Stefan Wesołowski zakończył mi lato – recenzja „Rite of the End”

Nazwisko wykonawcy omawianej w tym wpisie płyty może być bardzo mylące. Stefan Wesołowski brzmi jak kolejny polski grajek pop w stylu nieudolnego Brzozowskiego czy innego śmieszka bez talentu. Wesołowski też bardziej by mi się kojarzył z jakimś kabareciarzem czy też aktorem z słabego serialu. To nazwisko absolutnie nie pasuje do zawartości „Rite of the End”, która jest mroczna, głęboka i… smutna.

Chyba nie byłem gotowy na tą płytę jeszcze. W  ostatnie wakacyjne miesiące mało słuchałem muzyki, a jak już czegoś słuchałem, to były to popy w stylu Calvina Harrisa. Nowy Grizzly Bear był jedynym przedstawicielem żelaznej alternatywy w tym czasie. Pan Wesołowski szybko sprowadził mnie na ziemię i dał do zrozumienia, że lato się kończy. Widok coraz bardziej żółtej lipy za moim oknem i wcześniejsze wieczory wprowadzają mnie w małą depresję. Jednak to jest nic w porównaniu co zrobił z moją psychiką Wesołowski po odsłuchaniu „Rite of the End„.

Wesołowski swoim krążkiem oficjalnie potwierdził, że czas zwinąć basen z podwórka i wyciągnąć grabie na liście. „Rite of the End” co prawda ukazało się wiosną, jednak album dotarł do mnie dopiero teraz. I szczerze? Okoliczności pogodowe spotęgowały doznania przy pierwszych odsłuchach. Na tym albumie jest smętnie, ponuro i niezbyt wesoło. Czuć jednak w tym wszystkim całkowitą poważność. Krążek zaczyna się dość filmowo, co nie powinno dziwić. W końcu Wesołowski nagrywał już muzykę do filmu – „Listen To Me Marlon„. Momentami zdawało mi się, że to zagubione soundtracki z któregoś obrazu Davida Lyncha. Co zachęcało mnie do dalszego słuchania. Kompozytor z Trójmiasta dość sprawnie łączy muzykę klasyczną z współczesną muzyką elektroniczną. W porównaniu do poprzednich pozycji Wesołowskiego, artysta postanowił bardziej postawić na ambient. I dobrze! Brakuje mi na polskiej scenie wykonawców, którzy mogliby rywalizować z Fenneszem czy Williamem Basinskim. Wesołowskiego to nawet całkiem dobrze to wychodzi, co całkowicie aprobuje. Co prawda smyczki grają tu kluczową rolę, jednak to elementy ambientowe mnie najbardziej zachwyciły.

Jeżeli jesteście gotowi zakończyć lato i dać się nieco porwać w ambientowe odchyły to powinniście sprawdzić najnowszy krążek Wesołowskiego. To zdecydowanie najlepsza pozycja w jego dyskografii. Nie licząc oczywiście „Trenów” Jacaszka. Ocena: 7/10.

10 Najlepszych piosenek Radiohead

Beatlesi, Rolling Stonesi czy też Bob Dylan mieli takie top listy na blogu. Nawet Muse, Muchy, Myslovitz czy też Black Sabbath załapały się na taką listę. Pora na kolejny, już legendarny band. O kim mowa? Oczywiście o samym Radiohead. Ich ostatni koncert w Polsce to idealna okazja by stworzyć takie zastawienie. Wybranie 10 najlepszych utworów tego zespołu to nie lada wyzwanie. Starałem się wyselekcjonować po jedynm z prawie każdego albumu. Kolejność alfabetyczna, aczkolwiek i tak czuje pewnego rodzaju uczucie, że pominąłem tyle świetnych piosenek…

2 + 2 = 5 (2003, Hail To the Thief). Swego czasu dysponowałem obliczeniami i notatkami mówiącymi, że faktycznie dwa plus dwa to pięć. Jednak nie chcę was zadręczać matematyką, zwłaszcza, że są wakacje. Poza tym matematyka nie jest moim konikiem, Radiohead i ich muzyka za to tak. Opener albumu „Hail To The Thief” to jeden z najlepszych jakie udało się nagrać Yorke’owi i ekipie. Jest wprowadzenie, suspens no i co najważniejsze pierdolnięcie. To lubię. Dobra zapowiedź, dobrej płyty.

Posłuchaj

Burn The Witch (2016, A Moon Shaped Pool). Radiohead wciąż potrafi zadziwić i zaciekawić. Pomimo tego, że ich ostatni album to zlepek odkurzonych starych utworów to i tak przewyższa to poziom nie jednej produkcji z mianem Best New Music na Pitchforku. „Burn The Witch” świetnie to pokazuje. Poziom jaki tutaj osiągnągneli chłopaki z Oxfordu jest poza zasięgiegiem dla wielu muzyków. Swoje też robi teledysk, który przypomina klasyczny thiller z 1973 roku „Kult„.

Posłuchaj, a raczej zobacz.

Creep (1993, Pablo Honey). „Creep” przez wielu uznawany jest za najlepszy utwor Radiohead. Czy słusznie? Można się spierać, gdyż dyskografia Radiohead jest bardzo bogata. Na pewno jest to najpopularniejszy track Thom’a Yorke’a i spółki. Dla mnie ten utwór ma szczególne znaczenie, zwłaszcza, że przy nim miałem swój „pierwszy taniec”, więc jak mógł się nie znaleźć na mojej liście?

Posłuchaj, ale na pewno już to słyszałeś/aś. Zwłaszcza jak byłeś/aś na moim weselu.

High And Dry (1995, The Bends).High And Dry” jak i cały album „The Bends” to jeden wielki klasyk tak zwanego Britpopu. Lata 90 to szczególny okres dla Muzyki, a Britpop to nie jedynie Oasis i Blur. Radiohead także dołożył swoją cegiełkę, i to całkiem przyzwoitą.

Posłuchaj

How To Disappear Completely (2000, Kid A). Z „Kid A” miałem ogromny problem. Jak wybrać jeden najlepszy utwór z płyty, która jest cała najlepsza? Mój wybór ostatecznie padł na „How To Disappear Completely”. Przyczyna? To chyba najbardziej dołujący utwór Radiohead. Dołujący i zarazem piękny. Pięknie zbudowany, zagrany. Trochę gorzej może zaśpiewany, ale głos Yorke’a wielbię i tak. Przez te prawie sześć minut utworu człowiek odczuwac wszystkie możliwe odczucia. Ból, Miłość, Uwolnienie, Smutek, Radość, Oczyszczenie. Co tylko chcecie. Tylko Radiohead tak potrafi, serio.

Posłuchaj i poczuj.

I Might Be Wrong (2001, Amensiac). Nigdy nie byłem szczególnym fanem elektroniki i zwolennikiem zabawy z nią. Radiohead jednak udało się bardzo fajnie wplątać syntezatory w swoje gitary. „I Might Be Wrong” to dobitnie ukazuje i może stanowić przewodnik dla pozostałych próbujących mieszać te dwa światy. Okazuje się, że może jednak nie miałem racji co do elektroniki?

Posłuchaj

Jigsaw Falling Into Place (2007, In Rainbows).In Rainbows” to moim zdaniem jeden z najbardziej niedocenionych krążków grupy. Co prawda po czasie widzę jego niedoskonałości, jednak dalej uważam, że do dobry longplay. Stąd też wyróżnienie dla „Jigsaw Falling Into Place„, utworu przy którym wyłem do księżyca w czasach licealnych. Radiohead nie nagrywa rzeczy słabych, tak też jest i w tym przypadku.

Posłuchaj

Just (1995, The Bends). Tym motywem gitarowym Johnny Greenwood kupił mnie totalnie. „Just” to świetny, brit rockowy kawałek w którym aż nosi Yorke’a. Mnie swoją drogą też nosi. A teledysk? Prawdopodobnie najlepszy w dorobku radiogłowych.

Posłuchaj

Karma Police (1997, OK Computer). „To ten kawałek w którym koleś ucieka przed autem?”. Tak, dokładnie ten. Ciężko by na liście TOP10 zabrakło kultowego „Karma Police„, który śmiało można określić jednym z najlepszych w dorobku. To jak Yorke robi przerwy na „This Is What You Get” i sama końcówka utworu to normalne CIARY. A najlepsze jest to, że to wciąż tak samo działa od 20 lat!

Posłuchaj

Paranoid Android (1997, OK Computer). Czasami miałem dni, że słuchałem tylko tej piosenki. No bo po co słuchać innej, skoro ta jest tak doskonała? To co tutaj zrobił Yorke to jakiś kosmos. Cała linia melodyjna, tekst pełen gorzkich uwag, klimat, teledysk, „Kicking, squealing Gucci little piggy”. Nie ogarniam tej doskonałości. To nie piosenka, to dzieło.

Doznaj