Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Bytom, 16.03.2013

kombajngotykNa koncert Kombajnu na Górnym Śląsku czekałem 6 lat. Ostatni ich występ w moim regionie odbył się w Chorzowie w 2007 roku! W dodatku problemy ze sprzętem i ponad godzinne opóźnienie spowodowało, że nie mogłem zobaczyć występu Zagańskiego i reszty do końca. W czasie tych sześciu lat zespół koncertował mniej niż zwykle a zapowiadane koncerty często odwoływano. Dlatego też dla Ślązaków smak na ICH występ był znacznie większy niż za czasów prezydentury Busha Juniora.

Na początku tego roku zorganizowali mini trasę na której znalazł się również Bytom. Pomimo tego, że nie mam najlepszego zdania na temat tego miasta to przez ten jeden dzień Bytom był stolicą Śląska. Klub Gotyk – w którym odbył się karmelkowo-gruzowy spektakl nie różni się niczym od znanych mi lokali z Mikołowa, sala w której odbywał się koncert nie robiła dobrego wrażenia ze względu na swoją pojemność. Jednak ja zawsze lubiłem tego typu sale, gdyż pozwalają na lepszy kontakt z zespołem.

Za support można uznać Materac. „Pamiętacie coś Materaca?” tym zapytaniem zaczął się występ duetu Zagański-Koprowski wzbogacony o gitarzystę Tomka Śliwkę, który zagrał dwa pierwsze utwory z pamiętnej płyty „Andersen Dobranoc”. Oczywiście wszystko w ramach przygotowania i nastrojenia instrumentów, jednak z zaciekawieniem się przyglądałem temu luźnemu graniu, widać było w tym radość. W ogóle cały późniejszy, blisko dwu-godziny koncert KDZKPW był pełen pozytywnych emocji. Ciężko mi pisać o takich występach jak ten. Ilość przeżyć powoduje, że chciałbym napisać wszystko, każdy gest, każdą nutę, każdy akord, każde wspaniałe uderzenie w talerze perkusji. Jednak postaram się przekazać jak najwięcej istotnych informacji nie popadając jednocześnie w histerię piętnastolatki widzącej Justina Biebera.

Setlista mocno przypadła mi do gustu, była to mieszanka utworów z  najnowszej płyty „Karmelki i Gruz” z starszymi „hiciorami”. Zaczęli od „Waniliowego Nieba”, które idealnie pasuje na opener kombajnowego koncertu. W tym momencie jeszcze nie dowierzałem, że jestem tutaj i słucham Kombajnu live. Nie zabrakło wywoływanych przez publikę „Połączeń” oraz „Warszawy”. „Lewą Stronę Literki M” godnie reprezentowały ‚Uczucia” i zmodyfikowane „Roboty”. Wspaniale na żywo brzmią piosenki z ostatniej płyty. Usłyszenie „Morświnów”, „Wysokich Obcasów” oraz zapodanych na sam koniec „Tulipan i Ćmy” wywoływało uśmiech i momentami ciarki na plecach. Każda ich piosenka była częścią kapitalnego show. Ani przez moment nie pojawiła się nuda.

Zespół grał energicznie i z typową dla nich pasją. Nie zabrakło również zabawnych tekstów Zagana, który miał bardzo pozytywny kontakt z widownią. Słuchacze też dali radę, nie było w klubie ani jednej przypadkowej osoby, która by nie znała chociaż jednej piosenki KDZKPW. Jednemu kolesiowi nawet powierzono odśpiewanie „Planety i Liście”. Po zakończonym koncercie i wylaniu przez muzyków wiadra potu widownia wymusiła bis w postacie wspomnianego wyżej utworu „Tulipany i Ćmy”. Wciągająca końcówka ów piosenki stanowiła idealne zwieńczenie pięknego występu. Czekamy na kolejny Wasz występ na Górnym Śląsku!

O.S.T.R. & Hades – Haos

haosKolaboracja starego wyjadacza i młodego wilka podbijają listy sprzedaży w Empiku.

O.S.T.R. to sprawdzona i pewna marka. Łodzianin uważany niegdyś za mistrza freestyle’u cieszy się uznaniem fanów głównie za dobre teksty. O.S.T.R. czyli Adam Ostrowski zawsze wyróżniał się od innych rodzimych MC. Nie należał do „ludzi miasta” ani też do grupy rozrywkowych hedonistów kojarzonych z Tede. Ostry swojego targetu szukał w ludziach młodych, wykształconych, dobrze wychowanych i sfrustrowanych. Hades natomiast to odkrycie ostatnich lat, młody MC z Warszawy zdążył już błysnąć dzięki longplay’owi „Nowe dobro to zło”.

Współpraca omawianej dwójki nie była taką oczywistością jakby to się wydawało. Wszystko zaczęło się od Emade, który zainicjował tą współpracę do jednego kawałka. Maszyna ruszyła i w ten sposób mamy „Haos”.

Słuchając tej płyty doszedłem do pewnej konkluzji. Tak płodny raper jak O.S.T.R. powinien chyba zrobić sobie dłuższą przerwę. Co prawda liczna dyskografia robi wrażenie mimo to od jakiegoś czasu mówi się regresie w twórczości łodzianina. „Jazzurekcja”, która stanowi opus magnum jego twórczości za rok będzie obchodziła 10-lecie, po drodze było jednak różnie. Tak wysokiego poziomu już nie osiągnął. Tym razem również nie.

Teksty, które zawsze były cechą rozpoznawczą ostrego są owszem dobre, ale nie wpadają na dłużej do głowy. Bity, które w większości zostały stworzone przez Ostrowskiego są momentami strasznie toporne. Mało tutaj smaczków, w zasadzie momentami czułem jakby płyta toczyła się na jednym podkładzie od początku do końca. Oczywiście nie tyczy się to całego materiału bo jest tu kilka dobrych momentów takich jak „Psychologia Tłumu” oraz „Sugar Haze”. Inaczej wygląda sprawa z Hadesem. Czuć w jego rapsach, że obecność O.S.T.R-ego pozytywnie na niego wpłynęła, być może mamy już godnego następcę Łodzianina?

„Haos” to dobra pozycja dla wiernych fanów Ostrego, dla pozostałych będzie to jedynie zabawa na kilka odsłuchań. Toporne bity i nijakie teksty powodują w pewnym momencie poczucie znużenia. Obawiam się, że poza sukcesem w sprzedaży płyta ta nie zostanie zapamiętana wyjątkowo pozytywnie. Ostry z pewnością ma wiele nam do przekazania, jednak powinien dobrze się zastanowić co jest w tym przekazie najważniejsze a co zbędne. Ocena: 5/10.

P.S. Plus za wstawki z Cartoon Network.

Posłuchaj

Foals – Holy Fire

Foals-Holy-FireFoals to podobno gwiazdy indie rocka, a co Wy o tym sądzicie?

Bo ja mam mieszane uczucia. Co to w ogóle znaczy być gwiazdą indie rocka? Rozpoznają ich ludzie gdziekolwiek się pojawią? Chyba raczej nie, nie mają unikatowego czy też osobliwego stylu bycia niczym Bono. W mainstreamowym radiu jeszcze też ich nie słyszałem. Nie wyglądają też na takich, o których się plotkuje czy też wiesza plakaty w pokoju. Więc o co do licha chodzi z tym byciem gwiazdą? Zgodzę się na tezę, że wydając trzeci album wyrobili sobie już pewną markę. O nich się pisze, nie jest to kolejny brytyjski projekt, który po jednej piosence albo w najlepszym przypadku albumie znika gdzieś w szumie informacyjnym. Foals wydają właśnie trzeci krążek, który zbiera dobre oceny.

A nie zapowiadali się dobrze. Przynajmniej w mojej ocenie. Debiutancki album „Antidotes” nie podobał mi się wcale, nie potrafiłem za niego zabrać się od żadnej strony. Wydawali mi się kolejnym zespołem z Anglii usilnie promowanym przez MTV2 i NME wraz z innymi gównianymi zespołami pokroju „The nie pamiętam nazwy bo zbyt słabe to było’s”. Zdanie na ich temat zmieniłem trzy lata temu, gdy usłyszałem utwór „Spanish Sahara”. Przecierałem oczy ze zdumienia. To oni umieją tak grać? Ogólnie druga płyta pod względem artystycznym była udana, mimo, że momentami wydawało mi się, że to głównie dzięki tej niebiańskiej piosence z pustynią w tytule. Nominacja do nagrody Mercury Prize jak najbardziej zasłużona (mam słabość do tej nagrody).

To było trzy lata temu. Teraz mamy 2013 i należałoby teraz w tym miejscu, w tym momencie powiedzieć coś o trzecim longplayu zespołu z Oxfordu. „Holy Fire” to jedna z tych płyt, która wpada w ucho od razu, nie miałem żadnego problemu by polubić te jedenaście utworów. Początkowe preludium przypomina nam z jakim zespołem mamy do czynienia. Właściwa rozgrzewka na dalsze dziesięć piosenek. „Inhaler” – pierwszy singiel ma fajne hooki, momentami potrafi porwać, ale to trwa wszystko zbyt długo. O ile „Spanish Sahara” mogłaby dla mnie trwać wieczność to „Inhaler” w pewnym momencie staje się zbędnie przedłużany. Sporo tutaj dobrej muzyki. Zespół co prawda nie zmienił diametralnie swojego stylu, dalej bazują na tanecznym indie-rocku z charakterystyczną gitarą w tle i specyficznym wokalu Philippakisa. Podoba mi się sposób w jaki rozkręcają niektóre utwory. Przykładowo taki „Providence”. To co oni wyrabiają gdzieś od okolic połowy to poezja.

Ogólnie „Holy Fire” sprawia dobre wrażenie, dobra muzyka na okres przesilenia. Płyta ta wydaje się być najbardziej spójną w w całym ich dorobku. Nie ma tutaj wielkich przebojów, ale jest wiele dobrych momentów. Mimo, że żaden utwór na „Holy Fire” nie dorównuje „Spanish Sahara” to i tak polecam go każdemu. Ocena: 7/10.