10 najlepszych seriali od Netflixa

Wykupiliście sobie dostęp do platformy streamingowej Netflix i nie wiecie co dalej? Spokojna głowa! Mam dla was listę 10 najlepszych seriali, które możecie zobaczyć na popularnym Netfliksie.

Better Call Saul (2015). Dla fanów „Breaking Bad” i nie tylko powrót do pustynnego i gorącego Albuquerque było bardzo dobrą wiadomością. Postać Saula Goodmana cieszyła się tak dużą popularnością, że twórcy serialu postanowili stworzyć spin-off. Tego typu akcje rzadko kończyły się udanie, ale w tym przypadku coraz częściej słyszy się głosy o wyższości „Better Call Saul” od „Breaking Bad„. Co prawda serial pokazuje nam historię adwokata jeszcze z czasu, gdy nazywał się Jimmy McGill i nie był prawnikiem jakim poznaliśmy go z przygód Waltera White’a. Do tej pory powstały cztery sezony, a twórcy wciąż grają na zwłokę i nie chcą pokazać transformacji. Odtwórca głównej roli Bob Odenkirk świetnie tym razem się sprawdził jako aktor dramatyczny, gdyż jak pamiętamy w „BB” jego epizody miały główniej wymiar humorystyczny. Podobno nawet początkowo był zamysł by „Better Call Saul” było sitcomem! Nie mniej warto się zapoznać, nawet jeśli wcześniej nie widziało się narkotycznych przygód z Albuquerque.

BoJack Horseman (2014). Przygody gadającego konia BoJacka to obecnie obok Ricka i Morty’ego jedna z najlepszych komediowych animacji. Tytułowy bohater to były aktor, który mieszka w Los Angeles i swoje najlepsze lata ma za sobą. Prowadzi życie niczym Hank Moody z Califonication – imprezy, alkohol, seks i narkotyki. Jednak jak łatwo się domyślić nie daje mu to szczęścia i wciąż poszukuje sensu w swoim życiu, przez co pakuje się nieustannie w tarapaty. Dużym plusem serialu jest świat przedstawiony, czy ludzie i ludzio-zwierzęta przedstawiający dalej cechy zwierząt. Poza tym to kapitalna satyra ukazująca bolączki społeczeństwa oraz popkultury. Koniecznie obejrzyjcie wersję z polskim dubbingiem, przez wielu jest on uznawana za przykład jak powinno się tłumaczyć tego typu produkcje.

Czarne Lustro /  Black Mirror (2011). Brytyjska produkcja stworzona przez Charliego Brookera to świetna ilustracja społeczeństwa ukazana przez pryzmat rozwoju technologii. Futurystyczne wizje ukazują głębię zachowań ludzkich oraz zmian jakie zaszły pod wpływem wszechobecnych nowinek technologicznych. Każdy odcinek to odrębni bohaterowie i całkowicie inne historie nie powiązane ze sobą w żaden sposób. Serial doczekał się 4 sezonów (łącznie 19 odcinków), więc dla kogoś kto jeszcze nie widział ani jednego epizodu nie jest to odstraszająca liczba nie do przejścia w jeden weekend. Odcinki zapadają w pamięć i dają na prawdę do myślenia. Najlepsze jednak jest to, że pomysły wykorzystane w tym serialu mogą tak naprawdę stać się naszą codziennością i bliżej im jednak do „Science” niż „Fiction”.

Dark (2017). Zeszłoroczna produkcja z Niemiec była dość głośnym serialem, który sporo rozgłosu uzyskał za sprawą sukcesu „Stranger Things„. Mimo, że wiele słyszałem o podobieństwach obu seriali to dla mnie są to zupełnie dwie różne rzeczy. Jedyną wspólną dla obu widowisk są lata 80. „Dark” jest znacznie mroczniejszym i trudniejszym w odbiorze dziełem telewizyjnym. Pomijając fakt, że dla polskiego widza ciężką sprawą jest rozróżniać bohaterów (których jest całkiem sporo i mają podobne imiona) to na dodatek istnieją oni na trzech płaszczyznach czasowych! Tak, to serial o podróżowaniu w czasie. A zwłaszcza o ciągu przyczynowo-skutkowym wywołanym przez ingerowanie w przeszłość. Osobiście serial zrozumiałem może w jakiś 70-80%, by całkowicie rozkminić o co w tym wszystkim chodziło potrzeba drugiego seansu. Niemniej jednak warto!

Dom z Papieru / La Casa Del Papel (2017). Hiszpańska produkcja to jeden z tych seriali, który wciąga od pierwszych sekund. Grupa kryminalistów pod dowództwem „Profesora” postanawia przejąć hiszpańską mennicę na jak najdłuższy czas by wyprodukować jak największą ilość banknotów EURO. Jednak nie będzie to zwykły skok jakich wiele było w kinie, ten jest zaplanowany co do najmniejszych szczegółów. Z każdym odcinkiem będziemy świadkami misternego planu grupy, która będzie manipulować nie tylko policją, ale i opinią publiczną. Dużym atutem serialu są nieustanne cliffhangery. Akcja toczy się bardzo sprawnie i ciągle się coś dzieje. Netflix skrócił oryginalne odcinki i podzielił całość na dwa sezony, przez co serial jest jeszcze bardziej dynamiczny. Bohaterowie są dobrze napisani i różnorodni, każdy odnajdzie swoich faworytów! Minusem są ciągłe romansy (jak to u latynosów), które nie wnoszą nic do głównego wątku (Może poza jednym). Poza tym dzieje się tam gigantyczna liczba absurdów i fabularnych głupot. Jednak gdy akcja toczy się tak błyskawicznie to nie mamy zbyt wiele czasu by się nad tym zastanawiać.

House of Cards (2013). Ostatnio było sporo szumu wokół serialu za sprawą afery związanej z Kevinem Spacey’em. Odtwórca głównej roli został wyrzucony z planu po tym jak został oskarżony o molestowanie seksualne. Twórcy nie zamierzali jednak przez to ucinać głowy kurze znoszącej złote jaja (lub też urywać kurze złotego jaja), i postanowili kręcić serial dalej, już bez Spacey’a. Efekt? Bardzo słabe (zasłużenie) recenzje ostatniego, szóstego sezonu serialu. Niemniej warto obejrzeć wcześniejsze 5 sezonów by odkryć, że historia bezwzględnego polityka Francisa Underwooda i jego żony to kapitalna opowieść o polityce, władzy i pieniądzach. A kto wie, może Kevinowi zapomni się jego grzechy z przeszłości (Jak Melowi Gibsonowi), wróci do łask widzów i producentów i ponownie zobaczymy go w serialu?

Rick i Morty / Rick and Morty (2013). Dawno nie widziałem jednocześnie tak pokręconej i zabawnej rzeczy jak ten serial. Na pewno słyszeliście wiele dobrego na temat tego widowiska, i że odcinek z ogórkiem najlepszy. To wszystko, to oczywiście prawda. Szalony naukowiec Rick wraz ze swoim wnukiem mazgajem Mortym przemierzają wszechświat w celu przeżywania nowych przygód. Każda z nich jest świetnie napisana, zrealizowana i zabawna. Oczywiście niektóre rzeczy są tak zawiłe, że ciężko załapać o co kaman, jednak nie przeszkadza nam to w pozytywnym odbiorze całości. Podobno wersja z napisami lepsza, dla mnie jednak (o dziwo!) wersja z dubbingiem jest równie dobra. Serial mimo, że jest animowany to nie jest oczywiście dla dzieci. Przekleństwa i wulgaryzmy lecą równo, i to w wszystko w rodzinie.

Stranger Things (2016). Jakiś czas temu pisałem o tym serialu w osobnej recenzji. Jednak od tego czasu pojawił się drugi sezon, który raczej nie zawiódł oczekiwań fanów i już teraz wszyscy czekają na dalsze losy bohaterów. Serial wciąż ma te same zalety. Jest mroczny, tajemniczy, wciągający, ale jednocześnie pozytywny, gdyż przypomina nam czasy dzieciństwa. Akcja w końcu toczy się w latach 80, także będzie sporo fajnych nawiązań i odniesień do popkultury (Pogromcy Duchów i Gremliny!). Poza tym opowiada o przyjaźni, tej dziecięcej, szczerej i prawdziwej. Piękna sentymentalna podróż w czasy dzieciństwa z lekkim dreszczykiem.

Mindhunter (2017). Któż z nas nie lubi Davida Finchera? Reżysera takich kapitalnych jak filmów „Se7en„, „Fight Club” czy też „The Game” po prostu nie sposób nie wielbić. To głównie jego nazwisko przykuło moją uwagę do „Mindhuntera„. Co prawda Fincher wyreżyserował tylko dwa pierwsze i dwa ostatnie odcinki seriali, jednak całość stoi na równym, wysokim poziomie. Obraz powstał na podstawie książki „Mindhunter. Tajemnice elitarnej jednostki FBI” autorstwa Marka Olshakera i Johna E. Douglasa. Opowiada historię dwójki policjantów Holdena Forda i Billa Tencha, którzy za pomocą rejestrowania rozmów z seryjnymi mordercami chcą opracować system ścigania największych zwyrodnialców a także dokonać analizy przyczyn ich postępowania. Z góry zaznaczam, że nie znajdziecie tutaj zbyt wiele wartkiej akcji. Co prawda pojawia się wiele morderców i spraw, o których wspomina dwójka głównych bohaterów. Jednakże wszystko bazuje na podejściu psychologicznym i przedstawieniu żmudnej, policyjnej pracy, która w rzeczywistości nie jest tak heroiczna jak w filmach.

Narcos (2015). Ekranizacji o życiu i interesach Pablo Escobara było już całkiem sporo. Dlaczego zatem warto przyjrzeć się „Narcos„? Przede wszystkim ze względu na niesamowitą realizację tego serialu. Mamy szybkie tempo, wartką akcję oraz udany zabieg narratorski, który przybliża widzowi świat przedstawiony. Tematy kryminalo-gangsterskie od zawsze cieszyły się dużym zainteresowaniem, tutaj smaku dodaje fakt, że te historie są zainspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Atutem serialu jest także fakt, że to kompozycja… zamknięta (Dla mnie i wielu innych osób jest to plus serialu, że nie trzeba nadrabiać wielu sezonów i dziesiątki odcinków). Serial skończył się po trzech sezonach a jego kontynuacją jest nowe widowisko „Narcos: Meksyk„. Jeżeli mamcie ochotę zobaczyć coś w mafijnej konwencji i jednocześnie dowiedzieć się co się działo w Kolumbii na przełomie lat 80 i 90 to warto na pewno sięgnąć po „Narcos„.

 

 

Muzyczne podsumowanie roku 2018

Tradycyjnie już przedstawiam 10 najlepszych w mojej opinii płyt zeszłego roku. Znalazło się sporo miejsca dla cięższego grania, którego słuchałem w 2018 całkiem sporo jak i rapu, i polskiej muzyki. Nie wiele brakło Thomowi Yorke’owi i Cloud Nothings by się znaleźć w TOP10, niemniej uważam, że wymieniona przeze mnie dziesiątka to obowiązkowa lista do przesłuchania dla każdego fana dobrych dźwięków.

10. Mac Miller – Swimming. Z całą pewnością wstawienie ostatniej płyty Millera na moją listę nie jest wyłącznie pośmiertną laurką dla rapera. Autentycznie sporo słuchałem i zachwycałem się tym krążkiem w zeszłym roku. Świetna produkcja, kapitalne teksty plus kilka rap bangerów pokroju „Self Care” sprawiło, że miałem dla ex Ariany Grande więcej uznania niż choćby dla „Ye” Westa.

9. Rycerzyki – Kalarnali. Rycerzyki swoją nową płytą zapowiedzieli mi wiosnę. A, że jest to moja ulubiona pora roku podczas której wychodzę z zimowego stanu depresyjnego to mam z tym krążkiem wiele miłych i pogodnych wspomnień! A poza tym krakowski band świetnie sobie radzi z melodyjnym i momentami tanecznym indie-popem.

8. Kendrick Lamar – Black Panther: The Album. To był dobry rok dla muzyki filmowej. Bo obok tego znakomitego krążka Kendricka Lamara pojawił się równie kapitalny soundtrack autorstwa Thoma Yorke’a do filmu „Suspiria” (któremu nie wiele zabrakło by się znaleźć na mojej liście). O ile sam film „Czarna Pantera” uważam za jeden za najbardziej przehajpowanych obrazów w historii Wszechświata (za co te nominacje do Oscara?!?) to już sama muzyka broni się świetnie. A Nagroda Akademii Filmowej za piosnkę „All The Stars” dla rapera to dla mnie formalność.

7. Iceage – Beyondless. Moi duńscy punk rockowi koledzy po raz kolejny zachwycili. Przyglądam się im od 2011 roku i wciąż potrafią mnie wciągnąć. Wpierw ostrym nihilistycznym punkiem, później kowbojskim punkiem z nutą melancholii by przejść do najbardziej dojrzałej i wpadającej w ucho dawki muzyki gitarowej. Każda ich płyta była inna, każda wspaniała, a ta prawdopodobnie najlepsza do tej pory.

6. Beach House – 7. Siódmy album Beach House to najwybitniejsza rzecz jaka im się przytrafiła. Zespół wynurzył się z marazmu nudy i rutyny w której zakopał się już dawno temu. Nie sądziłem, że twórcy dream popu z Baltimore jeszcze kiedyś zabłysnął. To pokazuje, że nie należy nikogo przedwcześnie skreślać. Pójście w bardziej psychodeliczne brzmienie opłaciło się amerykańskiemu duetowi, na tyle, że po raz pierwszy ich wysokie miejsca w całorocznych zestawieniach są całkowicie zasłużone.

5. Pusha T – Daytona. Mało w tym roku słuchałem hip-hopu w porównaniu do lat minionych. Jakoś średnio kupuje te nowe trendy w stylu Migos, czy trapy a la Scott Travis. Doceniam jednak to co w zeszłym roku zrobił Pusha T. Gościa lubię już od jakiegoś czasu a „Daytona” wydaje się chyba jego najlepszym dokonaniem. Świetne beaty, nie za długie utwory oraz nieprzesadzona nawijka samego autora. Dobry rap w klasycznym wydaniu.

4. Idles – Joy as an Act of Resistance. O Idles usłyszałem dość późno, jednak nie przeszkodziło im to w wskoczeniu do samej czołówki mojego zestawienia. Wyróżniam ich przede wszystkim za świetne teksty, angielskie poczucie humoru oraz zdrowe, mocne brzmienie. W tym roku słuchałem znacznie więcej cięższego, gitarowego grania, a Idles idealnie się z tym zgrali. Chciałoby się rzec więcej takich płyt, ale wtedy Idles nie byliby tak wyjątkowi jak teraz.

3. Mitski – Be The Cowboy. Tytuł może być mylący, pod żadnym pozorem nie jest to żaden zestaw kowbojskiego country na rodeo. Nowojorska artystka o wschodnich korzeniach zamiast tego serwuje nam wyśmienity album o samotności w którym wrzuca trochę electro-popu, trochę rocka. Jaki efekt tego? Płyta roku wg Pitchforka, a w reszcie zestawień także czołowe pozycje. Zupełnie zasłużenie!

2. Car Seat Headrest – Twin Fantasy. Indie Rock wciąż żyje! Co więcej Amerykanie z Leesburga w stanie Wirginia udowodnili, że warto czasem odświeżyć coś starszego. „Twin Fantasy ” przecież pierwotnie ukazało się w 2011 roku, jednak wtedy nie odbiło się większym echem. Nawet w ich rodzimym stanie. Jednak gdy zespół zyskał większy rozgłos po krążkach „Teens of Style” oraz „Teens of Denial” ukazała się wznowiona wersja „Twin Fantasy„. Był to strzał w dziesiątkę, gdyż materiał ten okazała się jednym z najlepszych indie rockowych wydawnictw minionego roku.

1. Deafheaven – Ordinary Corrupt Human Love. Najczęściej słuchany album przeze mnie w minionym roku musiał po prostu wygrać w tym zestawieniu. Ba, mamy styczeń 2019 a ja wciąż słucham tego genialnego krążka. Niby tylko 9 utworów, ale ile w tym mocy. Takie utwory jak: „Honeycomb” czy też „Canary Yellow” to ponad 12 minutowe hymny, które bawią się różnorodnością. Amerykanie postawili na większe eksperymenty w brzmieniu i opłaciło im się to z nawiązką. Już nikt nie może ich zaszufladkować wyłącznie jako twórców tzw. „BlackGaze”, gdyż tym krążkiem udowodnili, że żaden im gatunek nie jest straszny. Żałuje tylko, że nie udało mi się dotrzeć na ich koncerty w Poznaniu i stolicy. Może w tym roku na jakimś festiwalu się spotkamy? Oby!

Muzyczne zaległości z 2018 roku

Mimo, że nie jestem zwolennikiem robienia podsumowań w grudniu (wszak tyle się jeszcze może wydarzyć do 1 stycznia) to mają one jedną ważna dla mnie funkcję. Mianowicie przypominają mi o wszystkich ważnych wydawnictwach muzycznych, o których należałoby wspomnieć na blogu. Tradycyjnie wszelakie swoje zaległości nadrabiam jednym wygodnym wpisem, a tradycyjnej rocznej TOPki spodziewajcie się niebawem. Do dzieła!

The 1975 – A Brief Inquiry Into Online Relationships. Daleki jestem od porównywania tej płyty do „OK Computer” Radiohead – czyli jednego z najlepszych albumów EVER. Skąd w ogóle te porównania? Ja rozumiem, że różnorodność i przekaz, ale bez jaj. Nie ta liga. To tak jakby zestawić osiągnięcia Wisły Kraków do sukcesów Barcelony czy Milanu. Pewnie kiedyś (a może nigdy) jakiś zespół bądź artysta nagra równie wielki album, ale to jeszcze nie teraz. „A Brief Inquiry Into Online Relationships” to miły i chwytliwy album, który zbiera zasłużenie pochwały. Mieszają się tutaj różne gatunki od jazzu po britpop, ale najwięcej tutaj hołdów dla muzyki lat 80. Fajnie się tego słucha, ale Matthewu Healy’emu i spółce nie udało się na tyle porwać mojej osoby, bym głosił śmiałe teorie o rewolucyjnym albumie. W tym roku przechodziłem chyba jakiś okres buntu i słuchałem ostrzejszego grania, niemniej doceniam. Zwłaszcza drugą połowę krążka, która jest znacznie lepsza od pierwszej. Ocena: 8/10

Earl Sweatshirt – Some Rap Songs. Od czasu ukazania się „Doris” mam do Pana Earla ogromny szacunek. Okazuje się, że młokos z Chicago to największe odkrycie z ramienia Odd Future, który podobnie jak Tyler, The Creator gwarantuje wysoki poziom. Trzeci krążek w kolekcji rapera to kolejny krok do przodu. Kiedy inni uciekają w trapy, Earl uderza w awangardowe tony wydając krążek trwający trochę ponad 24 minuty. Kapitalne liryczne teksty oddają dojrzałość autora, a sam album zasłużenie zbiera pozytywne oceny. Ocena: 7/10.

Gorillaz – The Now Now. Najnowszy album goryli jest moim zdaniem niezasłużenie pominięty i wybitnie niedoceniony. Mi „The Now Now” swego czasu słuchało się bardzo dobrze i po ponownym odświeżeniu albumu dalej tak jest. Co prawda jest to krążek nieco za długi i nie równy, ale to jedyne zarzuty jakie mi przychodzą do głowy. Poza tym Damon Albarn zawarł tu całkiem przyjemny zestaw utworów z bardzo dobrymi momentami. Ocena: 7/10.

Iceage – Beyondless. Co prawda chłopaki z Dani już cztery lata temu albumem „Plowing Into the Field of Love” udowodnili, że potrafią grać dobrze inną niż nihilistyczny punk rock. Niemniej i tak jestem pełen zdumienia dla tego krążka, bo okazuje się, że urósł nam tutaj poważny kandydat do grania poważnie dobrej, gitarowej muzyki. Czego tutaj nie ma? Mieszanka mglistego jazzu z jakimś kabaretem w „Showtime”, westernowego brzmienia z „Thieves Like Us” czy też konkretnego indie rocka. To z pewnością najbardziej dojrzała płyta zespołu w całej dyskografii i to w pozytywnym znaczeniu. Nie chcę mówić najlepsza bo poprzednie krążki również mi się podobały, z tym, że każda w inny sposób. Ocena: 9/10.

Idles – Joy as an Act of Resistance. Nie wiem jak to się stało, ale umknęło mi zmartwychwstanie najprawdziwszego punk rocka. John Talabot ze spółką nagrał jeden z najlepszych albumów gitarowych w tym roku. Brytyjczycy z Bristolu idealnie połączyli stary dobry protest song z nutą ironii i angielskiego humoru. Jeżeli chodzi o teksty to podejrzewam, że Idles nie mieli sobie równych w zeszłym roku. Co więcej jest w tym tyle szczerości, charyzmy i świeżości, że nie pamiętam kiedy ostatni raz zachwycałem się tego typu muzyką. Idles dali mi dużo radości tym albumem i chyba o to w tym wszystkim najbardziej chodziło. Ocena: 9/10.

Low – Double Negative. Ta płyta jest tak antymelodyjna i niesłuchalna, że.. aż dobra. Zacznijmy od tego, że Low udało się całkiem wybrnąć z tego swojego już nudnego i przeżutego slowcore’u. Na początku cieszyli ucho, sam zachwycałem się albumem „C’mon” z 2011 roku. Jednak formuła z czasem się wyczerpała i nowe wydawnictwa grupy już nie przyciągały tak mojej uwagi. Na szczęście trio z Duluth postawiło na eksperymenty i wydała album mieszający ambient, elektronikę, techno z typowymi swoimi smutnymi piosenkami. Ciężko się tego słucha ze względu na brak jakiekolwiek melodyjności, ale jest w tym coś co jednak przyciąga uwagę i niepowtarzalny klimat. Ocena: 7/10.

Playboi Carti – Die Lit. W odróżnieniu od Scotta Travisa (O nim poniżej) wychowanek Rakima Mayersa po raz kolejny udowodnił, że warto na niego postawić. Jego trapy raczej nie wprowadzają rewolucji w świat rapu, ale jest to z pewnością jeden z najciekawszych debiutów w czarnej muzie minionego roku. Miękkie flow i kapitalne beaty robią swoje, jednak były w tym roku lepsze hiphopowe albumy. Ocena: 7/10.

Travis Scott – Astroworld. Nie wiem czy to wina Travisa Scotta, czy problem leży po mojej stronie, gdyż nie jestem tak zachwycony „Astroworld” jak reszta Świata. Niby wszystko się zgadza: modne beaty, jakieś plastikowe wstawki, dobra produkcja i całkiem ciekawa lista nazwisk pomagająca tworzyć całość (Frank Ocean, James Blake, Drake). Jednak dla mnie brak w tym jakiejś wyrazistości i tej kropki nad i. Tak jak nie kupiłem Migosów, tak ciężko mi zachwycić się tym krążkiem jak i całym Scottem. Jest tu parę fajnych momentów, ale całościowo płyta jest nijaka. Ocena: 5/10.

Xxanaxx – Gradient. Nie spodziewałem się, że spotkam się jeszcze z duetem Xxanaxx. Debiutancki krążek „Triangles” nie porwał mnie na tyle bym pamiętał o tym muzycznym projekcie. Na szczęście trzeci krążek w ich dorobku  to esencja popu i r’n’b w polskim wydaniu. Co prawda album mocniej działa singlowo niż całościowo, nie mniej chciałbym więcej takich płyt na rodzimym rynku. Ocena: 6/10.