New Order – Lost Sirens

New-Order-Lost-SirensSzkoda, że muszę pisać o tym wielkim zespole przy okazji tak słabiutkiej płyty.

New Order, czyli zespół składający się z byłych członków Joy Division, który nie trzeba nikomu przedstawiać. Nie miałem nigdy wcześniej okazji pisać o Joy Division (Trzeba kiedyś to nadrobić!) ani tym bardziej o jego kontynuacji jaką stanowi New Order. Jednak kiedyś musi być ten pierwszy raz, szkoda tylko, że w takich okolicznościach.

„Lost Sirens” to płyta do bólu przewidywalna, nudna, nic nie wnosząca do mojego życia. Nie jest to jednak żadne zaskoczenie dla tych, którzy, wiedzieli, że krążek będzie oparty na odrzutach z poprzedniego albumu. Początek jeszcze w miarę jakoś brzmi, zespół stara się być melodyjny, taneczny. Jednak im dalej w las tym ciemniej. Nie rozumiem jakimi kryteriami kierowali się byli członkowie Joy Division puszczając ten materiał? Od ostatniego roku z niepokojem się przyglądam wyczynom moich idoli. Wpierw akcja z Peterem Hookiem, który postanowił dla celów komercyjnych wrócić do odgrywania „świętości” Joy Division. Następnie dowiaduje się, że Disney wypuszcza t-shirty „zainspirowane” Joy Division. Później konflikt na linii Hook – New Order się zaostrza do retoryki nienawiści a teraz ta płyta… WTF?

Skok na kasę. To oczywiste i zarazem przykre. Kolejna wielka legenda upada. Nawet łagodne słowa Piotra Metza na temat „Lost Sirens” w ostatnim Wproście nic nie zmienią, to płyta po prostu słaba i nie potrzebna nikomu. Nie wliczając może ultrafanów, do których niestety się nie zaliczam. Nie widzę tutaj ani żadnych wartości, ani żadnego post scriptum. Dalsze słowa są zbędne, nie polecam. Ocena: 3/10.

Posłuchaj

Everything Everything – Arc

everythinh eveything arcOkładka okropna, ale każdy zna przysłowie: „Nie oceniaj książki po..”.

Everything Everything powraca po 3 latach przerwy z nowym longplayem. Oczywista oczywistość. Naturalna kolej rzeczy, czas najwyższy – powie słuchacz. Obecnie w branży muzycznej przerwa między kolejnymi płytami to góra magiczne 3 lata. Inaczej grozi zapomnienie. Oczywiście są wyjątki, dobrym przykładem jest My Bloody Valentine, które zrobiło sobie ponad 20-letnią przerwę. Im jednak wszystko się przebaczy. A co słychać u naszych Brytyjskich kolegów?

„Man Alive” z 2010 roku to była oryginalna i odkrywcza płyta. Wszyscy byliśmy zdumieni nowym podejściem do indie-popu. Album zebrał pochlebne recenzje. Troszkę inaczej jest z „Arc”. Jak tak sobie czytam opinie o tym krążku to widzę dwa podejścia do tematu. Z jednej strony zespół jest zachwalany przez recenzentów za utrzymanie poziomu i większą przebojowość utworów. Z drugiej natomiast oskarża się chłopaków o „sprzedanie się” i nagranie nudnych, przewidywalnych utworów. Prawda jak zwykle jest po środku.

Owszem „Arc” to płyta bardziej przebojowa. Dla mnie to oczywiście jest plus. Cenie sobie energie zgromadzoną w „Cough Cough” czy też chwytliwość gitary w „Radiant”. Jednocześnie jednak zespół stracił na swojej oryginalności i to słychać. Unikatowość „Man Alive” została w pewnym stopniu utracona, w dodatku „Arc” wydaje się być płytą nierówną. Mimo to trudno oprzeć się urokowi ich grania. Falsetowy głos Jonathana Higgsa plus melodyjne gitary wciąż na mnie działają. Poza tym piosenki z tego krążka mile mi się kojarzą z ich koncertu z Łodzi, kiedy grali jako support dla Muse. „Arc” to płyta solidna, miła i uprzejma aż do bólu, warto poświęcić jej chociaż jedno popołudnie. Ocena: 6/10.