Wavves – Afraid of Heights

Wavves-Afraid-of-HeightsNathan Williams powraca z kolejną porcją gówniarskiej muzy dla gówniarzy.

O jak miło! Czuje ciepły wiaterek na twarzy, promienie słońca odbijają się od mego lica, język pragnie zimnego drinka dla ochłody. Czy to sprawka wyjątkowo ciepłej wiosny? Nie, wiosna jest tylko na kalendarzu. Za oknem sroga zima. Więc co sprawia, że w mym pokoju panuje kalifornijska wiosna? Odpowiedź może być tylko jedna – najnowszy longplay od Wavves.

„Afraid of Heights” to dobra kontynuacja „King of The Beach” z 2010 roku. Wszyscy pamiętam problemy Wavves z 2009 roku. Po „pamiętnym” koncercie na Primaverze Williams osiągnął dno a zespół był blisko rozpadu. Być może to był bodziec do nagrania całkiem przyjemnego i fajnego albumy „King of The Beach”? Niektórzy potrzebują dać nura w muł by móc potem się wybić. Nieważne, to stare dzieje. Z nowym krążkiem amerykanie nie zwalniają i dają nam do rąk kolejną część fajnych gitarowych pieśni na temat gówniarskiego życia w Kalifornii. Williams mówi prosto z mostu „jestem brzydki, a Ty nudny”, ale „zawsze jestem na swoim”. Poza tym czuć w tych z pozoru ciepłych piosenkach troszkę smutku i chwil zastanowienia nad pijackim życiem. „No Hope  and No Future” – skąd my to znamy? „We’ll Die The Same Loser” – to tylko część zwierzeń autora. „Everything is My Fault” – tytuł jest mocno wymowny. Smutek ten przeplata się z ironią bo jak inaczej opisać to: „I loved you, Jesus/ You raped the world/ I feel defeated/ Guess I’ll go surf”.

Słuchając „Afraid of Heights” można dojść do wniosku, że Nathan Williams jakby trochę dojrzał. Myślę, że jest na etapie kalkulacji i zastanawiania się nad pewnymi sprawami (Wciąż jest kilka rzeczy do ogarnięcia). Widać to w tekstach piosenkach. A co słychać w samej muzyce? Lo-fi na porządnym poziomie, zabarwione odrobiną punku. Sporo fajnych gitarowych wstawek, hooków i perkusyjnych rytmów. Wokalnie Williams też się wyrobił i szczerze powiedziawszy mocno umilała mi ta płyta ten przedświąteczny okres. Co więcej rozgrzewała atmosferę kiedy na zewnątrz temperatura była na minusie. Ocena: 8/10.

David Bowie – The Next Day

david bowie the next dayPo 10 latach przerwy powrócił legendarny David Bowie. Ale czy współczesny świat potrzebuje jeszcze ekscentrycznego Anglika?

Jego powrót był tak jak on sam. Niespodziewany i energiczny. Nagle po 10 latach ciszy David Bowie, Bołi, BAaaaaałi ogłasza: „ej, nagrałem płytę, chcecie posłuchać?”. Zawrzało. „The Next Day” obok nowego wydawnictwa My Bloody Valentine było najczęściej komentowaną płytą tego roku. Już w tym momencie można odpowiedź na zadane pytanie na początku – Tak, świat cholernie potrzebuje jego muzyki. Mimo, że okres tak zwanego „szczytowania” Bowiego minął 30-40 lat temu i obecnie mało ludzi wie o co chodzi z tym całym „Hunky Dory” czy też „Ziggy Stardust’em” to takie płyty jak „The Next Day” wiele wnoszą do współczesnej muzyki.

Nie od dziś wiadomo, że Bowie to muzyczny kameleon, który potrafi dopasować się do każdych czasów i robić swoje. Oczywiście pod tym całym płaszczykiem unowocześniania swojej muzyki za każdym razem czuć lekką nutkę melancholii i tęsknoty za młodzieńczymi latami. Nie inaczej jest na „The Next Day”. Jest to fajna, gitarowa płyta w której sporo rockowej energii jak i sennych ballad. Trudno oprzeć się urokowi „The Star (Are Out Tonight)”, nie docenić świetnej linii melodyjnej w „Valentine’s Day” bądź nie tupać nogą przy „Boss of Me”. To elegancka płyta. Sam 66-letni muzyk jest momentami hipnotyzujący, dramatyczny, literacki, trochę teatralny i przerysowany. Czyli tak jak zwykle, pasjonuje i wciąga swojego słuchacza.

Gdyby skoncentrować się na tematyce albumu to nie odbiega ona od innych płyt nagranych przez tak zwane żywe legendy. Sporo przemyśleń, refleksji o samotności, o życiu i śmierci czy też o sobie samym no bo jak inaczej interpretować fragment z „Heat”„And I tell myself, I don’t know who I am”.

Pomników nikt za tą płytę nie będzie mu stawiał, ale jedno jest pewne. David Bowie pokazał, że wciąż jest w grze i trzyma rękę na pulsie. Warto poświęcić dłuższą chwilę dla „The Next Day”. Ocena: 7/10.

Off’owe propozycje część pierwsza

off2013Offowe ogłoszenia z tygodnia na tydzień są coraz ciekawsze, dlatego wracam do standardowego systemu przedstawiania tego co najlepsze. Póki co jeszcze nie o My Bloody Valentine – jeszcze nie ogarnąłem tej płyty.

Mykki Blanco - Cosmic Angel The Illuminati PrinceMykki Blanco – Cosmic Angel: The Illuminati Prince/ss (2012). Mykki Blanco to postać nieco kontrowersyjna. Początkowo nie potrafiłem odgadnąć jego płci! Jednak z odpowiednią pomocą wujka Google wiem wszystko – Mykki Blanco to transwestyta. W wolnym czasie lubi ubierać damskie wdzianka. Nie oceniam, jednak zauważam, że betonowe i konserwatywne (w kwestii preferencji seksualnej) towarzystwo hip-hopowe zaczyna powoli się kruszyć. Kogo tak na prawdę dziś obchodzi gejostwo Franka Oceana? Być może wkrótce nikogo nie zdziwi teledysk z facetem stylizującym się na babkę (albo już nie dziwi?). Ok ja tu srutututu a Mykki Blanco to raper, który ma na koncie dobrą płytę. „Cosmic Angel: The Illuminati Prince/ss” to album na czasie, wpisuje się w ostatnią modną stylistykę określaną SWAG. Nie zabraknie ciekawych, bystrych porównań, nawiązań do sexu, dziwek, narkotyków, alkoholu – czyli kolejna dawka ultra hedonizmu. A wszystko doprawione odrobinką polityki. Podkładowo album brzmi jak starsze utwory A$apa Rocky’ego – mocno wyeksponowana linia basu ozdobiona różnymi akcencikami. To dobry materiał aczkolwiek momentami nierówny. Pojawiają się zbędne dłużyzny. Natomiast o samym Mykki Blanco usłyszymy pewnie jeszcze nie raz. Propsy za pierwsze rapsy na Offie, ale czekam na zdecydowanie więcej. Ocena: 6/10.

Walkmen_Heaven-LRRThe Walkmen – Heaven (2012). Za recenzję tej płyty zabierałem się wiele razy, jednak jakoś nigdy nie było odpowiedniej motywacji i nawet pomysłu co by tu napisać o ich muzie? Teraz okazja jest idealna, zaproszenie na Off Festival. trzeba w końcu napisać recenzję „Heaven”. The Walkmen to okropni nudziarze… jednak jak oni wspaniale przynudzają! Najnowsza płyta oczywiście nie jest ich najlepszą a nawet nie zbliża się do poziomu debiutanckiego krążka „Everyone Who Pretented To Like Me Is Gone”. Jest poprawnie, materiał jest melodyjny, momentami teatralny, ambitny, ale bez większego polotu. Ot lekkie pitu-pitu w sam raz na jesienne wieczory. Jest estetycznie, ładnie, każda gitarka została odpowiednio dopieszczona, ale poza tym „Heaven” nie wiele nam oferuje. Tytuł jest zmyłkowy, nieba nam nie zaserwowano. Ocena: 6/10.

METZ_typeMetz – Metz (2012). Metz to kanadyjskie trio grające muzykę z pogranicza indie rocka i punku. Słuchając ich debiutanckiej płyty „Metz” z 2012 roku słychać dwie rzeczy. Po pierwsze szeroki wachlarz inspiracji takimi klasykami jak Mission of Burma czy też The Pixies (Swoją drogą te zespoły też by mogły zagrać na Offie!). Po drugie na płycie słychać wszelkie cechy wielbione przez panów z Sub Popu takie jak energiczność i świeżość. Te jedenaście piosenek świata nie zmienia, ale wyjątkowo przyjemnie się tego słucha. Tekst o nocnych, męskich eskapadach na miasto pełne pewnej psotności idealnie komponują się z wyjątkowo brudną i ostrą grą gitar. Takie utwory jak „Rats” czy też „Wasted” to istna poezja hałasu. Niestety jednak momentami wydawało mi się, że niektóre piosenki się powtarzają. Kompozycje nie wyróżniają się zbytnio od siebie przez co album wydaje się być nagrany na jedno kopyto. Mimo to czuć tutaj pewną świeżość i energię, która pozwala przypuszczać, że nagrają jeszcze nie jedną ostrą piosenkę a na offowej scenie zaprezentują ów materiał wyjątkowo niegrzecznie. Ocena: 6/10.