Fucked Up spieprzyli sprawę – recenzja „Dose Your Dreams”

Po przesłuchaniu dwóch pierwszych utworów z „Dose Your Dreams” byłem święcie przekonany, że w końcu będę miał okazję napisać recenzję negatywną. Już to kiedyś tłumaczyłem, ale powtórzę – Jakieś 90 % rzeczy przeze mnie recenzowanych to płyty bądź filmy godne polecenia, z nalepką „Paweuu Alterativ Blog Accept”. Trochę mi szkoda czasu na słuchanie brzdąkania, które z góry wiem, że będzie kiepskie. Stąd też rzadko zdarza mi się „zjebać” autorów muzyki, a czasami warto napisać taką recenzję. Tak, dla odmiany.

Myślałem, że Kanadyjczycy z Fucked Up dadzą mi taką okazję. W końcu ich najnowszy, piąty album „Dose Your Dreams” zaczyna się bardzo źle. Na prawdę byłem zdziwiony, że autorzy takiej perełki jaką było swego czasu „The Chemistry of Common Life” potrafili się tak stoczyć. Nawet nie wiem co to było, jakieś połączenie kiepskiego hardkoru z muzyką SKA i punku? Dla niewtajemniczonych SKA to równie najgorszy gatunek muzyczny co polskie reagge. Zupełnie chybiony strzał.

Swoją drogą takich potknięć na tej płycie jest więcej. Eksperymenty w stylu „Mechanical Bull” czy też „Accelerate” nie przypadły mi do gustu. Momentami Fucked Up za bardzo kombinuje i w ostatecznym rozrachunku na tym traci. Za dużo dla mnie na tej płycie takiej oczywistej oczywistości wymieszanej z głupimi pomysłami. Strasznie mi też nie pasują w tym kobiece wokale… Nie żebym miał coś do kobiet w cięższych klimatach, bo na ostatniej płycie Deafheaven też mieliśmy damski wokal, a ich płyta najprawdopodobniej będzie moim numerem jeden w podsumowaniu całorocznym. Po prostu za dużo tu kombinowania co źle wpływa na odbiór całości. Materiał jest stanowczo za długi (prawie 82 minuty! – 18 tracków) i nierówny.

Jednakże nie mogę totalnie zjechać Damiana Abrahama i spółki bo generalnie „Dose Your Dreams” ma także dobre momenty. „Came Down Wrong” ma przyjemną linię gitar (J Macis!) i i ładnie flirtuje  z popem. Natomiast w „The One I Want Will Come for Me” dostajemy wciągającą psychodeliczną końcówkę. Na plus można także odnotować balladę „Love Is an Island in the Sea„. Jednak to stanowczo bym mógł w pełni ten krążek polecić. Niech nie zmyli was ocena na Pitchforku, oni tam ostatnio za dużo jarają legalnego ziołą z Kanady. Ocena: 4/10.

Kamp! po raz trzeci – recenzja „Dare”

Niedawno wydany trzeci album grupy Kamp! zachowuje status quo i nie jest ani krokiem w przód, ani w tył. Co prawda pierwsze utwory zdradzają ich aspiracje by zaczepić się o listy przebojów i chęć do poszerzenia odbiorców, jednak niestety, żaden z łódzkiego tria nie jest Calvinem Harrisem. Zarówno „F.O.M.O.” jak i „Don’t Clap Hands” nie są na tyle nośnymi kawałkami by przebić się do mainstreamu. Prędzej postawiłbym na „My Love„, które brzmi jak jeden z tych nowych, mdłych utworów Coldplay.

A co z resztą płyty? Czuć starania, chęci, romansy z popem i powroty do lat 80. Nie jest to złe. Ba, gdy porównam to sobie do innych tego typu polskich płyt ostatnich lat to pewnie byłaby to czołówka. Jest tylko jeden problem – „Dare” totalnie nie angażuje, nie wciąga i nie intryguje. Wiem, że po napisaniu tej recenzji pewnie już nie wrócę do tego krążka. Nie wiem, może to kwestia tego, że w ostatnim czasie słuchałem zupełnie innych rzeczy i synth-pop mi po prostu nie wchodzi? A może po prostu na „Dare” zabrakło oryginalności i polotu?

Mimo, że brak między nami chemii to polecam ten album. Jest to dobrej jakości produkt, który powinien zadowolić przeciętnego słuchacza tego typu grania. Może i nie ma fajerwerków, ale kto wie? Może coś tu odkryjecie, czego ja nie potrafiłem? Poza tym album ten świetnie się sprawdza jako tło do konwersacji czy też spotkań towarzyskich, a że sezon barowy się rozpoczyna to może być dobry okres dla tej płyty.

Wygląda na to, że Kamp! nie będzie polskim Cut Copy, ale nie ma co się martwić. Australijczycy też ostatnio nie zachwycali. Na „Dare” zabrakło polotu i fantazji. Jest zbyt zachowawczo, ostrożnie i po prostu nudno. Doceniam produkcję i pomysł na siebie, jednak od tego typu zespołów wymagam znacznie więcej. Ocena: 5/10.

Tylko nie mów mamie – recenzja „Ostrych przedmiotów”

Ośmio-odcinkowy mini serial wyprodukowany przez stacje HBO to luźna adaptacja powieści o tym samym tytule napisanej przez Gillian Flynn. Do swojego rodzinnego miasteczka powraca dziennikarka Camille Preaker (W tej roli Amy Addams) w celu napisania artykułu na temat morderstwa dwóch dziewczynek. Powrót ten jednak nie będzie dla niej łatwy, gdyż wiąże się z przywołaniem starych demonów i ponownym nawiązaniem skomplikowanych rodzinnych relacji. Na domiar złego, nie wszystkim w miasteczku podoba się pomysł nagłaśnia morderstwa dziewczynek.

Serial wyreżyserowany przez Jean-Marca Vallee’a to dobra, aczkolwiek nierówna rzecz. „Ostre przedmioty” nie wbijają w fotel od pierwszej sceny, nie angażują mocno widza i nie wprowadzają za wiele twistów. Historia rozkręca się bardzo powoli, by nie używać określenia mozolnie czy też wręcz nudno. Jednak ostatnie odcinki całkowicie nam rekompensują naszą nadwyrężoną cierpliwość, po ich seansie pozostajemy z większym apetytem na więcej! Nie da się tego serialu obejrzeć w jeden dzień, jednak gdy rozbijemy go na poszczególne odcinki to odkryjemy w nim wiele smaczków.

Największym atutem „Ostrych przedmiotów” jest finał całej historii.  Zakończenie serialu przynosi wiele niespodziewanych odpowiedzi i jest mocno zaskakujący. Nikt nie spodziewał się, że mordercą jest kamerdyner! Oczywiście żartuje, nie zepsuje wam seansu spoilerem. A tak na poważnie. Wszystko wyjaśnia się dosłownie w ostatnich sekundach i w migawkach w trakcie napisów końcowych, także oglądajcie serial do samego końca!

Druga zaleta serialu to klimat małego, południowego miasteczka Stanów Zjednoczonych. Pod przykrywką ładnie przystrzyżonych trawników i zadbanych altanek kryje się mroczna prawda na temat tego miejsca. Okazuje się, że morderca jest stąd, jest członkiem społeczności, która de facto uchodzi za idealną. Vallee idealnie ukazuje relacje zachodzące pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Dostaniemy szeryfa, który nie akceptuje działań policjanta przysłanego z zewnątrz, małżeństwo Adory i Alana, który jest żywcem wyjęte z „Co Ludzie Powiedzą„, skomplikowane nastolatki, znudzoną i ściągającą problemy Ammę , żony-wiedźmy oraz samą główną bohaterkę po przejściach – Camille.

Druga strona medalu to wszędobylska nuda. Serial na serio bardzo pomału się rozkręca. Irytuje również sposób ukazywania głównej bohaterki. Sceny jazdy samochodem, spożywania alkoholu i słuchania klasycznych rockowych hymnów są tu wyeksponowane do granic możliwości, przez co tracą na sile. Ciekawie natomiast są pokazane retrospekcje, które są tylko przypadkowymi urywkami i działają na zasadzie: przedmiot, miejsce -> skojarzenie -> wspomnienie. Dużym plusem serialu jest również gra aktorska. Na wyróżnienia zasługują po za samą Amy Addams, debiutująca Eliza Scanlan za odtworzenie Ammy oraz stara wyjadaczka Patricia Clarkson za rolę Adory.

Podsumowując, „Ostre Przedmioty” polecam ze względu na zakończenie serialu, ciekawe ujęcie retrospekcji oraz świetną grę aktorską . Sama historia nie jest odkrywcza a samo tempo serialu jest istnie ślimacze. Jednak końcówka nam to w pełni wynagradza. Ocena: 7/10.