Taneczny rock w wydaniu Queens of the Stone Age

Josh Homme znowu majsterkuje. Ten rockowy rudzielec, którego szczerze uwielbiam nie przestaje szukać nowych inspiracji do swojej muzyki. Zacznijmy jednak od początku. Queens of the Stone Age to jeden z nielicznych zespołów, który udowadnia, że granie starego, dobrego, mocnego rocka ma wciąż sens. W czasach, kiedy największe legendy tego gatunku dawno dały dupy, Homme i ciągle zmieniający się skład QOTSA dają czadu. Takie albumy jak „Rated R”  czy też „Songs for the Deaf” należą już do kanonu gatunku. Już od czasu debiutu Homme lubił eksperymentować z brzmieniem. Często ciężkiego rocka przeplatał z utworami bardziej przystępnymi, i wcale nie wychodził na tym źle! Spadkiem formy na pewno można nazwać album „Era Vulgaris” z 2007 roku. Jednak jak się później okazało zespół nie powiedział ostatniego słowa i w 2013 roku przypomniał o osobie rewelacyjnym „… Like Clockwork„.

Minęły cztery lata i grupa ponownie wróciła z longplayem „Villains„. Czekałem na ten album, gdyż zastanawiałem się jaki będzie następny ruch Homme’a. Singiel zapowiadający album „The Way You Used To Do” nieco ostudził moje wyczekiwanie. Taneczny rock? Nie brzmi to źle, i jest lepsze od tego co pokazało w tym roku Arcade „Nowa Abba” Fire. Jednak to nie moja bajka, chyba. Cholera, generalnie mam problem z tą nową płytą. Niby wszystko brzmi dobrze i chcę tego słuchać. Z drugiej strony, ten album nie potrafi mnie tak samo zaangażować jak chociażby poprzednik. Swoją drogą czuć tu wyraźne inspiracje „…Like Clockwork„, m.in. w „Fortress„, który brzmi jak odrzut z tej płyty właśnie. Co więcej? Wsłuchajcie się w riff przewodni w „Head Like a Haunted House„, przypomina wam to coś? Bo mi bardzo. Jednak to nie jedyne smaczki, które wyhaczyłem przy słuchaniu „Villains„.

Warto nadmienić, że za produkcją stoi Mark Ronson (Tak, też mnie to zdziwiło) i słychać to na tej płycie. Zwłaszcza w utworach, gdzie pojawiają się syntezatory „Hideaway” czy też „Un-reborn Again„. Jednak bez obaw, nie starał się zrobić z Josha Homme’a nowej wersji Adele. Przynajmniej na razie. Ronson miał sprawić, by do nowej płyty QOTSA można było się pogibać i potańczyć. Można, ale po co? Wolę słuchać Homme’a w starym wydaniu i wyobrażać, że śląskie drogi, którymi jeżdżę to jakieś pustynne, gorące amerykańskie bezdroża. A dom w którym mieszkam, nie jest w Przyszowicach, tylko… nie wiem, w Dallas czy coś? Podobał mi się ten klimat, szkoda, że na tej płycie go brakuje.

Nie wiem czy „Villains” to potrzebna płyta mi, światu, gatunkowi, zespołowi czy komukolwiek. Może potrzebował jej sam Homme, nie wiem. Nie jest to album zły. Można powiedzieć, że nawet całkiem niezły. Jest tylko jedne ALE. Po takiej perełce jakim było ostatnie „…Like Clockwork” spodziewałem się czegoś innego. Stąd to rozczarowanie, jednak jakby popatrzeć na tą sprawę z drugiej strony i wyobrazić, że „Vaillans” nagrywa inny, debiutujący, randomowy zespół. To jaka byłaby wtedy ocena? Na pewno wyższa. No, ale taki jest już świat. Od takich zespołów jak QOTSA zawsze będę więcej wymagał. Ocena: 6/10.

Powrót Wolf Parade taki sobie, a cieszy! Recenzja „Cry Cry Cry”.

Jesień to okres powrotów. Dzieciaki wracają do szkoły, nauczyciele do pracy, dobrze znane seriale wracają na antenę, gwiazdy znowu tańczą na polu minowym, a muzyczni dygnitarze dają zielone światło na premierę nowych albumów. Na powrót Kanadyjczyków z Wolf  Parade trzeba było czekać aż 7 jesieni. Zespół, który w 2005 roku zadebiutował kapitalnym albumem „Apologies to the Queen Mary” jest dla mnie jednym z lepszych przedstawicieli indie rocka od nudniejszego sąsiada Stanów Zjednoczonych. Co prawda, drugi ich krążek „At Mount Zoomer” nie był już tak udaną produkcją jak debiut, ale i tak w moim odczuciu był całkiem niezły. Klapą należy określić „Expo 86” z 2010 roku. Po jego wydaniu Dan Boeckner z resztą zgrai zamilkli na długie 7 lat (Nie wiem czy w Tybecie).

Prawdopodobnie w zeszłym roku chłopakom zabrakło siana, dlatego postanowili wydać debiutancki album w wersji DELUXE i ponownie się reaktywować. Efektem ponownej współpracy Boecknera i spółki jest nowy album „Cry Cry Cry„. Zaczyna się on dość słabo i nudnie. „Lazarus Online” to kiepski wybór na opener. Ogólnie pierwsza część płyty jest dla mnie taka troszkę nijaka. Niby Wolf Parade stosuje sprawdzone chwyty, ale ciężki mi  było się wciągnąć w ten krążek. Na szczęście druga część tego longplaya jest znacznie lepsza i zaciera niesmak pozostawiony po pierwszych trackach. Zaczyna się od „Baby Blue„, który równie dobrze mogli by nagrać Arcade Fire… parę lat temu. Natomiast na kolejnym „Weaponized” grupie było najbliżej do dawnej formy.

Kompozycje zgromadzone na „Cry Cry Cry” nie wprowadzają niczego nowego do gatunku. Tak jak wspomniałem wcześniej, Kanadyjczycy stosują sprawdzone patenty. Raz lepiej, raz gorzej. Brakuje tutaj trochę tego efektu zaskoczenia i tego „wow”. Momentami nawet są tego blisko, jednak w efekcie końcowym niestety nie udaje się uwieść mnie, jako słuchacza. Ale bez obaw chłopaki, i tak was lubię.

Nie chciałbym głównie oceniać „Cry Cry Cry” przez pryzmat dawnego sentymentu do Wolf Parade, ale chyba tak się właśnie dzieje. Nowa propozycja od Kanadyjczyków nie wzbudza żadnych większych emocji, jednakże gdy słucham tego albumu, to cieszę się, że jest. Pozwala mi to poczuć, że stary, dobry indie rock jeszcze żyje. Teraz chyba już wiem co czuli moi starsi znajomi, gdy byli zniesmaczeni faktem, że niema już takich bandów jak Pearl Jam, Guns N’ Roses, Soundgarden czy The Smashing Pumpkins. Ale nie dziadujmy, bo wciąż potrafię rozróżnić dobrą muzykę od gówna i nie słucham wyłącznie płyt z okresu 2005-2009. Po prostu chciałem sprawdzić, czy może Wolf Parade przeżywają nową młodość. Jak się okazało, jednak nie. Ocena: 6/10.

Nowa twarz Arcade Fire – recenzja „Everything Now”

Chyba każdy z nas, a przynajmniej fanatycy indie rocka z okresu 2002-2007 pokochali Arcade Fire za ich wspaniały debiut. Pamiętny album „Funeral„, który pięknie brzmiał i pięknie mówił o życiu i śmierci potrafił chwycić za serducho. Następny „Neon Bible” postawił na bardziej filozoficzny wydźwięk, jednak dalej potrafił zachwycić i zaintrygować. Co prawda, niektórzy krytykowali ten krążek, zwracając uwagę, że najlepszy utwór na płycie „No Cars Go” to odrzut, który nie załapał się na „Funeral„. Równie dobrze można by skrytykować w ten sposób ostatni album Radiohead, jednak tego z oczywistych względów nie zrobimy. Trzeci longplay Arcade Fire „The Suburbs” zebrał ciepłe recenzje, jednak czuć było na nim powoli, że zespół pomału szykuje się na zmianę kierunku. Pokazał to na ostatnim „Reflektorze„, który momentami uderzał w mainstreamowe tony.

No i mamy kolejną część tej historii. „Everything Now” – najmniej spójny i najbardziej różnorodny album zarazem. Czego tu nie ma. Od wibrującego disco, przez szorstki punk, po elementy reggae. Dla wiernego fana debiutanckiego krążka Arcade Fire może być to prawdziwy szok. Kanadyjczycy próbują być na tym albumie Abbą naszych czasów. Brzmi to kuriozalnie, ale zarazem nawet ciekawie.

Całość zaczyna się dość niepozornie. Tytułowy singiel „Everything Now” nie mówi za wiele o tym jaka będzie płyta. Można się jedynie domyślić, że zespół spróbuje uderzyć  w bardziej popowe brzmienie. I faktycznie to robi. Kolejny w zestawie „Signs of Life” to czyste disco przy którym majsterkowała połowa duetu Daft Punk. „Creature Comfort” – jeden z najlepszych utworów na płycie też świetnie odnalazłby się na potańcówce. W ogóle tańczyć do Arcade Fire to jakiś absurd raczej. Doszliśmy od pogrzebu do wesela. Dalej przechodzimy do małych koszmarków, czyli „Peter Pan” i „Chemistry„. Butler z spółką wciskają tu jakieś motywy reggae, a nie wiem czy wiecie, ale nie cierpię reggae. Najbardziej polskiego, ale kanadyjskie jest równie okrutnie złe. „Infinite Content” to kolejne dziwne oblicze zespołu. Tym razem punkowe.. „Electric Blue” i „Put Your Money On Me” to nawiązanie do popu z przełomu lat 70 i 80. Całość kończy mdłe „We Don’t Deserve Love” i rozciągnięty motyw z singla „Everything Now„.

Tak szczerze, to nie wiem co sądzić o tej płycie. Chyba nie tego oczekiwałem po Arcade Fire. Spodziewałem się, że prędzej czy później zaczną popełniać te same błędy co Coldplay czy U2. Jednak taka mieszanka nie sprawia, że chcę wracać do „Everything Now„. Nie wiem czy Butler zrobił ten album z premedytacją. Może i próbował wyśmiać przemysł muzyczny tym cudem, a może nieudolnie chciał stworzyć coś wielkiego i po prostu nie wyszło. Na tej płycie nie ma niczego, za co cenię Kanadyjczyków. Kompozycyjnie ta płyta leży. Częste zmiany nastrojów i gatunków sprawiają, że wydaje się ten krążek niedopracowany i zrobiony na szybko. Teksty co prawda dalej drążą problemy społeczeństwa, ale nie mają one znaczenia, gdy w tle dostajemy taką mieszankę. Natomiast pomysł by stać się Abbą naszych czasów, nawet nie jest śmieszny. Ocena: 5/10.