Jeśli to czytasz, jest już za późno

drake3Ale to nie Twoja wina, a moja. Czuje, że za późno biorę się za recenzowanie nowej płyty Drake’a. No bo co powiedzieć o „If You’re Reading This, It’s Too Late” jak już chyba wszystko powiedziano? W dodatku wydarzyło się w międzyczasie tak wiele. Dowiedzieliśmy się między innymi tego, że kanadyjski emo raper wystąpi na tegorocznym Openerze. Na którym mnie nie będzie. Poza tym Drake całował się z Madonną, a raczej Madonna całowała jego. Świat także usłyszał o jego nieślubnym dziecku. Podobno także to z jego powodu rozpadło się One Direction. Pomimo tego, samolubna chęć dodania czegoś własnego na temat tegorocznego wydawnictwa Drake’a jest silniejsza ode mnie samego.

Zacznę od tego, że odkrycie geniuszu „If You’re Reading This, It’s Too Late” zajęło mi więcej niż jednego odsłuchu. Płyta zlewała się w jedną papkę, z której nie wynosiłem nic. Jednak, gdy poświęciłem jej więcej czasu i uwagi odkryłem, że raper po raz kolejny udowodnił, że jest fenomenem. W otwierającym całość „Legend” Kanadyjczyk z dumą oświadcza: „jeśli umrę, jestem legendą”. I trudno się z tym nie zgodzić, bo pomimo młodego wieku, Drake jest już artystą wielkiego formatu. A co najważniejsze, jego muzyka nie straciła ani trochę na wartości (czyt. nie sprzedał się).

ifyoureadthisdrakeJednak już w następnym utworze odkrywa ciemną stronę sukcesu. W „Energy” żali się: „I got enemies, got a lot of enemies / Got a lot of people tryna drain me of my energy”. W tle natomiast usłyszymy kapitalny beat, używający sampla utworu „Knowledge Me” grupy Oryginal Concept. Przestajemy mu współczuć przy „10 Bands”, gdzie opowiada o pieniądzach i luksusach. Kolejny w zestawieniu „Know Yourself” a także „No Tellin’” to najmocniejsze momenty płyty. Mroczne beaty łącząy się z kapitalnym flow Kanadyjczyka. W „Madonnie” odnajdziemy sporo intymnych, seksualnych sformułowań. Jednakże ze względu na tytuł oraz wspomniane wcześniej wydarzenie z Coachelli, nie mam zamiaru zagłębiać się w ten kawałek.

Tak na prawdę, to nie jest smutna płyta.

Tak naprawdę, to nie jest smutna płyta.

Świetnie słucha się „Star67”, gdzie dużą robotę robią wstawki gitary basowej. Kolejne „Preach” stworzył protegowany Drake’a, nijaki PARTYNEXTDOOR. Zdominował on ten utwór. Niemniej wers Pana Grahama nie jest wcale gorszy. Przy „Wednesday Night Interlude” raper zwalnia tempo, jednak już w „6 Man” znowu wraca do agresywnego tonu i rzuca słowa: „I’m on it, I’m like Macgyver, I’m Michael Myers”. Bardzo przypadł mi do gustu utwór „Now & Forever”, gdzie melodyjny podkład przypomina twórczość Purity Ring. Dobrą robotę wykonał również Dizzy w zadedykowanym swojej matce utworze „You & 6”. Całość natomiast kończy bonusowe „6PM in New York”.

If You’re Reading This, It’s Too Late” z wszędobylską szóstką to bardzo dobry materiał. Pomijając fakt, że to mixtape to chciałbym by Drake dalej robił swoim fanom tak miłe niespodzianki. Dizzy to zapracowany gość, i co chwile wrzuca do sieci nowe utwory. Warto zaznaczyć, że pomimo dużej ilości nie tracą one na jakości. Tak samo jest na tym krążku. Mimo tego, że jest tu sporo piosenek to żadnej nie można nazwać zapełniaczem. Czasami mam wrażenie, że jest to zbiór całkowicie przypadkowy – to znaczy nie tworzy spójnej twórczości. I to chyba jedyny mankament, który mogę zarzucić temu albumowi. Poza tym przybijam piątkę Aubrey’owi i czekam na „Views from the 6„. który ponoć ma się pojawić jeszcze w tym roku.

Ocena: 8/10.

Czy warto było czekać 8 lat na nowy album Modest Mouse?

modest-mouse1Starając się odpowiedzieć na powyższe pytanie, przeanalizuję najnowszy album grupy Modest Mouse. Amerykanie z Issaquah w stanie Waszyngton to żywa legenda indie rocka, którą stali się za sprawą dwóch płyt. Mowa o The Lonesome Crowded West z 1997 roku oraz The Moon & Antarctica, którego premiera odbyła się w roku Mistrzostw Europy rozgrywanych na stadionach w Holandii i Belgii. Świetne kompozycje, zadziorność, ciekawe teksty, własny styl oraz brak parcia na szkło sprawiły, że do dziś te dwa krążki uchodzą za perfekcyjne. Kolejne dwa longplaye Good News for People Who Love Bad News i We Were Dead Before the Ship Even Sank przyniosły niespodziewanie zespołowi sukces komercyjny. Potem nastała cisza.

8 lat to sporo. Oczekiwania wobec nowej płyty Modest Mouse były dość spore, aczkolwiek w moim przypadku liczyłem się z tym, że nie nawiążą do swojego kulminacyjnego okresu z lat 1997-2000. No i niestety „Strangers To Ourselves” jest mały rozczarowaniem. Co nie oznacza, że to płyta zła. Jest dobra, a gdy popatrzy się przez pryzmat dokonań innych indie rockowych bandów to można powiedzieć, że jest bardzo dobra. Jednak problem polega na tym, że od takich zespołów jak Modest Mouse zawsze wymaga się więcej.

Strangers To OurselvesZacznijmy od tego, że materiał na „Strangers To Ourselves” jest mocno nierówny. Z jednej strony usłyszymy przebojowe „Lampshades on Fire„, osobiste „Ansel” w którym wokalista Isaac Brock opowiada o śmierci brata czy też piękne, akustyczne „Coyotes„. Z drugiej jednak strony mamy „Pistol„, które pasuje do reszty jak pięść do nosa oraz cyrkowe „Sugar Boats„. Druga sprawa to zmiękczenie brzmienia. Brakuje mi na tej płycie wyszarpanych, szorstkich, surowych gitarowych riffów, efektownej perkusji i ogólnie tego dzikiego klimatu znanego chociażby z takich utworów jak „Trailer Trash” czy też „Doin’ the Cockroach„. Modest Mouse stracili pazur, jednak nie stracili swojego, wypracowanego stylu.

Takie kompozycje jak „Pups to Dust” oraz „The Tortoise and the Tourist” to kawał dobrej muzyki, której słuchałem z przyjemnością. Ogólnie całej płyty słucha się dobrze. Jest to muzyka letnia, przyjemna i wpadająca w ucho. Isaac Brock wraz z kolegami wciąż potrafi tworzyć zgrabne kompozycje. Lirycznie jest ok, Brock po raz kolejny używa specyficznych sformułowań, które dobrze komponują się z tłem muzycznym. Jednak gdy płyta się kończy, kończą się również emocje. Nie zostaje ona z nami dłużej i myślę, że w perspektywie czasu mało kto będzie pamiętał o tym wydawnictwie.

A więc warto było czekać? No cóż, ciężko odpowiedzieć jednoznacznie. Jeżeli ktoś liczył na powtórkę z The Moon & Antarctica to z całą pewnością będzie zawiedziony. Jednak jeżeli oczekujesz niezobowiązującej, przyjemnej w odbiorze płyty zespołu o znanej nazwie to jest to album dla Ciebie! „Strangers To Ourselves” to dobry longplay, ale nie rewelacyjny. Mimo to warto samemu posłuchać, sprawdzić i wyrobić własną opinię. Dla mnie jest co najwyżej nieźle. Ocena: 6/10.

Posłuchaj

Jak nagrywać albumy, a nie zbiory piosenek – radzi Kendrick Lamar

kendrick lamarKendrick Lamar przebił wszystkich. W dniu przedwczesnej premiery prawie 10 milionów ludzi przesłuchało jego najnowszy album, który pojawił się w serwisie Spotify. Przebił tym samym samego Drake’a, który uturlał 7 milionów odsłuchań w dniu premiery „If You’re Read This, It’s To Late”. Informacja ta idealnie obrazuje na jakim obecnie etapie znajduje się raper.

A wszystko zaczęło się w 2012 roku, kiedy pojawił się jego drugi longplay „Good Kid, M.A.A.D City”. Mroczny koncept-album opowiadał historie życia w Compton i przybierał formę filmową. Świetne produkcje łączyły się tutaj z niezwykłą nawijką rapera. Co więcej przebojowość singlowa tej płyty nie kolidowała z wysokim standardem jakościowym samej muzyki. Stąd też dobre oceny i czołowe miejsca w podsumowaniach całorocznych.

kendrick-lamar-to-pimp-a-butterfly-1024x576Gdy w 2014 roku usłyszałem zapowiedź nowej płyty w postaci singla „I”, wiedziałem, że nowy materiał będzie inny. I faktycznie taki jest. „To Pimp a Butterfly” to album całkowicie różny od swojego poprzednika. Kendrick Lamar zainspirowany twórczością Jamesa Browna i Marvina Gaye’a nagrał album naszpikowany brzmieniem soulowo-funkowo-hiphopowym z licznymi elementami jazzu. A wszystko to nakryte jest hip-hopem prosto z zachodniego wybrzeża. W zaczynającym całość „Wesley Theory” usłyszymy sampel utworu Borisa Gardinera „Every Nigger Is A Star”. W Kolejnych „For Free?”, „King Kuta” a także „For Sale?” znajdują się wpływy jazzowe. Reszta utworów w kapitalny sposób nawiązuje do soulu przywołując na myśl twórczość Eryki Badu, Commona czy też grupy The Roots. Jedyny track, który śmiało mógłby się znaleźć na wydawnictwie z 2012 roku to „The Blacker the Berry”. Reszta albumu pod względem brzmieniowym to absolutnie coś innego w porównaniu do wcześniejszej twórczości artysty.

Jednak nie sama warstwa muzyczna się zmieniła. Kendrick Lamar zmienił także temat swoich rozważań. Od tematów lokalnych przeszedł do globalnych. Opowiadania na temat życia na ulicy zamienił na kwestie rasizmu, polityki oraz problemów społecznych. Przeważnie na upolitycznioną muzykę patrzę z przymrożeniem oka, jednak w tym przypadku kupuje to. K-Dot to inteligenty obserwator, który wyciąga właściwe wnioski i potrafi wygarnąć rasizm czarnoskórym.

Wpierw lokalnie, teraz głobalnie

Wpierw lokalnie, teraz globalnie

W otwierającym całość „Wesley Theory” Kendrick Lamar porusza temat wykorzystywania czarnoskórych artystów przez przemysł rozrywkowy. Zwrot „Married to the game, made a bad bitch yours” oraz inne użyte w tekście idealnie naświetlają zasady maszyny szołbiznesu. Dlatego też początkowe „Every nigger is a star” brzmi w kontekście całości dość ironicznie. Natomiast tytuł utworu nawiązuje do wyroku aktora Wesley’a Snipesa, który spędził w więzieniu 3 lata za niepłacenie podatków. Kolejny w zestawieniu utwór „King Kunta” zagłębia trudy życia czarnoskórych obywateli Stanów, którzy mają do wyboru śmierć lub więzienie. K-Dot używa zgrabnych porównań w stylu „Life ain’t shit but a fat vagina” by naświetlić słuchaczom, że życie pomimo brzydoty ma wielką wartość. A tytuł? To gra słów. King, czyli król – symbol wyższych sfer. Natomiast wyraz Kunta odnosi się do Kunta Kinte, postaci z powieści „Korzenie – Saga amerykańskiej rodziny”. Niewolnik z stanu Virginia, któremu ucięto stopę za próbę ucieczki jest metaforą najniższych sfer społeczeństwa i symbolem walki z uciskiem.

Utwór „Institutionalized” to potępienie przemocy, zazdrości, korupcji oraz wszelkich złych wartości, które powstają w wyniku dążenia do wzbogacenia. W kawałku pojawia się również Snoop Dogg, jednak jego występ nie zaćmiewa Kendricka a wzbogaca utwór. W „These Walls” z gościnnym występem Bilala, Thundercata i Anny Wise raper zamienia się w Barry’ego White’a. Kendrick używając wielu metafor odnosi się do kobiecej seksualności.  „Momma” oraz „Hood Politics” to piosenki stojący w opozycji do siebie. W pierwszym z nich raper zapomina jak to było na „dzielnicy”, natomiast w kolejnym cofa się do czasu kiedy ulica była wszystkim czym znał. „Hood Politics” jak nazwa wskazuje to utwór nawiązujący do polityki. Lamar w kapitalny sposób bawi się słowem nazywając dwie główne amerykańskie partie określeniami: „DemoCrips and ReBloodlicans„. Co więcej w utworze tym wykorzystany jest sampel utworu „All for Myself” Sufjana Stevensa.

sorry Drake, Kendrick wins

sorry Drake, Kendrick wins

Ciekawą historię Amerykanin przedstawia w „How Much a Dollar Cost„. Na stacji benzynowej spotyka bezdomnego, który prosi go o pieniądze. Lamar krytykuje tego człowieka i karze mu spadać, jednak ma z tego powodu wyrzuty sumienia. Wniosek z tej smutnej historii jest taki, że jeden dolar jest tak na prawdę więcej wart niż w rzeczywistości. W następnym „Complexion” porusza kwestie segregacji rasowej. Dużą niespodzianką jest singiel „I„, który na płycie brzmi tak jakby był odgrywany na żywo. Co więcej piosenkę przerywają zamieszki ludzi słuchających rapera oraz przemowa Kendricka Lamara. Tak jak wspomniał ktoś w jednej z recenzji – tak się nagrywa płyty, a nie zbiory piosenek. Lamar zrezygnował z przebojowego brzmienia piosenki by wpasowała się w ogólne przesłanie płyty. Niebywałe. Co więcej w kończącym całość „Mortal Man” urządza sobie wywiad z legendarnym 2 Pac’iem. Brzmi to dość naiwnie, ale uwierzcie, że takie nie jest. Pojawia się pewnego rodzaju dramaturgia, kiedy Lamar czyta swój wiersz, ale Pac już się nie odzywa. Dla mnie bomba.

Chyba wcześniej nie rozpisałem się w takim stopniu na temat jednej płyty. W tym przypadku było to niezbędne. Mimo tego wciąż czuję się nie usatysfakcjonowany tą recenzją. Wciąż wydaje mi się nie pełna. „Pimp To a Butterfly” to jedna z tych płyt na temat, której powinny powstawać książki. Trzeci longplay amerykańskiego rapera z Compton to płyta kompletna o wspaniałym brzmieniu nawiązującym do klasyki oraz ważnym przesłaniu. Ważne w tym wszystkim jest to, że Lamarowi udało się uniknąć niepotrzebnego patosu, megalomani oraz kiczu. Wielkie brawa na stojąco. Takie krążki przechodzą do historii. Ocena: 10/10.

Posłuchaj