Z Panem DeMarco pierwszy raz zetknąłem się w 2012 roku przy okazji wydania albumu „2„. Jak sama nazwa wskazuje nie był to jego debiutancki longplay, gdyż kilka miesięcy wcześniej pojawiło się „Rock And Roll Night Club„. Pomimo tego, że wspomniałem w tamtym czasie o nim na blogu to nie wydał mi się obiecującym artystą. Jego „2” nie było złe, ale też na tyle ciekawe by jeszcze kiedykolwiek do niego wrócić. Natomiast po debiut nigdy nie sięgnąłem zgodnie z myślą, że jeżeli po pierwszej płycie w krótkim odstępie czasu pojawia się druga to znaczy, że z tą pierwszą coś jest nie tak.
Inaczej ma się sprawa z „Salad Days„. Ta płyta jest wyborna. Mac DeMarco jest na niej wyluzowany, beztroski i na tak zwanym „pełnym lajcie”. Jeżeli ktoś chce sobie wyobrazić definicję muzyki na leniwe, ciepłe dni to powinien przesłuchać trzeci krążek od młodego Kanadyjczyka. Z tego co zauważyłem to słabych ocen ta płyta nie dostaje, i słusznie! Już otwierające całość tytułowe „Salad Days” wprowadza nas w błogi nastrój dzięki spokojnej linii gitary. Lirycznie natomiast DeMarco sprawia stanowczego gościa. Wspomina o kruchości życia śpiewając: „Rolling through life, to roll over and die„. Kolejne „Blue Boy” to utwór, którego nie powstydziłby się sam Bradford Cox. W „Let Her Go” doradza, że jeżeli nie jesteśmy pewni swoich uczuć to powinniśmy odpuścić a „Chamber of Reflection” jest pewnego rodzaju pochwała samotności.
To duża różnica, gdy przypomnimy sobie takie utwory jak „Pussy” czy też „Ode To Viceroy„, czyli odę do najtańszych fajek. DeMarco zarówno muzycznie jak i lirycznie wydaje się być dojrzalszy. Zachowując przy tym wcześniejszy luz. Jest to postać nieco groteskowa, ubrana w rozciągniętą koszulę i starą czapkę z daszkiem. Ciężko być wobec niego obojętnym. Z jednej strony uśmiecha się do nas szczerym, szczerbatym uśmiechem. Z drugiej natomiast całkiem mądrze mówi o życiu w swoich tekstach. Jaki by on jednak nie był to „Salad Days” jest płytą kapitalną, której bardzo dobrze się słucha. Jak by to powiedział mój znajomy: „ten film sam się ogląda”. Ocena: 9/10.
Jeżeli ktoś uważnie śledzi wpisy na prowadzonym przeze mnie blogu na pewno zauważył, że głównie skupiam się na muzyce i filmie. Jednakże od czasu do czasu trafiają się notki na inne tematy. Z książką już miałem do czynienia dwa lata temu, gdy oceniałem biografię Zlatana Ibrahimovicia napisaną przez Davida Lagercrantza. By urozmaicić treści zawarte na blogu postanowiłem zrecenzować dla was absolutny klasyk literatury, który dostałem w prezencie na ostatnie swoje urodziny.
Mowa o popularnym w ostatnich miesiącach „Hobbicie” Tolkiena. Przyznam się szczerze, że do momentu pojawiania się w kinach filmu „Hobbit: Niezwykła Podróż” kojarzyłem angielskiego autora wyłącznie z trylogią „Władcy Pierścieni„. Generalnie nie jest to powód do wstydu, gdyż wszystkie dzieła Tolkiena zawdzięczają ogromną popularność filmom nakręconym przez Petera Jacksona. Wróćmy jednak do pisarza urodzonego w nie istniejącym już państwie Orania. J.R.R. Tolkien był pisarzem niezwykle utalentowany. O stworzonym przez niego świecie Śródziemia czytelnicy dowiedzieli się pierwszy raz w 1937 roku, kiedy została wydana książka „Hobbit, czyli tam i z powrotem„. Sequelem powieści jest wspomniany wcześniej „Władca Pierścienia„, który znacznie rozbudowała fantazyjną krainę Tolkiena. Inne ważne dzieła autora to „Silmarillon„, „Niedokończone Opowieści” oraz „Dzieci Hurina„. Warto odnotować fakt, że Anglik poza prozą zajmował się także tworzeniem wierszy.
„Hobbit” to historia niebezpiecznej podróży grupy krasnoludów, które pragną odzyskać królestwo i skarby zajęte przez smoka Smauga. Towarzyszy im czarodziej Gandalf oraz główny bohater powieści hobbit – Bilbo Baggins. Dużą zaletą książki jest jej przystępność. Tolkien pisze o bohaterach i wszystkich wydarzeniach w sposób łatwy do wyobrażenia i zrozumienia dla każdego (nawet najmłodszego czytelnika). Wynika to z faktu, że w głównym zamyśle autora miała być to książka głównie skierowana do najmłodszych. Angielski pisarz skupia się wyłącznie na opisywaniu wydarzeń, które przeplata zabawnymi dialogami grymaśnych krasnoludów i żarłocznego hobbita. Autor mało miejsca zostawia na opisy, które są krótkie i zwięzłe. Zabieg ten powoduje, że książkę czyta się szybko i przyjemnie, gdyż nie przerwanie coś się dzieje. Większość książki to opis wyprawy, wpierw przez góry, później podziemia, mroczne lasy, oraz pustkowia z perspektywy hobbita Bilbo Bagginsa. Jednakże często pojawiają się dopowiedzenia oraz retrospekcje tak by czytelnik mógł się dowiedzieć o wszystkich ważnych szczegółach całej historii. Po drodze naszych bohaterów spotyka wiele niebezpieczeństw takich jak: żarłoczne trolle, nieprzyjazne orki i wargi, pająki, elfy itd.
Minusem książki wydawał mi się sposób jak napotykane przeszkody i poważne problemy zostają rozwiązane. By nie zdradzać fabuły, powiem tylko tyle, że za każdym razem wyjście z opresji wyglądało podobnie. Rozczarowujące było również dla mnie zakończenie, gdyż wątek Smagua nie został rozwiązany tak jak można by się tego spodziewać, co jest jednocześnie zaletą, gdyż autor nas zaskakuje finałem. Generalnie cała historia trzyma się kupy i każdy wydarzenie ma swój powód i efekt. Ciekawie przez całą książkę rozwija się postać Bilbo Bagginsa, który początkowo niechętnie dołącza do krasnoludów. Z czasem staje się on ich liderem i głosem rozsądku. Krasnoludy generalnie nie różnią się od siebie poza liderem Thorinem i najgrubszym Bomburem. Ważną postacią w książce jest także czarodziej Gandalf, który jest mądrą, ale i też mocno zagadkową osobą. Tolkien stworzył postacie posiadające wady i zalety. Dlatego też w pewnym momencie role się odwracają i my jako obserwatorzy wydarzeń nie jesteśmy pewni komu w tym momencie kibicować. Ważny w książce jest wydźwięk etyczny. Przykładowo Bilbo Baggins, który miał pełnić w wyprawie rolę złodzieja i włamywacza postępuje przez cały czas uczciwie i sprawiedliwie. W „Hobbicie” jest wiele tego typu przykładów, mi najbardziej utknął w pamięci fragment w którym Bilbo kradnie klucze elfowi by uwolnić swoich przyjaciół. Po wypuszczeniu krasnoludów, oddaje je strażnikowi, by ten nie miał problemów u swojego przełożonego.
Podsumowując „Hobbit” to interesująca książka, która powinna się spodobać każdemu ze względu na szybko toczącą się akcję, ciekawe i barwne postacie, śmieszne dialogi oraz zawarte moralizatorstwo. W przypadku posiadanego przeze mnie wydania plusem są także piękne ilustracje Alana Lee. Z pewnością warto przeczytać książkę, zanim udamy się do kin na kolejną odsłonę „Hobbita„.
W związku z dzisiejszym koncertem legendarnej grupy Black Sabbath w Łodzi postanowiłem odświeżyć temat ikony hard rocka i stworzyć listę 10 najlepszych utworów Brytyjczyków. Kolejność alfabetyczna.
Black Sabbath (1970, Black Sabbath). Opener z debiutanckiej płyty Black Sabbath był jedną z przyczyn utożsamiania zespołu z szeroko pojętym satanizmem. Utwór opowiada o tajemniczej postaci, którą ujrzał basista grupy i o książce na temat czarnej magii. Mit ten jednak powala powtarzające się „Please God Help Me„. Dla mnie ta historia jest raczej sprawą drugorzędną, gdyż na pierwszy miejscu jest muzyka. A tutaj jest ona wyborna. Mamy kapitalny riff gitarowy oraz świetne bicie bębnów. Całość zaczyna się dość mrocznie od dźwięków burzy i bijącego dzwona, jednak w dalszej części „Black Sabbath” nabiera znacznie innego wymiaru poprzez przyśpieszenie tempa.
Children of the Sea (1980, Heaven and Hell). Jedyna piosenka na liście z nieżyjącym już Ronnie Jamesem Dio. Jego dołączenie do zespołu dało pewien impuls a „Children of the Sea” jest jedynym utworem Black Sabbath, który można by określić balladą. Generalnie jednak wolę Black Sabbath z Ozzym co potwierdza ta lista (9 do 1 dla Ozzy’ego).
Iron Man (1970, Paranoid). Absolutny klasyk rocka, którego nie mogło zabraknąć na tej liście. Tytułowy Iron Man nie ma nic wspólnego z komiksową postacią Marvela, gdyż opowiada historię człowieka podróżującego w czasie pragnącego uchronić świat przed zagładą. Jednakże zostaje on zmieniony w człowieka ze stali i sam doprowadza do końca ludzkość. Muzycznie jest to majstersztyk naszpikowany świetnymi gitarowymi riffami, który w popkulturze funkcjonuje obok innych klasyków pokroju „Smoke On The Water” czy „Nothing Else Matters„.
N.I.B. (1970, Black Sabbath). W tym utworze znajdziemy jeden z najlepszych gitarowych riffów w dziejach. Pomimo mrocznego tekstu jest to jeden z najbardziej chwytliwych utworów Black Sabbath. 6 minutowa uczta dla uszów. Nietuzinkowo się rozpoczyna od basowej solówki, równie dobrze się kończy.
Paranoid (1970, Paranoid). Ta piosenka głównie kojarzy mi się z moim dobrym kolegą, który notorycznie ją wykonywał (wykonuje?) na wszelakich barowych karaoke. „Paranoid” udowadnia, że proste rozwiązania są najlepsze. Został napisany w cztery minuty i opiera się w całości na jednym, prostym gitarowym riffie. Początkowo miał on być wypełniaczem albumu a stał się największym hitem Black Sabbath.
Sabbath Bloody Sabbath (1973, Sabbath Bloody Sabbath). Jeden z najbardziej skomplikowanych utworów Black Sabbath. Dla fanów różnorodności motywów w muzyce powinien się spodobać najbardziej. Podobno przed napisaniem tego utworu zespół znajdował się w bardzo głębokim dołku twórczym. Jak widać wyszedł z niego z impetem. Na szczególne brawa zasłużył Ozzy Osbourne za świetne partie wokalne.
Sweet Leaf (1971, Master of Reality). Żadną tajemnicą nie jest fakt, że Ozzy Osbourne i spółka nie stronili od narkotyków. Dlatego też wspominany w tytule i tekście słodki liść nie powinien stwarzać problemów z dopisaniem do odpowiedniej rośliny. Co do samej muzyki to nie potrafię ogarnąć tego co się dzieje w okolicach 2-3 minuty utworu, który tak jakby się kończy by z powrotem wrócić na wcześniejsze melodyjne tory.
Symptom of Universe (1975, Sabotage). Piosenka ta powstała w wyniku improwizacji. Efekt wyszedł świetnie. Kamień milowy dla prog metalu.
War Pigs (1970, Paranoid). Zdecydowanie mój ulubiony utwór grupy. Blisko 8 minut świetnych gitarowych riffów i jeszcze lepszych przejść perkusyjnych. Całość składa się z dwóch części, z której druga okraszona tytułem „Luke’s Wall” jest gitarowym majstersztykiem. W odróżnieniu od okultystycznych tematów z pierwszej płyty na „War Pigs” tekst jest zabarwiony politycznie i wyrażał dezaprobatę wojny w Wietnamie. Klasyk heavy metalu.
The Wizard (1970, Black Sabbath). Trwa spór czy tytułowy czarodziej to inspiracja tolkienowskim Gandalfem czy po prostu metafora handlarza narkotyków. Osobiście uważam, że prawda jest po środku bo jeżeli ktoś kiedykolwiek czytał „Hobbita” czy też „Władce Pierścieni” to wie, że czarownik z krainy Śródziemia miał w sobie coś z dilera dragów. Co do warstwy muzycznej to „The Wizard” ujawnia w sobie inspiracje bluesem nie rezygnując jednocześnie z ciężkich gitar. Poza tym pojawia się harmonijka, która w bogatej dyskografii zespołu pojawia się niezwykle rzadko.