zamkniętego tematu muzyki tanecznej spod znaku Cut Copy.

Kilka słów o brzmieniu. Słuchając tej płyty mam przed oczami wszystkie kolory wszechświata (nawet te nie odkryte). Fajna barwa głosu Tomka oraz reszta wokali to mocny punkt tego albumu. Podkłady powodują, że pomimo panującej na zewnątrz zimy odczuwam hawajskie upały. Jeżeli ktoś nie wie co ma z sobą robić w te zimne i długie wieczory i dodatkowo ma stany depresyjne to polecam ten krążek. Poprawia humor na całej swojej długości i szerokości. Poza tym płyta a zwłaszcza single idealnie sprawdzą się na wszelkich potańcówkach. Taki „Heats” wzbogacony o handclaping i fajny basik to istny parkietowy wymiatacz.

Można przyczepić się,że w sumie to nie wymyślili niczego nowego a płyta jest jednostajna i głownie bazuje na wcześniej znanych singlach. Jednak trzeba mieć na względzie to, że gdyby każdy polski zespół nagrywał TAKIE płyty i każdy polski artysta miał TAKIE single to naród polski byłby znacznie szczęśliwszy. Póki co możemy jedynie mówić o pewnego rodzaju sprawiedliwości dziejowej. W końcu i my mamy bez obciachowy TAKI zespół z TAKĄ muzyką. Ocena: 8/10.

Drekoty – Persentyna

drekoty_persentynaJakiś czas temu pisałem o zespole Drekoty jako godnym polecenia. Opisywana wtedy EP-ka zapowiadała coś ciekawego na polskiej scenie niezależnej. Pora skonfrontować postawioną wcześniej tezę z materiałem na debiutanckim albumie zatytułowanym „Persentyna”.

Czy dalej jest ciekawie? Z całą pewnością mogę powiedzieć, że jest ciekawiej. Grupa składająca się z trzech zdolnych pań zanotowała ogromny progres biorąc pod uwagę wcześniejsze EP-ki. Oczywiście materiał był wtedy znacznie mniejszy, jednak piosenki, które były na EP-ce i znalazły się również na albumie brzmią teraz znacznie lepiej. Zwłaszcza utwór „Poddania”, który został lepiej dopracowany.

Co natomiast z resztą utworów? „Persentyna” to album wielokolorowy, przepełniony wieloma różnymi melodiami. Openerowy „Listopad” to zabawa z elektroniką, być może jeden z najlepszych utworów na płycie. W mocno klimatyczny sposób wprowadza nas w krążek grupy Drekoty. Natomiast biorąc pod uwagę bogactwo brzmienia to na głowę bije wszystkie utwory kawałek „Skrzypię”, który ma w sobie trochę z jazzu, trochę indie-popu a końcówka utworu zahacza o bardziej rockowe klimaty. W piosence „Tramwaj” czuć punkrockową zawziętość, natomiast singlowe „Za” sprawia wrażenie jakby było nagrane przez damską Ściankę. Warto także odnotować, że w pod koniec utworu „Szary” Drekoty serwują słuchaczowi berlińskie rytmy techno lat 90.

Mimo to największe wrażenia towarzyszyły mi przy odsłuchiwaniu utworu „Powrót”. Jest to najlepsza piosenka na albumie. Najbardziej melodyjna a zarazem najciekawsza i z zdecydowanie z najlepszym tekstem. Teksty nie są mocną stroną tej płyty. Są pełne niejednoznaczności i tajemniczości co jest, oczywiście zaletą, jednak nie w tym przypadku. Drugim aspektem, który działa na minus albumu jest nierówny materiał. Są momenty ciekawe, dobre, ale zdarzają się dłużyzny, zwłaszcza pod koniec. Jeżeli chodzi o kwestie techniczne to pod względem brzmienia jest bardzo ładnie, gorzej natomiast z wokalem, który w większości piosenek stoi na średnim poziomie. Pomijając te uszczerbki to mogę z całą pewnością powiedzieć, że to udany debiut i szkoda, że większość zespołów na polskiej scenie nie zaczyna tak jak Drekoty. Ocena: 6/10.