Todd Terje – It’s Album Time

todd terjePod nazwą Todd Terje urywa się 33-letni norweski dj i producent Terje Olsen. Słuchaczom dał się poznać jako wybitny muzyk dzięki EP-ce z 2012 roku zatytułowanej „It’s the Arps” oraz licznym remiksom. Jako producent pracował między innymi z  grupą Franz Ferdinand, Robbie Williamsem i Lindstrom’em. Za sprawą singla „Incspector Norse” oczekiwania wobec debiutanckiej płyty były spore. W tym roku doczekaliśmy się pierwszego krążka, a Pan Olsen nazwał go przewrotnie „It’s Album Time„.

Płyta ukazała się 8 kwietnia i już osiągnęła status „klasyka”. Słuchając „It’s Album Time” odnosi się wrażenie, że jest to lepsze „Random Access Memories„. Norweg również eksploruje w elektronice z przełomu lat 70 i 80, dodając elementy disco i słynnego skandynawskiego house’u. Myli się ten, kto myśli, że to płyta stricte taneczna. Oczywiście są parkietowe bangery w postaci latynoskiego „Svensk Sas” czy też podzielonego na dwie części „Swing Star„. Jednakże przez większość czasu mamy do czynienia z spokojniejszymi, synthowymi melodiami nasączonymi retromanią. Utwór „Leisure Suit Preben” swoim powolnym, acz stałym tempem wycisza słuchaczy i przygotowuje do podróży w czasie. „Preben Goes To Acapulco” rzuca nas w czasy świetności Giorgio Morodera natomiast „Strandbar” wprowadza nas w pewnego rodzaju trans.

Todd-Terje album timeKolejny w zestawie „Delorean Dynamite” oparty na elektryzujących synthach i fajnych wstawkach gitarowych przywołuje na myśl ostatnie dokonania takich zespołów jak Chromatics czy też Glass Candy. Następnie pojawia się jedyny na albumie utwór zawierający wokal  – gościnie występuje Bryan Ferry z Roxy Music. Mowa o coverze utworu Roberta Palmera „Johnny and Mary„, który w nowym wykonaniu jest chyba jeszcze piękniejszy. Końcówka płyty staje się bardziej taneczna a na samym końcu dostajemy wspomniane wcześniej „Inspector Norse„.

It’s Album Time” to świetna płyta zarówno na ciepłe, jak i deszczowe dni. Kompozycje na niej zawarte są dobrze wyprodukowane, jednak Todd Terje nie ustrzegł się przed błędami popełnionymi przez Daft Punk przy nagrywaniu RAM. Brakuje mi na tej płycie pewnej łączności między utworami a czasami wydaje się ona przekombinowana. Szczególnie gryzie się tutaj wstawienie w sam środek „Johnny and Mary” oraz następne „Alfonso Muskedunder„. Co nie zmienia faktu, że jest to krążek na wysokim poziomie i na pewno znajdzie się na wielu listch podsumowujących. W tym mojej. Ocena: 8/10.

Lily Allen – Sheezus

lily allen 2Przyznam się szczerze, że gdyby nie genialna nazwa to nie zainteresowałbym się najnowszym albumem Lily Allen. Przez ostatnie 5 lat Brytyjka zrobiła sobie przerwę na życie rodzinne, dlatego też zdążyłem o niej zapomnieć. Teraz jednak wraca z nową płytą o której  zrobiło się głośno za sprawą widocznego nawiązania do zeszłorocznego LP Kanye Westa „Yeezus„.

Po przesłuchaniu „Sheezusa” szybko odkryłem, że jest to wyłącznie tani chwyt marketingowy na który się złapałem. Materiał nagrany nijak koresponduje do płyty Westa. Oczywiście nie było dla mnie rozczarowaniem, że Lily nie nagrała albumu osadzonego w rytmach noise’owego hip-hopu tak jak zrobił to w tamtym roku wspominany raper. Jednakże liczyłem na znacznie ciekawsze i lepsze kompozycje. Jedynie otwierający całość „Sheezus” mnie porwał.  Lily Allen z pazurem śpiewa „Give me that crown, bitch /I wanna be Sheezus” a w tle słyszymy fajny beat od gościa, który tworzył podkłady dla Drake’a i Kendricka Lamara. Jest w tym moc.

lily_allen_sheezusDalsza część płyty nie jest zła, jednakże wychwytujemy zmianę realiów. Lily Allen nie jest już tą samą wokalistką, którą mogliśmy usłyszeć na „Alright, Still” oraz „It’s Not Me, It’s You„. Nie mamy już do czynienia z wulgarną uczennicą, która chciała dogryźć każdemu a z 29-letnią matką dwojga dzieci. Większość utworów to synth-owe ballady, które nie są złe, ale są niestety gorsze niż te chociażby z 2009 roku. Pojawiają się dobre momenty jak chociażby „URL Badman” z dubstepowymi wstawkami oraz gospelowe „Close Your Eyes„. Materiał jednak ten jest co najwyżej solidny i nie zachwyca nas na tyle by powrócić do niego po czasie. Brakuje także dobrych singli, gdyż „Hard Out Here”, które pomimo tego, że jest zabawne to niestety nie zapada w pamięci. Natomiast „Air Balloon” zwyczajnie nudzi.

Szkoda, że cała płyta nie brzmi jak opener „Sheezus„. Wtedy moglibyśmy mówić o zjawiskowym koncept albumie i wspaniałym powrocie Lily Allen. Prawda jest jednak taka, że płyta poza jedną piosenką nie porywa a jest wyłącznie solidną dawką popu o którym szybko się zapomina. Ocena: 5/10.

Cloud Nothings – Here And Nowhere Else

cloud-nothings-503f4747f422eSą rzeczy w muzyce, których nie potrafię sobie wyobrazić. Przykład? Wyobraża sobie ktoś, że mamy rok 2016 a Radiohead powraca do britpopu i nagrywa album o nazwie „Radiohead”? Albo to, że Coldplay postanawia przestać flirtować z komercją i nagrywa płytę lepszą od „Parachutes„? Eminem gra debiut na Offie? Można by wymieniać dalej. Lista takich wyobrażeń zapewne byłaby długa. Inaczej ma się rzecz z drugim krążkiem od Cloud Nothings, gdyż ich najnowsza płyta jest dokładnie taka jak ją sobie wyobrażałem.

Zacznę od początku. W 2012 roku zespół Dylana Baldiego zachwycił mnie rewelacyjnym „Attack On Memory” na tyle mocno, że na nowo pokochałem gitary w roku, który obfitował głównie w dobre rapsy. Na tamtej płycie była energia, były emocje i przede wszystkim dobre, rockowe kompozycję. Minęły dwa lata i zespół z Cleveland w stanie Ohio wydaje kolejny album zatytułowany „Here and Nowhere Else„. Płyta ta jest dla mnie, czyli dla fana zespołu dokładnie taka jak ją sobie można by wyobrazić. Dylan Baldi z ekipą w dobry i zgrabny sposób rozwinął to co zaczął dwa lata temu. Materiał na krążku również jest energiczny, gitarowy, a momentami hałaśliwy i chaotyczny. Baldi po raz kolejny operuje głosem by śpiewać na przemian melodyjnie, przystępnie oraz agresywnie i scream’owo. No i powtarza się schemat 8 piosenek, z których jedna jest mocno rozbudowana do długości ponad 7 minut.

here-and-nowhere-elsePomimo wspomnianych wyżej powtórzeń, całość brzmi świeżo i ciekawie. Amerykanie powtórzyli co prawda pewne schematy, jednakże zrobili to w taki sposób zachwycić słuchacza ponownie. Udało im się. Przy tym albumie nie można się nudzić. Słuchanie go mija nam szybko i przyjemnie. Zachwycają kapitalne gitarowe riffy z „Just See Fear” oraz „Psychic Trauma„, chropowatość „Pattern Walks„,  bębny w „Giving Into Seeing” czy też epickość „I’m Not Part Of Me„. Tutaj nie ma momentów słabych, jednakże nie odważę się powiedzieć, że jest to lepsza płyta od „Attack On Memory„. Obie są świetne, i obie warto przesłuchać. Ocena: 9/10.