Kiedyś koszule w pasy, dziś farbowane włosy i skórzane kurtki – nowe oblicze Franz Ferdinand w „Always Ascending”

Zagorzali obrońcy indie rocka i hitów spod znaku „Take Me Out” wydali już werdykt, który równocześnie jest wyrokiem. Nowej płyty Franz Ferdinand nie idzie słuchać! I wcale mnie to nie dziwi, bo najnowsza i zarazem piąta w kolekcji płyta, jest najmniej singlowa. Brakuje tutaj typowych dla FF gitarowych szlagierów, jakie mogliśmy usłyszeć chociażby na debiucie czy też „You Could Have It So Much Better”. Nie znajdziemy tutaj kontynuacji takich hitów jak wspomniany „Take Me Out„, „Do You Want To” czy też „Ulysses„.

Zamiast tego blond Kopranos serwuje słuchaczom zestawy mocno rozciągnięte, naszpikowane syntezatorami i odnoszące się do dyskotekowej strony lat 80. Na papierze brzmi ciekawie, w rzeczywistości to bywa różnie. Szkoci tą płytą prochu nie wymyślili, ale biorąc pod uwagę wyłącznie aspekt rozrywkowy to „Always Ascending” wykonuje swoją robotę. Zwłaszcza w takich utworach jak „Lazy Boy„, „Feel The Love Go” czy też „Lois Lane„.

Jednak mam też słowo otuchy dla fanów standardowego gitarowego grania. Jest tu wciąż tego sporo. Ferdinandzi, aż tak nie oszaleli i wypełnili album klasycznymi dla siebie utworami, które mieszczą się gdzieś pomiędzy indie rokiem a dance punkiem spod znaku The Rapture. Generalnie szkoci zachowali rozsądny umiar w dawkowaniu wszystkiego i nie przesadzili z metamorfozą niczym zeszłoroczny wybryk Arcade Fire. Prawdą jednak jest, że ich zapełniacze nie stoją na jakimś wyjątkowo wysokim poziomie. I gdy brakuje głośnych singli, ich braki się uwydatniają.

Stąd m.in tak wiele krytycznych uwag i słabych recenzji. Nie bądźmy jednak aż tak surowi. „Always Ascending” nie jest rzeczą wybitną, ale na pewno nie jest to zły album. To solidny zestaw piosenek by posłuchać i za jakiś czas zapomnieć. Pobawmy się trochę tą płytą, za nim posłuchamy czegoś nowszego i lepszego. Zwłaszcza, że koncert grupy w Warszawie tuż, tuż. Ocena: 5/10.

Kendrick Lamar po raz kolejny na tronie, recenzja „Black Panther: The Album”

Chyba już każdy zdążył zauważyć, że w ostatnich latach filmy o superbohaterach powstają na pęczki. Stajnie Marvela i DC Comics prześcigają się w przyciąganiu widzów o kin i przed ekrany telewizorów. Czasem w lepszy, a czasem w gorszy sposób. Wydawać by się mogło, że nic nowego w tym temacie już nie powstanie. Nic bardziej mylnego, bo oto w kinach debiutuje najnowszy film Marvela pt. „Czarna Pantera„. Zainteresowanie obrazem jest ogromne, zwłaszcza wśród czarnoskórej części Amerykańskiej widowni. Powód? To pierwszy film poświęcony czarnoskóremu herosowi. Niby powód błahy, bo wydawać się, że to kolejny komercyjny blockbuster z po prostu kolejnym superbohaterem. Jednak to całe zamieszanie jest idealnym obrazem dzisiejszych czasów oraz nastrojów, jakie panują w amerykańskim społeczeństwie.

Oczekiwanie na film dodatkowo podsyca album, który ukazał się parę dni temu. Mowa o „Black Panther: The Album„, która nie jest soundtrackiem a składanką z piosenkami zainspirowanymi filmem i z tymi, które w dziele Ryana Cooglera usłyszymy. Pieczę nad całością sprawował nie kto inny jak sam Kendrick Lamar. Człowiek, który nieprzerwanie od ostatnich 4 lat, rok w rok wydaje kapitalne albumy. Wpierw ukazał się zaangażowany społecznie i politycznie „To Pimp A Butterfly„, następnie zestaw odrzutów, którymi nie pogardziłby żaden raper na swoim albumie „Untitled Unmastered” a rok temu głośno komentowany „DAMN„. Nie należy też zapominać, że poza wyżej wymienionymi krążkami na jego koncie są też takie perełki jak „Good Kid, M.A.A.D. City” oraz „Section. 80„. Rok 2018 równie zaczyna od mocnego uderzenia, jakim jest „Black Panther: The Album„, gdzie pełni rolę producenta wykonawczego.

Kendrick Lamar zaprosił do współpracy głównie ludzi związanych z wytwórnią TDE, dlatego na krążku usłyszymy m.in. Schoolboy Q, Jay Rocka, Ab-Soula czy też zeszłoroczne objawienie SZA. Poza tym na krążku znajdziemy m.i.n. rapera 2 Chainz, Future’a, Jamesa Blake’a, The Weeknd czy też Travisa Scotta. Zestaw, który wymyślił raper z Compton pomógł w zachowaniu zwartości całego krążka. Słuchając tej płyty nie mamy ani przez moment odczucia, że to składanka. Ba, płyta brzmi jak jedna, zwarta i w dodatku przemyślana kompozycja!

Black Panther: The Album” zachwyca przede wszystkim świetnym połączeniem nowoczesnego rapu i muzyki R’n’B z dźwiękami afrykańskimi. Nie brakuje tutaj hitów, takich jak głośno komentowany „All The Stars” czy też kończący całość „Pray For Me„. Jednak to nie dzięki nim sięgam po ten krążek prawie codziennie w ostatnim czasie. Wiele zachwytów już wylano na „Opps” i to całkiem słusznie, bo to świetny, surowy kawałek, który śmiało może rywalizować z utworami z „Yeezusa„. Wciągnął mnie beat w „X”, nawijka w „King’s Dead” jest obłędna a „Paramedic!” to kapitalny numer. Zresztą, wszystkie utwory, od początku do końca stoją na równym wysokim poziomie. I za to przybijam piątkę Kendrickowi, bo nie próbuje mi wcisnąć dziadostwa.

Nie dość, że to cholernie dobry krążek, bo zawiera idealne proporcje wszystkiego co najlepszego w obecnej czarnej muzyce, to w dodatku wygląda na to, że jest to ważny album, który może zapisać się w historii. Rzadko kiedy, jakikolwiek film czy też płyta jest częścią tak dużego poruszenia społecznego, jak obraz „Black Panther” i towarzyszący mu longplay „Black Panther: The Album„. Czy to tylko nadmuchany przez dziennikarzy i publicystów balonik, czy też początki nowej historii – czas pokaże. Jedno jest pewne, ta płyta pokazuje, że amerykańskie czarne brzmienie ma jeszcze wiele do zaoferowania. Ocena: 9/10.

Paradoks Cloverfield

Nie przez przypadek kolejny film z antologii Cloverfield, czyli „Cloverfield Paradox” nie ukazał się w kinach, tylko niespodziewanie na platformie streamingowej Netlixa. Twórcy filmu zdawali sobie jednak sprawę, że więcej zarobię na tym koszmarnym widowisku, gdy zupełnie niespodziewanie ukaże się w internecie. Co więcej, sama nazwa idealnie określa ten film. Paradoksem jest fakt, by serię odnoszącą sukcesy ośmieszyć tak słabym obrazem.

Wpierw ukazał się movie monster nakręcony metodą found footage pt. „Cloverfield„, który w Polsce został przetłumaczony na kuriozalną nazwę „Project: Monster„. W dziele Matta Reevesa ogromny potwór wziął sobie na cel Nowy Jork, czyli miasto, które w filmach katastroficznych było niszczone już na wszelkie możliwe sposoby. Jeżeli chodzi o tego typu kino, to film był całkiem niezły. Zebrał sporo dobrych recenzji, w tym ode mnie, w końcu movie monsters to mój konik. W zeszłym roku ukazał się kapitalny thriller sci-fi, pt. „Cloverfield 10 Lane„, który trzymał widza w napięciu i niepewności do końca. John Goodman przypomniał o sobie świetną rolą nieco obłąkanego grubaska, który przetrzymuje w swoim schronie młodą kobietę i mężczyznę, wmawiając im, że nie mogą wyjść na zewnątrz z powodu końca świata. Widz do końca nie był pewien, czy na zewnątrz rzeczywiście nie da się żyć, czy jest to tylko kłamstwo.

Zacznijmy od głównych mankamentów, które najbardziej bolą przy seansie „Cloverfield Paradox„. Najważniejszy z nich to scenariusz. Historia z opisu początkowo brzmiała zachęcająco, jednak dobry pomysł nie przerodził się w dobry film. Postacie wykreowane w filmie są płaskie niczym kartka papieru. Widz nie jest w stanie utożsamić się z kimkolwiek w tym obrazie, ponadto wielonarodowa załoga kosmiczna to chodzący zestaw stereotypów. W filmie pojawia się wiele pytań, na które nie otrzymujemy racjonalnych odpowiedzi lub wiele nielogiczności. Akurat na te sprawy, jestem w stanie przymknąć oko, gdyż większość filmów sci-fi prezentuje mniejsze lub większe głupoty, które bardziej lub mniej akceptujemy. W tym przypadku było tego za dużo.

Nie porywa również gra aktorska. Reakcje na dziejące się wydarzenia, są absurdalnie śmieszne. Do historii już chyba przeszła scena ręki, jednego z bohaterów. Z drugiej jednak strony rozumiem, czemu tak to wygląda. Jeżeli scenariusz był napisany na kolanie, to czego się spodziewać. Samo wykonanie filmu też rozczarowuje, jednak tutaj trzeba winy upatrywać w dość niskim budżecie, jak na tego typu widowisko. Efekty specjalne nie powalają, kostiumy wyglądają na pożyczone z sklepu z używaną odzieżą a scenografia absolutnie niczym się nie wyróżnia.

Wielka szkoda, bo potencjał był. Wyszło natomiast na to, że niskim kosztem próbowano wyciągnąć z tego filmu jak najwięcej. Niestety ta sztuczka się nie udała, gdyż film oblano krytycznymi recenzjami. I nawet dobre momenty, które się tutaj pojawiają nie ratują tego obrazu. Nic, w tym ostatnia scena, nie jest w stanie zmienić niskiej oceny, jaką przyznaje temu wątpliwej jakości widowisku. Ocena: 4/10.